Reklama

Reklama

Legendy żużla. Jak jeździł Konstanty Pociejkowicz, to ludzie zamykali oczy. Tor był dla niego za wąski

Wielu byłych żużlowców zapytanych o najbardziej charakternego i walecznego kolegę z toru w historii wskazuje na Konstantego Pociejkowicza. Nie było dla niego pozycji nie do poprawienia i w dużej części swoich biegów przyprawiał kibiców o szybsze bicie serca. We Wrocławiu był ikoną, bo to temu klubowi poświęcił swoje lata startów i zdobył dla niego największą ilość punktów w historii.

1643,5 punktu

To nie jest nota łączna Adama Małysza w Turnieju Czterech Skoczni 2000/2001. To dorobek Konstantego Pociejkowicza osiągnięty w latach startów dla wrocławskiej ekipy. W ciągu siedemnastu sezonów udało mu się przywieźć masę ważnych punktów i zdobyć ze swoim klubem wiele medali najważniejszych krajowych zawodów. Siedem medali Drużynowych Mistrzostw Polski: trzy srebrne i cztery brązowe oraz ośmiokrotny udział w finałach IMP mówią same za siebie. Co ważne, w indywidualnej batalii udało mu się zdobyć to, czego nie osiągnął z drużyną. W 1960 roku w Rybniku stanął na najwyższym stopniu podium, co budziło wielki podziw. Do dziś są to zresztą niezwykle prestiżowe zawody.

Reklama

Co jasne, sukcesy w kraju otworzyły Pociejkowiczowi bramę do zawodów międzynarodowych. W udanym dla siebie 1960 roku reprezentował Polskę w finale Drużynowych Mistrzostw Świata w Goeteborgu, lecz nasz zespół zajął nielubiane przez sportowców czwarte miejsce. Próbował także swoich sił w indywidualnych zmaganiach, lecz tam najdalej dostał się jedynie do finałów europejskich, w których zajmował odległe pozycje: dziesiątą w 1959 roku (Goeteborg), dwunastą w 1966 (Londyn) oraz szesnastą w 1968 (Wrocław). 

Pociejkowicz wpisał się w dość popularny wśród dużej części polskich żużlowców tamtych czasów i nie umiał za bardzo przełożyć dobrych występów w kraju na turnieje zagraniczne. Być może wpływ na to miały potężne różnice sprzętowe pomiędzy zawodnikami z Polski a zagranicznymi, niekoniecznie nawet pokroju weilkich gwiazd, jak Ivan Mauger. Tak naprawdę raptem kilku Polaków w latach świetności Pociejkowicza było w stanie się wybić. Sam wrocławianin jednak tak czy inaczej w swoim mieście jest legendą, nie tylko ze względu na liczby i wyniki osiągane w barwach miejscowej ekipy.



Zamykali oczy, gdy jechał

Kibice uwielbiają zawodników jeżdżących ryzykownie, po płocie, do samego końca. To właśnie tego typu żużlowcy przeważnie zapadają w pamięci fanów najdłużej, nawet jeśli nie są super gwiazdami. Pociejkowicz miał i wyniki, i styl. Ludzie często zamykali oczy, bojąc się, że zawodnik za chwilę wyląduje na bandzie. Sam zawodnik wielokrotnie się połamał, ale koniec końców nic zagrażającego życiu mu się nie stało. Kto wie, może gdyby jeździł w czasach dmuchanych band, byłby w stanie prezentować jeszcze bardziej ryzykowne manewry. Wszyscy pamiętamy bowiem, jak prowizoryczne były kiedyś zabezpieczenia na żużlowych obiektach.

Pociejkowicza często wspominają też jego koledzy z toru. - Mówiło się, że był tzw. dzieckiem pułku, ale ja nigdy nie weryfikowałem tych informacji. Wiem za to, że drugiego tak odważnego żużlowca w historii Polski nie było. Gdy dziś ktoś mówi o odwadze obecnych zawodników, to wspominam sobie Pociejkowicza i tylko się uśmiecham. Szaleńcza jazda sprawiła, że pod koniec kariery nie miał on choćby jednej kości, która wcześniej nie była złamana. Jeden z bohaterów mojej młodości i bez wątpienia legenda wrocławskiego żużla - mówił Marek Cieślak na łamach Przeglądu Sportowego.

Można śmiało powiedzieć, że dla swojego klubu Pociejkowicz oddał zdrowie. Połamać wszystkie kości w imię walki o punkty, to w tej chwili już się nie zdarza. Oczywiście, mamy inne czasy i inny żużel. Niemniej z pewnością zwłaszcza kibicom starszej daty brakuje takich jak Pociejkowicz, którzy przedkładali honor i zadowolenia fanów ponad własne zdrowie. Opinia Cieślaka nie jest jedyną tego typu, bowiem wzmiankę o Pociejkowiczu można znaleźć w niemal każdym wspomnieniu zawodników z tamtych lat.

Zapomniana legenda

Mówi się, że nie umiera ten, kto trwa w pamięci żywych. Niestety, we Wrocławiu o Pociejkowiczu chyba zapomniano. - Grób zawodnika jest w opłakanym stanie. Aż trudno uwierzyć, że spoczywa tu ktoś tak zasłużony - mówi nam wrocławski kibic speedwaya, który pamięta zawodnika z pierwszych meczów oglądanych na żywo. - Przewrócony krzyż, ledwo widoczne dane osobowe, krzaki zarastające zaniedbany i rozczłonowany nagrobek. Płakać się chce. Ja nie mam na to środków, ale może ktoś mógłby zająć się odnową tej mogiły? Nie da się na to patrzeć. Człowiek nie może tak spoczywać - dodaje. 

Wielu zawodników ma swoje memoriały lub też jest po prostu w jakiś sposób upamiętnionych. Dotyczy to głównie tych najbardziej znanych i popularnych, którzy nie schodzili z ust kibiców. Czy jednak najskuteczniejszy zawodnik w historii wrocławskiego żużla na takowe nie zasługuje? Pociejkowicz zmarł w 2003 roku, więc od jego śmierci minęło już sporo czasu i bez problemu można było coś zorganizować. W pamięci wielu kibiców bowiem nadal jawi się jako ten, który nie bał się wstawić głowy tam, gdzie niejeden nie wstawił nogi.

Historia braku upamiętnienia nie dotyczy niestety tylko Konstantego Pociejkowicza. Jakiś czas temu kibice apelowali, że także grób Roberta Dadosa źle wygląda i nikt o niego nie dba. Byli żużlowcy często odchodzą w zapomnienie i być może warto by było przyjrzeć się temu, jak wyglądają miejsca ich pochówku. Tak niewiele trzeba przecież, by przy organizacji wspólne zbiórki kibiców, doprowadzić takie miejsce do wyglądu godnego miejsca, w którym spoczywa tak zasłużony człowiek.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama