Reklama

Reklama

Legendy żużla. Joachim Maj. Uciekł śmierci spod topora, a centrala nie pozwoliła mu walczyć o złoto

Kto wie, jak potoczyłaby się kariera wielkiego zawodnika z Rybnika, gdyby nie splot niekorzystnych okoliczności w kluczowym momencie startów. Joachim Maj przez długi czas nie miał możliwości sprawdzenia się na tle najlepszych na świecie. Przygodę z żużlem zakończył po katastrofalnym upadku w Bydgoszczy, kiedy to cudem uszedł z życiem.

Majowy debiut Maja

Reklama

Urodzony w Borowej Wsi na Śląsku zawodnik pojawił się w rozgrywkach ligowych jako 19-latek. Zadebiutował 20.05.1951 roku i w pierwszym spotkaniu zdobył od razu cztery punkty. W tamtym sezonie nie jeździł zbyt wiele (pokazał się raptem w sześciu biegach), toteż kibice nie mieli okazji przekonać się, z jak wielkiej skali talentem mieli do czynienia. Niemniej dostrzegli to już kilkanaście miesięcy później, kiedy to w swoim ledwie drugim roku startów Joachim Maj prezentował się już z kapitalnej strony i był ważną postacią Górnika Rybnik.

Ze średnią biegową 2,300 urósł do miana jednego z najbardziej obiecujących zawodników młodego pokolenia. Niestety dla niego, ówczesne realia zmusiły go do chwilowej zmiany klubu. Gdy odbywał służbę wojskową, przeniósł się do CWKS Wrocław i tam kontynuował żużlową przygodę, ale nie spisywał się najlepiej. Być może wymuszona zmiana środowiska nie wpłynęła na niego korzystnie. Będący już brązowym medalistą DMP Maj jeździł po prostu przeciętnie i nic nie wskazywało na to, by miał powtórzyć swoje wyniki z macierzystego klubu.

Gdy jednak wrócił do domu, wstąpiła w niego nowa energia. W latach 1956-1958 prowadził swoją drużynę do trzech z rzędu złotych medali w lidze, za każdym razem będąc liderem ze świetną średnią. Rozkwitała także jego kariera indywidualna: zdobył srebro i brąz w indywidualnych mistrzostwach Polski, był na podium memoriału Alfreda Smoczyka, wygrywał Złoty Kask. Wydawało się, że wkrótce musi zawojować także tory światowe, bowiem na tych polskich był już multimedalistą wszelkich rozgrywek w każdej kategorii wiekowej.

Za długo musiał czekać

Po raz pierwszy w eliminacjach indywidualnych mistrzostw świata Joachim Maj pojawił się dopiero w 1957 roku, a więc mając 25 lat. Dlaczego? Otóż centralna władza nie zezwoliła mu na wcześniejszy udział w tychże zawodach. Być może tak późne rozpoczęcie walki z najlepszymi na świecie przyczyniło się do tego, że ostatecznie wielki żużlowiec nigdy nie awansował do finału mistrzostw świata. Jeździł jedynie w finałach europejskich i kontynentalnych.

Cały czas brylował oczywiście w lidze polskiej, gdzie rok po roku był liderem drużyny z Rybnika. Dokładał także kolejne triumfy w różnego typu zawodach indywidualnych. Lata 1962-1964 to trzy medale IMP: dwa srebra i brąz. Do końca kariery Majowi nie udało się jednak zdobyć upragnionego złota. W lidze natomiast wraz z Górnikiem, a później już ROW-em Rybnik dokonał rzeczy niebywałej. Zespół zdobywał złote medale przez... siedem lat z rzędu! Maj był wówczas liderem ekipy, w której byli równie wielcy Stanisław Tkocz, Andrzej Wyglenda czy też Antoni Woryna.

Zawodnik po sezonie 1968 poważnie rozważał zakończenie kariery. Być może nastąpił u niego swoisty spadek motywacji. Po kolejnym złocie w DMP Maj zdający sobie sprawę, że świata już nie zawojuje, chciał zająć się czymś innym. Prezes ROW-u Rybnik, Tadeusz Trawiński namówił jednak żużlowca na kolejny sezon startów, który omal nie zakończył się dla niego wielką tragedią. Joachim Maj, pozostając przy pierwotnej decyzji o zakończeniu startów, z pewnością oszczędziłby sporo zdrowia.

Czuwała nad nim żona i ktoś jeszcze

To była czwarta kolejka sezonu 1969. ROW pojechał na wyjazdowe spotkanie do Bydgoszczy. Tamtejszy tor w latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych nie cieszył się zbyt dobrą sławą, ze względu na liczne poważne upadki, między innymi miejscowego matadora, Mieczysława Połukarda. Niestety, do grona pechowców dołączył Joachim Maj. Biorąc jednak pod uwagę okoliczności wypadku, być może zawodnik mógł mówić o ogromnym szczęściu.

Jadący na prowadzeniu Joachim Maj poczuł, że w jego motocyklu pękła opona. Chciał ostrzec rywali, więc uniósł rękę do góry. Los chciał, że w tym momencie opadły widełki z przodu jego maszyny, a żużlowiec po prostu wystrzelił w powietrze. Zahaczając o kierownicę, zsunął sobie kask i praktycznie nieosłoniętą głową uderzył w drewniany fragment ogrodzenia. Sam upadek mroził krew w żyłach, świadkowie wydarzenia byli w szoku. - Jemu normalnie zeszła skóra z głowy. Makabryczny widok, nawet mimo tego, że w tamtych czasach było sporo groźnych wypadków - mówi nam pan Krzysztof, kibic z Bydgoszczy, który był na feralnym meczu i siedział w pobliżu miejsca zdarzenia.

W owej chwili oczywiście zakończyła się żużlowa walka Maja, a zaczęła walka o jego życie. Zważywszy na niezbyt jeszcze rozwiniętą opiekę medyczną, a do tego rozległe obrażenia żużlowca, fakt, że uszedł on z życiem, wydaje się cudem. Przez cztery tygodnie znajdował się w stanie krytycznym i tak naprawdę każdego dnia mogła nadejść tragiczna wiadomość. Czuwał jednak przy nim żona, a podczas wypadku na torze prawdopodobnie czuwał ktoś jeszcze.

Maj po długim czasie wrócił niemal do całkowitej sprawności psychicznej i fizycznej, co przy skali jego obrażeń wydaje się niesamowite. Oczywiście odczuwał skutki fatalnej kraksy, ale można powiedzieć, że żył normalnie. Od paskudnego wypadku przeżył aż 40 lat, co naprawdę jest godne podziwu. Joachim Maj zmarł w 2019 roku.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!



Samochód 20-lecia na 20-lecie Interii! ZAGŁOSUJ i wygraj 20 000 złotych - kliknijZapraszamy do udziału w 5. edycji plebiscytu MotoAs. Wyjątkowej, bo związanej z 20-leciem Interii. Z tej okazji przedstawiamy 20 modeli samochodów, które budzą emocje, zachwycają swoim wyglądem oraz osiągami. Imponujący rozwój technologii nierzadko wprawia w zdumienie, a legendarne modele wzbudzają sentyment. Bądź z nami! Oddaj głos i zdecyduj, który model jest prawdziwym MotoAsem!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama