Reklama

Reklama

Kiedy mówił i śmiał się do mikrofonu, widzowie wyłączali dźwięk. Kontrowersyjny komentator wraca do żużla

Mirosław Jabłoński już czwarty raz w swojej karierze został przedstawiony jako nowy zawodnik Startu. Za każdym razem wraca jako ktoś inny. Teraz to bardziej komentator i celebryta niż żużlowiec. On sam kiedyś powiedział o sobie, że gdyby na żużlu radził sobie tak jak za komentatorskim mikrofonem, to byłby mistrzem świata.

Pedersenów dwóch. O jednego za dużo

Reklama

Schyłek sezonu 2019. Właśnie kończy się cierpliwość działaczy gnieźnieńskiego Startu do niektórych zawodników. - Dość! - krzyczano podczas spotkania zarządu. - Potrzebujemy drużyny, a nie zbioru indywidualistów - dodawano. - Mamy dwóch Pedersenów, szkoda, że żaden nie daje nam tylu punktów co Nicki - żartowano, porównując żużlowców Startu do wielkiej duńskiej gwiazdy. 

Po wybuchu działaczy jasnym stało się, że Start musi pożegnać się z co najmniej jednym ze swoich wychowanków - Mirosławem Jabłońskim lub Adrianem Gałą. Poziom sportowy obu żużlowców znacznie obniżył się w sezonie 2019. To właśnie ich nazwano “Pedersenami" - stuprocentowymi indywidualistami. Któryś z nich musiał zrobić miejsce dla ściąganego z Daugavpils Timo Lahtiego. 

Wydawało się, że dylemat rozwiąże się sam. Młodszy z gnieźnian, Gała dogadał się z Witoldem Skrzydlewskim, prezesem Orła. Jednakże w ostatnich dniach okienka temat jego transferu do Łodzi upadł. Nikt nie wie, dlaczego doszło do fiaska negocjacji, po Polsce krąży co najmniej 5 wersji tej historii. W ostatniej chwili doszło więc do wymiany. 24-latek został w pierwszej stolicy Polski, a Jabłoński powędrował do miasta Włókniarzy. 

Żużlowy Tomasz Hajto? 

Przechodząc do Orła, Jabłoński bardziej znany był już jako ekspert telewizyjny. W Canal+ czasami zasiadał w studiu, a częściej - wraz z głównym głosem polskiego żużla, Tomaszem Dryłą - w kabinie komentatorskiej. Żużlowiec budził u widzów ambiwalentne odczucia. Niektórym bardzo nie podobał się fakt, iż przeciętny pierwszoligowy żużlowiec wytyka podczas transmisji błędy popełniane przez mistrzów świata. Ganiono go również za ubogie słownictwo (szczególnie wplatanie do komentarza “kurde" w stylu Ferdynanda Kiepskiego). Ze sporą krytyką spotykał się również nadmierny luz komentatora. - To jest transmisja meczu ligowego czy wywód spod budki z piwem? - pytali niektórzy. Jabłoński miał jednak przed telewizorami również grono swoich wiernych fanów. Jak mówili, “fajny jest ten luz i brak kija w tyłku. Tego brakowało w żużlowej telewizji". 

Opis ten do złudzenia przypomina innego byłego sportowca, który z czasem przeniósł się do kabiny komentatorskiej - Tomasza Hajtę. Naturszczyka, który nie operuje piękną polszczyzną, ale budzi ogromne emocje. Łatwo zauważyć jednak sporo podstawowych różnic - Hajto to wielokrotny reprezentant Polski, niegdyś ważny piłkarz bundesligowego klubu, a nie przeciętniak, który spędził niemal całą karierę w Stomilu Olsztyn lub Koronie Kielce (czyli piłkarskich odpowiednikach Startu Gniezno). Do telewizji trafił już na emeryturze, a nie w przerwach od kopania piłki. Ponadto, wydawało się, iż cały czas poprawiał swój warsztat u boku Mateusza Borka. Z Jabłońskim u boku Dryły bywało inaczej. 

Głupie śmiechy zamiast komentarza 

Inauguracja PGE Ekstraligi 2020. Na stadionach puste trybuny, nie ma pozwolenia na organizację spotkań z udziałem kibiców. Cała żużlowa Polska usiadła więc przed telewizorami. Był czerwiec, a sezon żużlowy dopiero się zaczynał. Zawodnicy czuli ogromny głód ścigania, a widzowie żużla bo już przejadły im się kwietniowo-majowe powtórki. Hitem inauguracyjnej rundy miał być mecz w Gorzowie - Moje Bermudy Stal podejmowała Fogo Unię Leszno. 

Telewidzowie byli zdegustowani. Nie tym, co zobaczyli, ale tym, co usłyszeli. Media społecznościowe wrzały od wpisów zarówno ekspertów, jak i zwykłych kibiców. Niektórzy wyciszali dźwięk w telewizorach. Wszystko z powodu Jabłońskiego, który uprawiał w kabinie swoje show. Głupie śmiechy, kumpelskie pogaduchy z Dryłą, żenujące żarty i przelewający czarę goryczy śmiech żużlowca Orła. Kompletnej komentatorskiej klapy nie przykryła nawet fenomenalnie skomentowana przez Dryłę pogoń Zmarzlika za Pawlickim. Widzom w uszach zostało przeciągłe: "hahaha". 

Władze stacji mogły wcześniej wybaczać Jabłońskiemu parę głupot palniętych na wizji (jak na przykład dwuminutową opowieść o regulacji zapłonu, z której nikt niczego się nie dowiedział), ale nie zły wpływ na największą perełkę stacji - Tomasza Dryłę. Na domiar złego wychowanek Startu gwiazdorzył również w późniejszym magazynie PGE Ekstraligi, przerywając choćby Krzysztofowi Cegielskiemu. Miarka się przebrała, został odsunięty od mikrofonu. 

W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem

Jabłoński znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Na powrót do telewizji nie mógł, póki co liczyć. Do składu Orła przebić było się jeszcze ciężej, zwłaszcza że konkurenci (Norbert Kościuch, Daniel Jeleniewski i Marcin Nowak ) nie próżnowali.. Ponadto, do startu eWinner 1. ligi pozostał tylko nieco ponad miesiąc. Zaczął szukać sobie nowego klubu na zasadzie wypożyczenia. Łatwo nie było. Macierzysty Start nie miał dla niego miejsca, Wybrzeże, do którego wysyłał CV. wolało liczyć na wzrost formy Kacpra Gomólskiego. Jabłoński kontaktował się wówczas nawet z Polonią Bydgoszcz, ale prezes broniącego się przed spadkiem klubu nie był pewien czy transfer komentatora w czymkolwiek pomoże drużynie. 

Ostatecznie - cóż za paradoks - jego sytuację zawodową poprawiła rozwijająca się pandemia COVID-19. Aktywni zawodnicy oraz trenerzy otrzymali zakaz uczestnictwa w telewizji w roli ekspertów czy komentatorów. Jabłoński czym prędzej zawiesił karierę i znów znalazł się przed “sitkiem" Canal+. 

Radził sobie w tej roli dużo lepiej niż wcześniej. Reprymenda po pierwszej kolejce musiała przynieść zamierzony skutek. Wydawało się, że Jabłoński zostanie już w ciepłej komentatorskiej kabinie, a w parku maszyn pojawi się co najwyżej pomagać swojemu synowi. Nic bardziej mylnego! 

Wielki powrót do domu

Chęć powrotu do Gniezna Jabłoński miał przekazać działaczom jeszcze na początku sezonu 2019. Początkowo pierwsza stolica Polski nie była specjalnie zainteresowana takim transferem. Sytuacja zmieniła się, gdy decyzję o odejściu z klubu podjął Adrian Gała. Tym razem 25-latek nie rozmyślił się w ostatniej chwili i podpisał kontrakt z Abramczyk Polonią Bydgoszcz. Włodarze Startu szybko doszli do wniosku, że najlepiej będzie zastąpić go właśnie znanym ekspertem telewizyjnym. 

Po pierwsze, Jabłoński był jedną z najtańszych opcji dostępnych na rynku. Czasy, gdy Start Gniezno należał do najbogatszych klubów pierwszej ligi należy, póki co uznać za minione. Nie zmieni tego nawet 3 sponsorów tytularnych. 

Po drugie, Jabłoński to dobry transfer pod kątem marketingowym. Wszyscy Polacy w przyszłorocznej kadrze Startu to wychowankowie klubu. Powszechnie uważa się, że kibice chętniej wydadzą pieniądze, by obejrzeć wychowanka niż najemną gwiazdę. Należy uznać to za jeden z największych mitów w filozofii prowadzenia klubu, a reakcja gnieźnieńskich fanów w mediach społecznościowych tylko to potwierdza. 

Syn jest jego oczkiem w głowie

Po trzecie i chyba najważniejsze - relacje z Jabłońskim są bardzo ważne dla gnieźnieńskiego klubu ze względu na syna żużlowca - obiecującego adepta. Powszechnie uważa się, że Mateusz sukcesami może przewyższyć ojca i wujka - Krzysztofa. Start bardzo chciałby, by młody zawodnik wszedł w dorosły żużel właśnie w ich barwach. 

Mirosław Jabłoński, mimo iż uchodzi za niesamowitego lekkoducha, wychowanie syna traktuje podobno śmiertelnie poważnie. W środowisku uważa się wprost, Mirek może żartować ze wszystkiego oprócz dzieci. Podczas jednej z suto zakrapianych imprez działacze Startu mieli wysłać adeptów ze szkółki po alkohol, którego zapasy skończyły im się szybciej, niż przewidywano. Jabłoński podobno wpadł w szał, gdy się o tym dowiedział. Następnego dnia miał podobno wkroczyć do klubowych gabinetów i ostro zakrzyczeć skacowanych jeszcze włodarzy.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje