Reklama

Reklama

​Legenda ROW-u wierzy w trenera. "Niech tylko prezes się nie wtrąca"

Jako żużlowiec przez lata był filarem rybnickiego ROW-u. W sumie jako zawodnik zdobył z tym klubem dziewięć medali drużynowych mistrzostw Polski, w tym sześć złotych. Ma też na koncie indywidualne mistrzostwo Polski zdobyte w 1971 roku. Po zakończeniu kariery sukcesy święcił też jako trener. To on w 1990 roku poprowadził rybniczan do ostatniego w historii klubu ligowego medalu (zdobyli srebro, ustępując tylko Apatorowi Toruń). Dziś Jerzy Gryt ogląda żużel w roli widza i cieszy się, że rybnicką drużynę objął właśnie jeden z jego podopiecznych - Antoni Skupień.

- To dobry fachowiec, spokojny, z odpowiednią ręką do zawodników. Bez problemu poradzi sobie zarówno ze szkółką, jak i z seniorami. Wreszcie ROW ma trenera pierwszej drużyny, który odda za nią serce. Denerwowali mnie w ostatnich paru latach ci wszyscy trenerzy i menedżerowie z zewnątrz. Mamy tylu byłych zawodników, z papierami, wiedzą o tym sporcie, a my szukaliśmy na siłę trenerów po Polsce - ocenił 78-letni Jerzy Gryt. - Jest tylko jedno ale. Skupień musi dostać wolną rękę i sam odpowiadać za swoje decyzje. Nie może mieć prezesa wiszącego mu nad głową i dyktującego co ma robić. Taki wariant się nie sprawdzi - dodał były żużlowiec i trener.

Reklama

Grytowi też prezes się wtrącił, ale tylko raz!

- Jak mnie działacze zaczęli się wtrącać w prowadzenie drużyny, to powiedziałem im twardo: Jeszcze raz i rezygnuję. I tak zrobiłem. Nie znam prezesa Krzysztofa Mrozka, nie chcę go oceniać. Jestem pewny, że chce jak najlepiej dla ROW-u, ale prowadzenie drużyny powinien zostawić Skupieniowi. Może podpowiedzieć, wyrazić swoje zdanie, ale nie nakazywać czy dyktować warunki. Takie wtrącanie się prezesa, nigdy dobrze się nie kończy. Tak samo jak dokładanie jakiegoś menedżera, tak jak to było w 2018 roku (wtedy razem z trenerem Skupieniem drużynę prowadził menedżer Jarosław Dymek - przyp. red.) - stwierdził Gryt.

- Doskonale pamiętam z własnej pracy trenerskiej, to co się działo np. w 1991 roku, kiedy przed barażami o utrzymanie w rybnickim klubie pojawił się Roman Niemyjski. Przejął klub i chciał decydować o wszystkim. Przed meczem w Gdańsku wymyślił sobie, że ściągnie Bohumila Brhela. Ja nie widziałem Czecha w składzie, chciałem mieć na rezerwie Bronka Klimowicza, który wręcz palił się do jazdy. Niemyjski jednak się uparł. Pieklił się, że nie po to wydał parę tysięcy marek na Brhela, żeby ten usiadł na trybunach. No i Czech pojechał. Tak słabo, że w trzech biegach zdobył punkt, przegrywając nawet z juniorem, który ledwo co zdał licencję. Ja już przed meczem wiedziałem co się święci, że Czech w niczym nam nie pomoże, a jak widziałem uśmiechniętego Zenka Plecha, który razem z Brhelem leciał z Anglii jednym samolotem, to już miałem pewność, że sprawa jest przegrana. Prezes Niemyjski jednak tego nie rozumiał. Przez to w efekcie spadliśmy z ligo, bo przegraliśmy w Gdańsku 12 punktami, a potem u siebie, już bez Brhela, ale za to z Klimowiczem, który zdobył aż 11 punktów, wygraliśmy tylko 48:42 - opowiedział Gryt. - Dlatego Antek Skupień powinien być niezależny w swoich decyzjach kadrowo-taktycznych, bo nikt nie czuje drużyny tak dobrze jak trener.- dodał.

Szczytem marzeń ROW Rybnik czwarte miejsce?

- Poza tym gdy działacze się wtrącają, to rozmywa się odpowiedzialność, zespół się demobilizuje, a my potrzebujemy pełnej mobilizacji, żeby ta drużyna odniosła sukces. Wiadomo jak ten nasz skład wygląda na papierze - przeciętnie, wręcz słabo. Sport jest jednak nieprzewidywalny i jeśli uda się stworzyć z tych chłopaków prawdziwą drużynę, to stać ją na pozytywne niespodzianki. Gdy trener dostatnie wolną rękę, to o taką możemy się pokusić. Jeśli zaś będzie to wyglądało tak, jak wszyscy myślą, to pewnie się utrzymamy, ale szczytem marzeń będzie moim zdaniem II runda play-off, czyli 3-4 miejsce - zakończył Gryt.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne