Reklama

Reklama

Legendy żużla: Huszcza w nocy wiózł żonę do szpitala, a po południu został mistrzem Polski. Jego rekord pozostaje niepobity

Andrzej Huszcza ścigał się na polskich torach przez 32 lata. Rekord ten do dziś nie został pobity. Żeby trafić do szkółki, podpis na zgodzie rodziców podrobiła jego siostra, a tytuł indywidualnego mistrza Polski zdobył w dzień narodzin córki.

W tajemnicy przed rodzicami

Reklama

Huszcza wychowywał się w Krępie - niewielkiej wsi, która dziś jest już integralną częścią zielonogórskiej aglomeracji. Swoją przygodę z motoryzacją rozpoczynał, dosiadając motoroweru swojego ojca podczas wycieczek tamtejszymi polnymi drogami. Jego następną maszyną został motocykl WFM. - Była droga żużlowa koło fabryki tektury w Krępie, fajnie ubita. I zakręt w lewo, do fabryki. Tam pierwsze ślizgi żużlowe ćwiczyłem. To było bardzo niebezpieczne, bo przy drodze rosły potężne buki, stał betonowy płot... Ale te półślizgi nieźle mi wychodziły - opisywał swoje początki Gazecie Lubuskiej.

Na żużlowy stadion w Zielonej Górze przyszły ulubieniec całego miasta trafił za pośrednictwem brata w latach sześćdziesiątych. Młody Huszcza bez pamięci zakochał się w czarnym sporcie. Dość powiedzieć, że podczas bierzmowania przyjął imię Zbigniew na cześć ówczesnej gwiazdy lubuskiego speedwaya - Marcinkowskiego.

Do szkółki Falubazu trafił w 1974 roku na skutek niewielkiego oszustwa. Młodzieniec potrzebował pisemnej zgody rodziców na rozpoczęcie treningów, jednak był pewien, że jego opiekunowie nie pozwolą mu na spróbowanie sił w tym groźnym i brutalnym sporcie. Dokument podpisała więc jego siostra.

Złe dobrego początki

Ligową licencję zdał już rok później i jeszcze we wrześniu 1975 zadebiutował w ligowych rozgrywkach podczas drugoligowej rywalizacji zielonogórzan z łodzianami. Zawody nie okazały się być dla niego udane. Złamał nogę w stawie skokowym i na kolejny wyjazd na tor musiał czekać aż do następnego sezonu.

Jego pierwszy duży sukces - puchar przewodniczącego Zarządu Zakładowego ZSMP Lubuskiej Fabryki Zgrzeblarek Bawełnianych (wówczas były to zawody dość prestiżowe, a w każdym razie bardziej niż sugeruje to ich nazwa) - zdobył już na początku 1976 roku. Zielonogórscy kibice widzieli w nim nadzieję na odbudowę potęgi zielonogórskiego żużla, która w poprzednich latach znacznie osłabła.

Uwielbienie kibiców już na tak wczesnym etapie kariery jest całkowicie zrozumiałe, jeśli przytoczy się jak ambitnym zawodnikiem był młody Andrzej Huszcza. - Po pięciu startach Alfred Siekierka z Kolejarza Opole miał 12 punktów. Ja też miałem 12, ale przed sobą jeszcze jeden bieg. I w tym wyścigu jechałem drugi, za Andrzejem Marynowskim z Wybrzeża Gdańsk. Dziś trenerzy powiedzieliby mi: trzymaj spokojnie to drugie miejsce. Ale wtedy? Ja miałem jechać drugi? A w życiu! Zaatakowałem i upadłem na d... A dodatkowy bieg z Siekierką przegrałem. Był wtedy w większym gazie niż ja. I nigdy nie zdobyłem Brązowego Kasku - wspominał finał Brązowego Kasku w 1976 roku na łamach "Gazety Lubuskiej".

Jak w "Czterech Pancernych"

W 1979 roku 22-letni Huszcza wraz z o rok starszym Henrykiem Olszakiem odnieśli okazałe zwycięstwo w Mistrzostwach Polski Par Klubowych na stadionie przy ulicy Wrzesińskiej w Gnieźnie. Młodzi zielonogórzanie zostawili wówczas w polu dużo bardziej doświadczonych kolegów. 2 lata później przyszedł czas na pierwsze Drużynowe Mistrzostwo Polski. Falubaz był wówczas prawdziwym hegemonem, dominującym szczególnie na domowym torze. Większość rywali nie przekraczała przy ulicy Wrocławskiej 30 punktów - 34 oczka zdobyła drużyna Stali Gorzów, a 44 Polonia Bydgoszcz (w meczu z Gryfami Huszcza nie wystąpił).

To właśnie Olszakowi żużlowiec zawdzięcza swój najsłynniejszy, obok "niezniszczalnego i niezatapialnego", przydomek - "Tomek". - Ja bardzo mało mówiłem. Któregoś razu jechaliśmy w pięciu na jakieś zawody. I siedziałem cichutko jak mysz pod miotłą. Ale w pewnym momencie coś tam powiedziałem. A Jurek na to: "Tomek, nie piskaj". Jak w "Czterech pancernych...". I tak już zostało. - wspomina Huszcza.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama