Reklama

Reklama

Legendy żużla: Nazwisko Alfreda Smoczyka skandowali nawet Holendrzy. Zginął w zagadkowych okolicznościach

Alfred Smoczyk nie dał się pokonać rywalom, ani skusić zagranicznym działaczom. Karierę wielkiego talentu zatrzymał dopiero tragiczny wypadek na drodze Gostyń – Leszno. Mistrz miał niecałe 22 lata. Na jego pogrzeb zjechała cała Polska, w tym Gerard Cieślik, człowiek, który strzelił dwa gole drużynie Związku Radzieckiego.

Pierwszego mistrza Polski zawdzięczamy... nazistom

Alfred Smoczyk przyszedł na świat 11 lipca 1928 roku w podleszczyńskim Kościanie, jednak jego rodzina jeszcze przed wojną przeprowadziła się do Leszna. Tam przyszły mistrz rozpoczął naukę zawodu ślusarza. Uchodził za dość utalentowanego czeladnika i kto wie czy - gdyby nie żużel - nie określano by go jako jednego z najlepszych w tej branży okolicznych rzemieślników.

Podczas wojny Smoczykowi, podobnie jak większości jego krajan, przyszło pracować "u Niemca" w charakterze mechanika - "złotej rączki". To właśnie tam - jak wspominała jego siostra, Urszula Plewa, w rozmowie z telewizją klubową Unii Leszno - pierwszy raz zetknął się z motocyklami, których ogromnym pasjonatem był jego pracodawca. Przyszły żużlowiec zakochał się w nich od pierwszego wejrzenia. Kiedy Niemcy udawali się na przerwę obiadową, młody Polak dosiadał motocykla i ujeżdżał na nim dookoła garaży.

Reklama

Po zakończeniu wojennej zawieruchy Smoczyk sam złożył sobie motocykl z ogólnie dostępnych części, po czym zapisał się na kurs prawa jazdy. Jak wspominał "Przegląd Sportowy", tam właśnie trafił na jednego z leszczyńskich działaczy, który od razu poznał się na niesamowitym talencie młodego Alfreda. Namówił go na spróbowanie swych sił w żużlu.

Wygrywał nawet na słabszym motocyklu

Już podczas pierwszych wyjazdów na tor Smoczyk dał się poznać jako niesamowicie utalentowany żużlowiec. Wg relacji świadków pokonywał przeciwników nawet mimo tego, iż dosiadał motocykla z silnikiem o pojemności zaledwie 200 cm sześciennych. Fenomenalna postawa w lokalnych i krajowych zawodach poskutkowała zmianą maszyny - najpierw otrzymał od klubu Jawę 350, a później NSU 600.

Sława zawodnika szybko zaczęła wykraczać poza rogatki Leszna, już w 1948 roku został powołany do reprezentacji Polski na mecz z Czechosłowacją. Był to niesamowicie ciężki przeciwnik jak na debiutanckie zawody, nasi południowi sąsiedzi uchodzili wówczas za jedną z największych potęg czarnego sportu. Nic dziwnego, że 26 września na warszawski stadion Skry przybyło ponad 20 tysięcy kibiców. Ostatecznie - wbrew pesymistycznym oczekiwaniom - owym sympatykom sportu przyszło oklaskiwać zwycięskich rodaków (mecz zakończył się wynikiem 75:73), a przede wszystkim 20-letniego Alfreda Smoczyka - zdobywcę kompletu punktów w pięciu startach i nowego rekordzistę toru.

Wolał rodzinę w Lesznie od holenderskich bogactw

Prawdziwie fenomenalny okazał się jednak dla niego dopiero rok 1949. Na krajowym podwórku zdominował wszystkich - gdzie się nie pojawiał, tam wygrywał. Nie tylko pobił wiele rekordów toru, ale także osiągnął rzecz wprost nieprawdopodobną - średnią 3 punktów na bieg. Przez cały sezon nie znalazł pogromcy.

Pierwszy powojenny finał indywidualnych mistrzostw Polski bez podziału na klasy pojemnościowe odbywał się na jego macierzystym, leszczyńskim owalu. Bukmacherzy mieli być podobno tak pewni zwycięstwa Smoczyka, że nawet nie otworzyli zakładów na to wielkie wydarzenie. Obyło się bez zaskoczeń - ulubieniec gospodarzy wygrał zawody w cuglach.

W tym samym roku Smoczyk udał się na wyjazdowy mecz przeciwko Holendrom - największą wówczas potęgą czarnego sportu. Przeciwko temu galaktycznemu dream-teamowi Smoczyk również zanotował komplet punktów. Miejscowi kibice mieli być podobno tak zafascynowani jego talentem, że skandowali na trybunach jego nazwisko (nie bez trudności z jego poprawną wymową).

Nic dziwnego, że holenderskie kluby zaczęły prześcigać się w ofertach pracy dla polskiego mistrza. Smoczykowi oferowano bajońskie sumy, jedna z drużyn miała mu nawet zaproponować dom w mieście w zamian za podpisanie kontraktu. Żużlowiec nie chciał jednak zostawić w kraju swej rodziny, narażając ich przy tym na konsekwencje jego odmowy powrotu do Polski. Oficjalne media podały zaś wówczas, że Smoczyk brzydzi się jazdą za pieniądze. W rodzinnym domu mistrza do dziś stoi nagroda z kraju tulipanów - waza królowej Julianny.

Straciliśmy go w niewyjaśnionych okolicznościach

Rok 1950 rozpoczął podobnie jak poprzednie - od fenomenalnej formy. Zmienił jedynie barwy klubowe. Smoczyk został wówczas wciągnięty do wojska, więc zamiast Unii Leszno reprezentował CWKS Warszawa. Nikt nie spodziewał się tragedii, która miała nadejść już wkrótce.

26 września Smoczyk wraz z kolegami przemierzał na motocyklach Las Kąkolewski na trasie Gostyń - Leszno. Mistrz nigdy z niego nie wyjechał. Do dziś okoliczności śmierci 22-latka nie są dokładnie znane. Jedni sugerują sabotaż jego sprzętu, drudzy nieuwagę mistrza i opieszałość w kontroli stanu technicznego maszyny. Jeszcze inni plotkują, że wraz z przyjaciółmi złapał się za ręce podczas jazdy i nie był w stanie opanować swej maszyny. Pewne jest jedno. Tej nocy polski żużel stracił jednego ze swoich najwybitniejszych przedstawicieli.

Jego pogrzeb do dziś pozostaje jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Leszna. Ogromny pochód żegnający mistrza przeszedł kawalkadą przez całe miasto - od jego rodzinnego domu na cmentarz. Trumnę nieśli koledzy z toru, zaś na ceremonię zjechała się niemal cała sportowa Polska na czele z wybitym piłkarzem - Gerardem Cieślikiem. To on strzelił dwie bramki drużynie Związku Radzieckiego w owianym legendą meczu na Stadionie Śląskim, który wygraliśmy 2:1.

Pośmiertny mistrz i patron rewanżu IMP

Jeszcze tego samego roku Bolesław Bierut uhonorował go Oficerskim Krzyżem Odrodzenia Polski, zaś żużlowi działacze (jedyny raz w historii) uznali go pośmiertnie mistrzem Polski.

To właśnie imieniem świętej pamięci zawodnika postanowiono później nazwać nowo wybudowany stadion przy ulicy Strzeleckiej w Lesznie. Do dziś miejscowa Unia rozgrywa swoje mecze właśnie na tym obiekcie, potocznie zwanym przez kibiców "Smokiem". Kilka lat temu w Lesznie stanął również realnych rozmiarów pomnik wielkiego mistrza.

Smoczyka uhonorowano również w najpiękniejszy z możliwych dla sportowca sposobów - turniejem memoriałowym. Jego pierwsza edycja odbyła się już niespełna rok po tragicznym wypadku. Przez wiele lat leszczyński turniej uchodził za jedno z najważniejszych wydarzeń w żużlowym kalendarzu. Określano go niekiedy "rewanżem za finał IMP" ze względu na fenomenalną stawkę, którą zazwyczaj mógł się pochwalić. W ostatnich latach jego ranga co prawda nieco zmalała, jednak organizowany jest po dziś dzień.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje