Reklama

Reklama

​Legendy żużla. Dariusz Śledź. Był o krok od wielkiego świata. Potencjał większy niż osiągnięcia

Są zawodnicy, którzy zrobili duże kariery, a jednak wydaje się, że nie do końca wykorzystali swój potencjał w danej dyscyplinie. Do takich należy Dariusz Śledź, który w latach 90-tych należał do absolutnej czołówki polskich żużlowców, ale ostatecznie nie osiągnął tego, co np. bracia Gollobowie czy Piotr Protasiewicz. Po zakończeniu kariery zajął się pracą trenerską, w której z powodzeniem odnajduje się aż do dziś.


Reklama

Miał kogo podpatrywać

Dariusz Śledź pojawił się w polskim żużlu w drugiej połowie lat osiemdziesiątych i od razu zwrócił na siebie uwagę. Choć konkurencja była wówczas spora, to młodemu zawodnikowi Motoru Lublin jeżdżącego wówczas w II lidze udało się przebić. Z roku na rok czynił coraz większe postępy, a jego średnia biegopunktowa szła do góry. Już jako 20-latek był czołową postacią zespołu i zawodnikiem, od którego można było oczekiwać solidnych wyników. Miał równiez okazję poprawiać swoje żużlowe rzemiosło u boku wielkiego żużlowca, bowiem trafił w Lublinie na historyczny moment.

To właśnie na początku lat 90-tych do Motoru przyszedł znakomity Hans Nielsen, który był wówczas bogiem i kimś spoza żużlowej galaktyki. Jego przyjazd do Lublina wyglądał jakby witano tam co najmniej prezydenta, a nawet papieża. Oczywiste było, że dla takich jak Śledź, możliwość jazdy w jednym zespole z żużlowcem tego formatu była wielką nobilitacją i okazją do podglądania jednego z największych w historii. Sam Śledź wielokrotnie w wywiadach wspominał, że bycie kolegą z drużyny Nielsena było czymś niesamowitym i dla juniora wręcz trudnym do wyobrażenia.

Choć Duńczyk w dużym stopniu skupiał się na sobie, to jednak sama jego obecność wywoływała u innych wielką mobilizację. Nikt nie chciał czuć się najsłabszym ogniwem zespołu, któremu przewodził Hans Nielsen. Z uwagi na starty mistrza świata w tej ekipie, wzrosło oczywiście zainteresowanie także innymi żużlowcami Motoru, w tym rzecz jasna Dariuszem Śledziem, który już wkrótce otrzymał ofertę nie do odrzucenia i z perspektywy czasu można powiedzieć, że podjął bardzo dobrą decyzję, która umożliwiła mu pokazanie się na arenie międzynarodowej.

Na równi z gwiazdami

W 1992 roku Śledź przeniósł się do Wrocławia, który miał wówczas mocarstwowe plany. Zawodnikowi udało się idealnie wstrzelić w złote trzy lata Sparty pod wodzą nieodżałowanego żużlowego maga, Ryszarda Nieścieruka. Dominacja wrocławian w tamtym czasie była bezsprzeczna, a sam Śledź w każdym ze zwycięskich sezonów grał w zespole pierwsze skrzypce, co zaowocowało nagrodą w postaci startu w turnieju GP we Wrocławiu w 1995 roku. Dziesiąte miejsce nie było jednak spełnieniem jego marzeń, o czym sam mówił. Czuł się zawiedziony, bo jako czołowy zawodnik najlepszej drużyny w kraju mógł marzyć o czymś więcej.

Śledź był wówczas traktowany jako absolutny top polskiego żużla, na równi niemal z braćmi Gollobami i wschodzącą gwiazdą, Piotrem Protasiewiczem. Oprócz dobrej jazdy w lidze, wyróżniał się szeregiem innych znaczących sukcesów. Zwyciężył, a rok później zajął drugie miejsce w Złotym Kasku, gromadził medale imprez takich, jak MPPK czy MDMP. W 1994 roku był w drużynie, która stanęła na drugim stopniu podium Drużynowych Mistrzostw Świata, co było wówczas ogromnym prestiżem. Wydawało się, że Śledź to zawodnik, który prędzej czy później na stałe zakotwiczy w cyklu Grand Prix.

Jego kariera po złotych latach we Wrocławiu w jakiś sposób jednak wyhamowała. Nadal oczywiście był bardzo solidnym, zawsze pewnym punktem swojej drużyny, ale ta nie była już taka mocna. Dość powiedzieć, że po złocie w 1995 roku Śledź zdobył już tylko jeden medal DMP, srebro cztery lata później. Nie mógł wybić się ponad miano mocnego ligowca, ale żużlowca, który nie jest w stanie dołączyć do światowej czołówki. Dla Sparty był cały czas jednym z liderów, ale gasły jego szanse na zawojowanie świata, bowiem pojawili się inni, którzy byli w stanie przenosić formę z ligi na rozgrywki międzynarodowe.

Powrót do Lublina i zmiana pracy

W momencie gdy Dariusz Śledź raczej był pogodzony z tym, że raczej elity już nie zawojuje, skupił się na zawodach krajowych, przede wszystkich tych ligowych oczywiście. Niestety, i tam zaczął zawodzić, a jego średnia poleciała mocno w dół. Już nawet na pierwszoligowym poziomie nie miał 2,000 na bieg i w poprawie tej sytuacji nie pomógł powrót po wielu latach do klubu z Lublina. Śledź cały czas był bardzo solidny i można było na niego liczyć, ale to już nie było to, co parę lat wcześniej we Wrocławiu. Pod koniec kariery przeniósł się jeszcze do pobliskiego Rzeszowa, gdzie przez dwa lata zdobył ponad 200 punktów w ekstralidze i I lidze.

Ostatni rok swoich startów spędził ponownie w Lublinie i wtedy akurat znowu zobaczyliśmy "tego" Śledzia sprzed lat. Średnia 2,293 dawała nadzieje na przebudzenie zawodnika i powrót do wielkiej formy, w który duża część obserwatorów przestała już wierzyć. Niestety, przydarzył się nieprzyjemny upadek w Gnieźnie, przez który w dużej mierze Śledź zdecydował o zjechaniu z żużlowej sceny w wieku 38 lat. Sam mówił później, że mógł w tym sporcie osiągnąć więcej.

Sporo osiągnął już jednak jako trener. Medale zdobyte z Betardem Spartą Wrocław czy awans wywalczony z Motorem to duża sprawa. Kto wie, może zdarzy się dzień, w którym Śledź obejmie stery reprezentacji Polski i zdobędzie jako trener to, czego nie był w stanie osiągnąć jako czynny zawodnik? Jako że ma 52 lata, w karierze szkoleniowej wszystko jeszcze przed nim. Patrząc na prawie 20 lat starszego Marka Cieślaka, Śledź może być aktywny zawodowo przez bardzo długi czas.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje