Reklama

Reklama

Legendy żużla. Bernard Jąder pokonywał mistrza świata, ale sam nim nie został. Motocykle woził pociągiem

Lata 70-te i 80-te ubiegłego stulecia to dla leszczyńskiej Unii okres kojarzący się z kilkoma świetnymi, do dziś wspominanymi zawodnikami. Zenon Kasprzak, Roman Jankowski, Jan Krzystyniak czy właśnie Bernard Jąder to ikony żużla, do dziś będące autorytetem dla wielu młodych zawodników. Sam Jąder to dwukrotny indywidualny mistrz Polski i wieloletni czołowy zawodnik Unii.

Napraw silnik, a potem będziesz żużlowcem

Dawny speedway nie był dla młodych zawodników tak otwarty i sielankowy, jak ten obecny. Wiemy, jakie kontrakty podpisują nastoletni młodzieżowcy i nic dziwnego, że żużlowcom sprzed 40-50 lat aż kręci się w głowie, gdy słyszą te kwoty. Zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, w jaki sposób oni musieli początkowo walczyć o swoje kariery. Bernard był zachęcany do jazdy na motocrossie, choć bez reszty kochał żużel. Potem był zobowiązany, aby nauczyć się specyfiki żużlowego motocykla i umieć naprawić silnik. Dopiero potem na poważnie mógł zacząć starty na żużlu. Wyobraźmy sobie coś takiego w obecnych realiach. W zasadzie nie do pomyślenia.

Reklama

Jąder w swoim ligowym debiucie przeciwko Polonii Bydgoszcz zanotował dorobek podobny, jak Tomasz Gollob, także przywiózł jeden punkt. Już jako młodzieżowiec pokazywał spory talent do speedwaya, odnosząc liczne sukcesy na arenie krajowej. W 1972 roku został mistrzem Polski juniorów. Pokonał tam Jerzego Szczakiela, który rok później został najlepszym żużlowcem na świecie. To pokazuje, jaki potencjał drzemał w Jąderze i kto wie, czy ten zawodnik nie miał również przysłowiowych papierów na medale w mistrzostwach świata. W młodym wieku zajmował także czołowe miejsca w memoriale Alfreda Smoczyka, wówczas imprezie bardzo prestiżowej.

Będąc jednak nastolatkiem, musiał przejść swoisty żużlowy chrzest, który wspominał w książce "Asy żużlowych torów" Wiesława Dobruszka. Pomagał bardziej doświadczonym kolegom. - Pamiętam jak oni w tamtych latach wracali z meczów wyjazdowych pociągiem. Tego nie zapomnę do końca życia. Motory stały na dworcu i trzeba było je przetransportować na stadion. Szło się przeprowadzić te maszyny do warsztatu... Przez ulicę Lipową i na stadion. Gdy tak szliśmy pchając te motocykle przez tory, Tamą Kolejową, mijając miejską Rzeźnię, odpalaliśmy je - mówił.

Dwa razy zdobył to, o czym inni marzyli

Zdecydowanie najbardziej prestiżowym tytułem dla żużlowców w dawnych czasach było zdobycie złotego medalu indywidualnych mistrzostw Polski. W zasadzie każdy, komu udało się wygrać te zawody, z miejsca stawał się legendą, niezależnie od dalszego przebiegu kariery. Do teraz zresztą IMP cieszy się wielkim uznaniem i z pewnością Bartosz Zmarzlik nie poczuje się żużlowcem spełnionym, nawet mając 15 tytułów mistrza świata, ale żadnego złota na krajowym podwórku. Niegdyś jednak ten turniej był dla wielu jeszcze ważniejszy niż mistrzostwa globu.

Bernard Jąder mistrzem Polski był dwukrotnie. W 1978 roku dokonał tego w Gorzowie Wielkopolskim, a dwa lata później na swoim domowym torze w Lesznie. Za pierwszym razem na podium wraz z nim stali Bolesław Proch i Robert Słaboń, potem zaś Andrzej Huszcza i Henryk Olszak. Jąder w obu przypadkach pokonał jednak całą plejadę znakomitych polskich żużlowców tamtych czasów. Sam był nieco na uboczu, w cieniu gwiazd, takich jak Edward Jancarz, Zenon Plech czy Marek Cieślak. Jego sukcesy robiły wrażenie, ale nie był przykładem zawodnika z pierwszych stron gazet i lokalnego celebryty.

Jest także multimedalistą drużynowych mistrzostw Polski. Dwa złote (1979, 1980), dwa srebrne (1978, 1983) oraz trzy brązowe medale (1976, 1976, 1981) każą upatrywać w nim jednego z najbardziej zasłużonych żużlowców w historii leszczyńskiego klubu. Na ostatnie lata kariery przeszedł do Unii Tarnów, lecz tamtejsza drużyna podobnych sukcesów nie święciła. Bernard Jąder pokazał się także na światowych arenach. Jego najlepszym występem był awans do finału kontynentalnego IMŚ rozgrywanego w Togliatti w 1974 roku. Większej roli tam jednak nie odegrał.

Rodzinna tradycja

W żużlowej historii Leszna było już wiele przypadków kilku członków jednej rodziny jeżdżących na torze. Zenon i Krzysztof Kasprzakowie, Roman i Łukasz Jankowscy, Dariusz i Damian Balińscy, a także właśnie Jąderowie. Oprócz Bernarda na żużlu jeździł także Zbigniew, jego brat. To także całkiem utytułowany zawodnik, a następnie ceniony trener. Na żużlu swoich sił próbował Maciej, syn Bernarda. On jednak specjalnych osiągnięć nie miał i raczej nie można mówić, by poziomem sportowym dorównywał ojcu, który jest jednym z najlepszych żużlowców swoich czasów.

Śmiało można stwierdzić, że Bernard Jąder mógł wyciągnąć ze swojej kariery jeszcze więcej. Wpisał się w dość typowy w tamtych czasach trend wielu polskich żużlowców. Był bardzo dobry w skali kraju i nie przekładał tego na zawody międzynarodowe. Skoro jednak na własnym podwórku pokonywał takie gwiazdy, jak Szczakiel, być może przy odrobinie szczęścia dzisiaj także moglibyśmy o nim mówić jako o byłym mistrzu świata. W Lesznie niemniej jest legendą i na nazwisko Jąder każdy reaguje tam dużym uznaniem i respektem dla osiągnięć zawodnika.

Obecnie nieco odsunął się od żużla i nie udziela się w środowisku. Szkoda, bowiem jego ogromną wiedzę można by wykorzystać pod kątem np. porad dla początkujących zawodników lub po prostu opinii eksperta. Nikt bowiem nie czuje żużla lepiej niż byli zawodnicy, którzy przez tak długi czas mieli styczność z motocyklem i osiągali spore sukcesy. Nie każdy musi jednak chcieć do końca życia siedzieć w jednej dziedzinie. Bernard Jąder wybrał inną drogę, a na żużlu swoje już zdobył.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL