Reklama

Reklama

Krzysztof Cegielski: Od Tomasza Golloba nadal oczekuję tego, co wyróżniało go w żużlu

- Wydaje mi się, że Tomek Gollob jest na etapie godzenia się z sytuacją, która go zastała i z tym, że czeka go ogrom pracy przez wiele lat. Lekarze już wprost to podkreślają, więc trzeba sobie z tym po prostu poradzić. A później płynnie przejść do etapu nigdy niekończącej się rehabilitacji. A gdzie jest efekt końcowy? Tego nikt z nas nie wie - mówi w pierwszej części rozmowy z Interią Krzysztof Cegielski, były żużlowiec, któremu sport też odebrał zdrowie.

Artur Gac, Interia: Śledził pan zeszłotygodniową konferencję prasową z udziałem Tomasza Golloba?

Krzysztof Cegielski, były żużlowiec: - Tak, oglądałem.

Co w szczególny sposób przykuło pana uwagę?

- Mam bezpośredni kontrakt z Tomkiem, a także z osobami, które są obok niego. Dlatego mniej więcej cały czas wiem, co się z nim dzieje. A sama konferencja... Przede wszystkim cieszę się, bo podejrzewam, co może czuć Tomek i jakie może mieć objawy fizyczne oraz mentalne. Wiem mniej więcej, jak on teraz wygląda zwłaszcza w sferze psychicznej.

Reklama

Co pokazała ta konferencja?

- Ukazała, że Tomkowi jeszcze daleko do ustabilizowania formy fizycznej i psychicznej. To wszystko jeszcze przed nim.

Zwróciłem uwagę na, w pewien sposób, nieswój głos Golloba oraz oczy, przepełnione wzruszeniem i emocjami.

- Kibice i generalnie ludzie chcieliby widzieć herosa, które wyjdzie i powie, że nic się nie stało i wszystko jest w porządku. Tymczasem każdy inaczej reaguje po tego typu urazach. To bardzo poważna sprawa... Wiem doskonale, na czym to polega i zdaję sobie sprawę, że każdy inaczej zachowuje się, gdy dotrze do niego to, co się stało.

Bywają bardzo skrajne reakcje?

- Znam ludzi, którzy bardzo źle reagowali na tego typu sytuacje i z upływem czasu radzili sobie coraz gorzej. Z drugiej strony ja przeszedłem podobną drogą. Gdy dzisiaj ktoś mnie pyta, jak oceniam to wszystko z perspektywy czasu, to muszę stwierdzić, że nie było wcale tragicznie. Więcej, nie było żadnego dnia, który powodowałby u mnie psychiczne załamanie. Wiem też, że różne osoby, gdy odwiedzały mnie na początku w szpitalu w Szwecji, gdzie przebywałem przez trzy miesiące, przychodziły do mnie z pewnym dystansem. Nie wiedziały, co zobaczą, kogo, w jakim nastawieniu i jak mnie mają pocieszać. A wychodziły bardzo pozytywne i radosne. Dlatego mogę powiedzieć, że całą tę drogę udało mi się przebrnąć zupełnie bezboleśnie, pewnie też dzięki warunkom i opiece w Szwecji, na tamten czas wyjątkowo dobrej. Ale też wiem, że można to przejść zupełnie inaczej, z dużo większymi problemami i trudnościami, przede wszystkim tymi mentalnymi.

Gollob od początku otrzymuje gigantyczne wsparcie.

- To prawda, Tomek ma wielu kibiców i wszyscy go motywują. Jednak nie zapominajmy o jednym... Nawet jeśli Tomek pracuje cały dzień, to na samym końcu - wieczorem lub wcześnie rano - gdy kładzie się spać i budzi, jest z tym wszystkim sam. Dlatego tak naprawdę sami, we własnych głowach, musimy sobie z tym poradzić, co na pewno jest najtrudniejsze. Gdy wszyscy interesują się naszymi losami, a w dodatku jesteśmy czymś zajęci, robi się fajnie, miło i przyjemnie. Tyle że w pewnej chwili zamykają się drzwi i pacjent zostaje sam. To już jest bardzo trudne wyzwanie.

Nieprawdopodobną historię napisało życie naszej narciarki Karoliny Riemen-Żerebeckiej, która w marcu uległa wypadkowi na treningu i walczyła o życie, a teraz szykuje się do startu na igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu. Wyznała, że w okresie leczenia i rehabilitacji, mimo spektakularnych postępów w zasadzie z dnia na dzień, przez pierwsze trzy miesiące codziennie płakała.

- (głęboki wdech) Wiele osób rozmawiało ze mną na ten temat, w różnym okresie po kontuzji i zawsze mówiłem, że nie płakałem. W istocie tak było, naprawdę. Nie wiem akurat dlaczego, ale w taki sposób udało mi się przejść to wszystko bezboleśnie. Nie traktuję tego wypadku i całego urazu, jako traumatycznego przeżycia. To powtarzam na każdym kroku, od samego początku, a minęło od wypadku już kilkanaście lat.

To wprost niebywałe...

- W dalszym ciągu podtrzymuję swoje zdanie: na początku chyba zupełnie zlekceważyłem przeciwnika. Wydawało mi się, że w ciągu kilku miesięcy spokojnie sobie poradzę. Dlatego niczym się nie przejmowałem, tylko ćwiczyłem, zamawiałem części żużlowe i silniki z nastawieniem "zaraz wracam", a wszyscy byli na to przygotowani. To mnie podtrzymywało na duchu, a później pojawiały się inne motywacje, czyli zajęcia i praca nad sobą. W sumie z samej rehabilitacji czerpałem dużą radość, bo to był poważny, całodzienny trening. Nawet nie miałem czasu, by rozmyślać, tylko skupiałem się na tym, aby wykonać ciężką pracę od godz. 7 rano do późnych godzin wieczornych, z krótkimi przerwami. Dzięki temu bolesne kwestie mentalne udało mi się zupełnie odłożyć na bok.

Miejmy nadzieję, że Tomasz Gollob pójdzie w pana ślady.

- Myślę, że Tomek też chętnie oddałby wszystko za przywrócenie rdzenia kręgowego. Gdyby nawet połamał się cały, to dużo łatwiej byłoby mu wrócić do stanu sprzed wypadku niż poradzić sobie z przeklętym rdzeniem. To jest najgorsza rzecz, bo wszystko inne jest naprawialne. Ja też miałem złamanych siedem żeber, przebite płuco, ale wszystko to zostało zregenerowane, z wyjątkiem właśnie rdzenia, który niestety jest w takim stanie, w jakim był po wypadku.

To akurat smutna konstatacja.

- Dlatego trzeba sobie radzić z tymi objawami, które pozostają właściwie na całe życie i wymagają ciężkiej pracy. Z drugiej strony, kto miałby wytrzymywać takie doświadczenia i obciążenia, jak nie zawodowi sportowcy? Od Tomka po prostu oczekuję tego, że będzie pokazywał wszystko to, co wyróżniało go przez lata na żużlu. Musi tylko poradzić sobie z faktem, że tutaj już nie będzie błyszczał na stadionach, wypełnionych dziesiątkami tysięcy kibiców i przed kamerami, tylko w zaciszu gabinetów, pokojów i we własnym domu... To trudniejsze zadanie, ale sportowiec tej klasy musi sobie z tym poradzić.

Odnosząc się do kwestii mentalnej i nie do końca oswojonej przez Golloba sytuacji, w jakiej w jednej chwili się znalazł, z czym pan Tomasz jeszcze musi sobie poradzić, mimo że od wypadku minęło ponad siedem miesięcy?

- Wydaje mi się, że Tomek jest na etapie godzenia się z sytuacją, która go zastała i z tym, że czeka go ogrom pracy przez wiele lat. Lekarze już wprost to podkreślają, więc trzeba sobie z tym po prostu poradzić. A później płynnie przejść do etapu nigdy niekończącej się rehabilitacji. A gdzie jest efekt końcowy? Tego nikt z nas nie wie. Jak ja to od zawsze mówię, na wózku też można żyć i to nawet dużo lepiej niż wiele zdrowych osób.

Pan jest tego doskonałym przykładem.

- Nie pasuje mi jednak podawać siebie, choć też dążyłem do tego, by stanąć na nogi i w pewien sposób to mi się udaje. Dzisiaj częściej jestem na nogach niż wózku. Jednak nie uważam, że to musi być cel wszystkich po urazach. Rozumiem tych, którzy po prostu poruszają się na wózku inwalidzkim i radzą sobie doskonale. Świetnym przykładem jest Rafał Wilk, który właściwie robi większą karierę po wypadku niż przed, nic nie ujmując mu z kariery żużlowca. Jest profesjonalnym sportowcem i zdobywa złote medale igrzysk paraolimpijskim. O takich splendorach żużlowcy mogą tylko pomarzyć. Rafał jest w świetnej formie fizycznej, mentalnie pewnie jeszcze lepszej, więc z takich ludzi trzeba brać przykład.

To, co się stało, nie ma żadnego znaczenia?

- Oczywiście. Przecież Tomek ma sprawną głowę i ręce, a problem właściwie tylko z nogami. Tą głową zawsze potrafił wymyślić coś ciekawego, więc w dalszym ciągu musi jej używać. To była jego silna broń, a teraz liczę na to, że stanie się jego najsilniejszym orężem.

Rozmawiał Artur Gac

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy