Reklama

Reklama

Kiedyś robili to na afisz, teraz robią to po kryjomu. Nie wszyscy żużlowcy prowadzą się sportowo

Henrik Gustafsson po każdych zawodach w Bydgoszczy otwierał puszkę z piwem. A potem kolejną i kolejną. Gdy miał więcej czasu, szedł w miasto. Wielu jego kolegów w tym czasie paliło papierosa. A potem wsiadali na motocykl i robili 15 punktów. Billy Janniro z kolei zaszokował zielonogórskie środowisko, gdy przed swoim debiutem w polskiej lidze siedział w parkingu, jedząc chipsy i pijąc colę.

Najważniejsze jest to, że w tej chwili liczy się coś, o czym kiedyś nikt nie mówił ani nie myślał. Wizerunek na zewnątrz. Jeszcze nawet kilkanaście lat temu zawodnicy ubierali się jak chcieli, a o logotypach sponsorskich wiedzieli i pamiętali tylko najlepsi. Reszta pokazywała się pulblicznie w tym, w czym akurat było wygodnie. Podobnie było z osobami funkcyjnymi. Każdy pracował w tym, w czym przyszedł na stadion. Zero reklam, herbów czy ekspozycji jakichś konkretnych treści. Obecnie to nie do pomyślenia. Zawodnik, który nie założy czapeczki na podium czy do wywiadu, może ponieść konsekwencje. Zdarzli się tacy, którzy na dekorację szli z trzema czapkami i dwoma bidonami. Jeszcze chwilę, a nawet kevlar by zmieniali. Zdarzają się sytuacje budzące niesmak. Niektórzy koledzy z toru, którzy pojawili się na pogrzebie Krystiana Rempały wyglądali bardziej jak chodzące słupy reklamowe niż żałobnicy.

Reklama

Oczywiste jest to, że kiedyś nie przykładano wagi ani do stroju ani do określonych zachowań. Wielu żużlowców otwarcie lubiło wypić czy zapalić papierosa. Nikt się z tym nie krył i do nikogo nie było pretensji. Mało tego - jeśli ktoś dobrze jechał, to mówiono, że taki tryb życia wręcz mu służy. W Bydgoszczy po meczach niektórzy sami proponowali Henrikowi Gustafssonowi piwo, bo przecież przed chwilą zdobył 12 punktów. Gdy w noc przed zawodami szedł balować, nikt się nie obawiał o jego formę, bo zawsze to robił, a i tak jechał świetnie. Taki styl oczywiście nie wszystkim służył. Duża część zawodników jednak niespecjalnie ukrywała to, że lubi odreagować emocje przed meczem lub tuż po jego zakończeniu.

Teraz wygląda to tak, jakby żużlowcy byli święci. Może poza Australijczykami, którzy słyną z luźnego podejścia do życia i raczej rozrywkowych charakterów. I tak w ostatnich latach obserwowaliśmy Chrisa Holdera i Darcy'ego Warda balujących w Toruniu i niszczących miejscowy pomnik, Josha Grajczonka pijącego piwo w czasie, gdy jego drużyna szykowała się do sezonu czy Taia Woffindena, który na suto zakrapianym bankiecie po GP w Toruniu tegoż Grajczonka uderzył z główki. Woffinden to co prawda Brytyjczyk, ale co najmniej w połowie czujący się Australijczykiem. A jak to wygląda w Polsce? Oskar Bober czy Rafał Karczmarz za wybryki po alkoholu przez niektórych zostali niemal zlinczowani, bo przecież sportowcowi nie przystoi.

Zadajmy sobie proste pytanie: czy naprawdę wierzymy w to, że wśród obecnie jeżdżących zawodników nie ma już palących i pijących? Oczywiście, że są. Po prostu starają się robić to w ukryciu. Najważniejsze jednak jest to, jakie mają wyniki na torze. - Dla mnie to on może być alkoholikiem i palaczem. Jeśli robi punkty, nie ma problemu - rzucił kiedyś jeden z działaczy pierwszoligowych zapytany o opinię na temat zawodnika, który zdradzał skłonności do nałogów. I niech to będzie najlepszy komentarz. Żużlowcy to też ludzie, więc należy im dać szansę na korzystanie z życia w takim zakresie, jakiego dany zawodnik potrzebuje. A ewentualne pretensje miejmy wtedy, kiedy jego tryb życia zaczyna przekładać się na słabe wyniki na torze. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje