Reklama

Reklama

Legendy żużla: Piotr Protasiewicz: Tomasz Gollob przeszkadzał nawet jego żonie

Piotr Protasiewicz znany jest obecnym kibicom przede wszystkim jako kapitan i legenda Falubazu Zielona Góra. Młodsi fani mogą nie pamiętać, że był on pierwszym młodzieżowym mistrzem świata z Polski, a jego rywalizacja z Tomasz Gollobem była tak ostra, że przeszkadzała nawet jego żonie. Całej żużlowej kariery nie byłoby, jednak gdyby mama nie wysłała go niegdyś po ziemniaki na obiad.

Wyszedł po ziemniaki

Piotr Protasiewicz od samego początku wydawał się świetnym materiałem na żużlowca. Jego ojcem był bowiem zawodnik Falubazu - Paweł, srebrny medalista Srebrnego Kasku z sezonu 1970. Tata nie był jednak do końca przekonany do planów syna. - Ze względu na jego zawód, ale też moją młodzieńczą werwę i to, jak zachowałem się w niektórych sytuacjach miał bardzo nadszarpnięte nerwy - wspomina żużlowiec w jednym z odcinków programu "Czarny Charakter" stacji nsport+.

Jeden z jego pierwszych treningów przypadł na dzień tapetowania jego rodzinnego mieszkania. Ojciec zabraniał mu wyjścia na trening. Protasiewicz umówił się wówczas ze swoją mamą i ta w odpowiednim momencie poprosiła go, by wyszedł z domu... kupić ziemniaki na obiad. Młody adept rzecz jasna od razu udał się do warsztatu i na stadion.

Reklama

Pech chciał, że właśnie tego dnia zaliczył swój pierwszy upadek. - Prędkość co prawda żadna, ale jednak nie było jeszcze wówczas takich ochraniaczy jak teraz, więc byłem poobijany. Poprosiłem jeszcze mechanika klubowego, by zadzwonił do taty, bo po prostu bałem się, że mogę nie dożyć kolejnego dnia - śmieje się Protasiewicz.

- Wracając, odmawiałem modlitwy. Stałem pod drzwiami i bałem się wejść. W końcu wszedłem i od razu skoczyłem do książek, żeby jakoś załagodzić sytuację. Po trzech sekundach usłyszałem wołanie: "Chodź tu!", "Siadaj". Ja oczywiście próbuję usiąść, a tata wówczas: "Co, raz nie pojechałem i już dupę obiłeś, tak?" - wspomina żużlowiec, który licencję w barwach Falubazu zdał w maju 1991 roku.

- Bałem się syna na żużlu, dlatego że znam ten sport i wiem dobrze, co to znaczy - wyznawał w telewizji pan Paweł. -Na początku nie myślałem, że to tak pójdzie. Traktowałem to jako motywację do nauki. Powiedziałem mu, że jak zda egzaminy do szkoły średniej, to pozwolę mu na dwa treningi. Okazało się jednak, że on pod koniec tego drugiego koślawo, bo koślawo, ale jechał ślizgiem! Tamtejsi eksperci zaczęli mnie wówczas namawiać, bym pozwolił mu dalej jeździć. No i uległem - opowiada.

Pierwszy mistrz juniorów z Polski

Protasiewicz nie zagrzał zbyt długo miejsca przy Wrocławskiej 69. W klubie działo się coraz gorzej, więc zdecydował się na odejście do Sparty Wrocław już jako dziewiętnastolatek, by w stolicy Dolnego Śląska jak najbardziej wykorzystać dwa ostatnie lata w kategorii juniora. Sezony 1995 i 1996 okazały się dla niego świetnym okresem. W pierwszym roku zdobywał razem z wrocławianami drużynowe mistrzostwo Polski, a jako 21-latek złoty medal indywidualnych mistrzostw świata juniorów w niemieckim Olching zostawiając w pokonanym polu Nickiego Pedersena, Wiesława Jagusia czy Scotta Nichollsa. Był to pierwszy w historii młodzieżowy czempionat globu zdobyty przez zawodnika znad Wisły.

Po zakończeniu wieku juniora zdecydował się na kolejną zmianę barw klubowych - trafił do Polonii Bydgoszcz. Protasiewicz znacznie przyczynił się do tego, iż druga połowa lat dziewięćdziesiątych uważana jest powszechnie za złotą erę tego klubu. W ciągu jego 6-letniego pobytu w klubie Gryfy zdobyły 5 medali Drużynowych Mistrzostw Polski - 4 złote i 1 brązowy. Na podium nie udało im się wskoczyć tylko w 1999 roku. Bydgoszczanie zdominowali wówczas co prawda fazę zasadniczą, jednak w play-offach musieli radzić sobie bez 24-letniego zielonogórzanina i Tomasza Golloba, którzy uczestniczyli w groźnej kolizji podczas finału Złotego Kasku we Wrocławiu.

Gollob przeszkadzał nawet jego żonie

Obaj żużlowcy zdobyli dla Polonii masę sukcesów, jednak przez zdecydowaną większość czasu nie było między nimi przyjaźni. -Jestem lepszy od Jacka, chcę być lepszy od Tomasza - miał powiedzieć Protasiewicz po transferze nad Brdę. Takie słowa w przesiąkniętej kultem Gollobów Bydgoszczy nie ułatwiły mu wejścia w drużynę.

Tomasz Gollob uczestniczył w kolizji z Protasiewiczem nie tylko podczas Złotego Kasku we Wrocławiu, ale także w finale Indywidualnych Mistrzostw Polski na ich domowym stadionie przy Sportowej. W fazie zasadniczej turnieju zdobyli równą liczbę punktów, więc nowego czempiona musiał wyłonić bieg dodatkowy. W ferworze walki na drugim łuku pierwszego okrążenia upadł na tor młodszy z żużlowców. Sędzia uznał Golloba za winnego kolizji i wykluczył go, tym samym to Protasiewicz mógł wydziergać swoje nazwisko na czapce Kadyrowa. Lokalna publiczność nie szczędziła gwizdów pod kierunkiem wychowanka Falubazu, nie bacząc na to, że reprezentuje barwy ich drużyny.

 -Przez całą karierę, Tomek w jakiś sposób łączył się ze mną. Byłem nakręcony, żeby z nim zwyciężać i z reguły mi się to nie udawało. Nie kibicowałem Tomkowi, bo napsuł mi sporo zdrowia. Dostarczył wielu łez i nerwów. Po wielu latach udało mi się to docenić. Nawet moja żona, która kazała mi pozdrowić Tomka, przytaczała niedawno pewną historię: "Wiesz, ten Tomek przeszkadzał nam w domu. Przychodziłeś zazwyczaj wkurzony, że to znowu on wygrał. Teraz jednak widzę, że to była dla Ciebie największa radość, kiedy na dwadzieścia prób udawało ci się z nim ze dwa razy wygrać". Za to właśnie chciałbym podziękować Tomkowi. Nie za medale, nie za sukcesy, tylko okazję do oglądania jego poczynań. Za możliwość podziwiania jego kunsztu. Bo do dzisiaj nie doczekaliśmy się zawodnika, który potrafiłby powtórzyć na motocyklu, tego wszystkiego, co wyprawiał Tomek - wspominał Protasiewicz podczas charytatywnego turnieju piłkarskiego po wypadku Golloba. - Teraz wiem, że byłem największym szczęściarzem. Z Tomkiem i z Jackiem napisaliśmy złotą historię bydgoskiego klubu. Oczywiście osiągnięcia Tomka są poza jakimkolwiek zasięgiem, ale cieszę się, że mogłem dołożyć jakąś swoją cegiełkę. Tego nikt mi nie zabierze - dodawał.

Dla Falubazu zrezygnował z Grand Prix

Protasiewicz odszedł z Polonii rok przed tym, nim uczynił to Gollob. Trafił na dwa sezony do największego rywala bydgoszczan - Apatora Toruń. W barwach "Aniołów" zdobył nawet srebrny medal Drużynowych Mistrzostw Polski. Później wrócił nad Brdę i kolejne 2 lata spędził jako lider Polonii - drużyny zupełnie innej, niż podczas pierwszego podejścia, nieposiadającej bowiem w swych szeregach nikogo o nazwisku Gollob.

Po sezonie 2006, podczas jednej grudniowej nocy podjął jedną z najważniejszych decyzji w swojej karierze. Postanowił zakończyć trwającą ponad 10 lat tułaczkę po Polsce i wrócić do macierzystej Zielonej Góry. Miejscowy ZKŻ Kronopol awansował bowiem z powrotem do PGE Ekstraligi. Wychowanek z miejsca stał się ulubieńcem tamtejszej publiczności i szybko objął funkcję kapitana zespołu.

Pierwszy sezon po powtórnym założeniu kombinezonu z Myszką Miki był bardzo trudny. Drużyna do końca musiała walczyć o utrzymanie się w Ekstralidze. Ostatecznie, zajęli siódme miejsce remisując ostatnie spotkanie w Bydgoszczy. Protasiewicz został z Kronopolem w najwyższej klasie rozgrywkowej, a Polonia pierwszy raz w swej historii zaznała goryczy degradacji.

Kolejne lata to już pasmo sukcesów zielonogórzan - 5 medali DMP, w tym 3 z najcenniejszego kruszcu. Zmieniali się trenerzy, zawodnicy, prezesi, nawet nazwa klubu, ale niezmienny pozostawał kapitan - Piotr Protasiewicz. Zaprowadził on nawet w stolicy lubuskiego nową tradycję. Po każdym spotkaniu wychodzi on przed trybunę najbardziej zagorzałych kibiców, by zaintonować z nimi przyśpiewkę "Hej! Hej! Falubaz!".

Protasiewicz tak bardzo związał się ze swym macierzystym klubem, że odmówił powrotu do stawki cyklu Grand Prix w 2012 roku. Ze względu na panujący wówczas limit uczestników walki o IMŚ w jednej drużynie musiałby on bowiem opuścić stadion przy Wrocławskiej.

------------------------------------------------

Samochód 20-lecia na 20-lecie Interii!

ZAGŁOSUJ i wygraj 20 000 złotych - kliknij.

Zapraszamy do udziału w 5. edycji plebiscytu MotoAs. Wyjątkowej, bo związanej z 20-leciem Interii. Z tej okazji przedstawiamy 20 modeli samochodów, które budzą emocje, zachwycają swoim wyglądem oraz osiągami. Imponujący rozwój technologii nierzadko wprawia w zdumienie, a legendarne modele wzbudzają sentyment. Bądź z nami! Oddaj głos i zdecyduj, który model jest prawdziwym MotoAsem!



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje