Reklama

Reklama

Jest człowiekiem miliardera, a Ekstralidze załatwił miliony. Oto Wojciech Stępniewski, generał polskiego żużla

Wojciech Stępniewski od lat stoi na czele PGE Ekstraligi. W trakcie swoich rządów załatwił klubom grube miliony i wypromował rozgrywki. A w żużlu pojawił się jako jeden z najmłodszych działaczy w historii. Wszystko przez miliardera, który upodobał sobie właśnie jego.

Człowiek miliardera

Wojciech Stępniewski pojawił się w polskim żużlu za sprawą miliardera Romana Karkosika. Jeden z najbogatszych Polaków zainwestował w 2006 roku w Apatora Toruń. Wymarzył mu się żużel i zdobywanie medali. Kasę wyłożył, ale potrzebował człowieka, który tym wszystkim pokieruje. Padło na Stępniewskiego, który wcześniej prowadził dwie spółki z branży IT, których właścicielem był właśnie Karkosik.

W tamtym czasie Stępniewski mógł się szczycić tym, że stanął na czele klubu mając zaledwie 26 lat. To się w polskim żużlu zwyczajnie nie zdarza. A jego kariera zaczęła się bardzo efektownie. Za jego rządów ówczesny Unibax Toruń po raz ostatni zdobył Drużynowe Mistrzostwo Polski. Był to rok 2008. Worek z medalami miał jednak znacznie głębsze dno. Łącznie na konto prezesa wpadło pięć medali: złoty, dwa srebrne oraz dwa brązowe. 

Choć Stępniewski pochodził z Gorzowa, to w Toruniu szybko się zaaklimatyzował, a kibice do dzisiaj wspominają go bardzo dobrze. Traktowany był jak "swojak", bo przygodę z tym miastem zaczął już na studiach. Poza wszystkim jego kadencja kojarzy się wypłacalnością klubu oraz ciągłymi sukcesami. Przez drużynę przewinęło się też mnóstwo gwiazd. Ktoś powie, że Stępniewski miał ułatwione zadanie, bo operował wielką kasą Karkosika. Może i coś w tym jest, ale trzeba przyznać, że robił to z głową. Tak dobrego okresu Apator już później nigdy nie miał.

Reklama

Załatwił Ekstralidze miliony

Wojciech Stępniewski w trakcie swojej prezesury wywindował żużlową Ekstraligę o co najmniej kilka poziomów wyżej. Działacz ma swoich przeciwników, którzy lubią wejść z nim w pyskówkę na przykład na Twitterze, podważając jego rządy, ale twarde liczby przemawiają na jego korzyść. To on jest autorem wynegocjowanego kontraktu telewizyjnego z Canal+ na kwotę 60 milionów, który wciąż obowiązuje. Dzięki temu mistrz Polski rocznie dostaje 2,5, a pozostałe drużyny po 2 miliony do klubowej kasy. A przecież nigdy wcześniej takich pieniędzy w polskim żużlu nie było.

To nie koniec. Ekstraliga właśnie jest na etapie zbierania ofert na transmitowanie rozgrywek w latach 2022-2024. Padają astronomiczne kwoty, a Stępniewski otwarcie przyznaje, że tym razem chce kontraktu na poziomie 100 milionów. Temat powinien zostać bez problemów załatwiony, bo liga z każdym rokiem rozwija się, a słupki oglądalności rosną.

Do milionów, które Stępniewski załatwił, trzeba by dodać jeszcze umowę z PGE - sponsorem tytularnym Ekstraligi. Polska Grupa Energetyczna wspiera ligę od 2015 roku, a umowa kończy się w tym roku. Sponsor jednak ani myśli wycofywać się z projektu pt. "żużel". Rozmowy o przedłużeniu umowy już trwają, a kluby mogą spodziewać się jeszcze większej kasy. Obecnie na konto Ekstraligi Żużlowej wpływa 4 miliony złotych rocznie.

Pan zegarek

Stępniewski z Unibaxem Toruń pożegnał się w 2012 roku. Po zakończeniu sezonu złożył rezygnacje. Tłumaczył się sprawami osobistymi, ale w środowisku aż huczało od plotek, że miałby stanąć na czele Ekstraligi Żużlowej. Tak też się stało. Zanim jednak do tego doszło, działacz zasłynął podczas pamiętnego półfinału ligi między jego drużyną a Unią Tarnów. Wtedy na mecz spóźnił się dosłownie o parę minut Greg Hancock. Stępniewski stał nad sędzią Piotrem Lisem z zegarkiem w ręku, licząc, że Amerykanin nie zdąży na czas.

I nie zdążył rzeczywiście. Sędzia Lis orzekł walkower, bo jego zdaniem Unia nie spełniała minimalnego KSM-u (Kalkulowana Średnia Meczowa). Problem w tym, że się pomylił, a mecz - mimo jego decyzji - powtórzono. Dzisiaj niektórzy pół żartem pół serio wypominają Stępniewskiemu tamtą akcję. Mówią, że nie działał z duchem sportu. Pewnie trochę w tym racji jest, ale z drugiej strony dbał o dobro swojego klubu.

Jego głos ma znaczenie

Wojciech Stępniewski na czele Ekstraligi Żużlowej przetrwał już siedem lat i niewiele wskazuje na to, aby ta przygoda miała się dla niego skończyć. Na razie działacz notuje spore sukcesy i prężnie rozwija ligę. W środowisku panuje nawet przekonanie, że jest jednym z nielicznych, którym się jeszcze chce. Jego postawa na tyle imponuje klubom z eWinner 1. Ligi oraz 2. Ligi Żużlowej, że pojawiają się głosy, aby i te rozgrywki dać pod rządy Stępniewskiego. Byłoby to duże wyzwanie organizacyjne, ale kto wie, co przyniesie przyszłość.

Poza wszystkim warto odnotować fakt, że Stępniewski w polskim żużlu obecny jest czternaście lat i nie dość, że ma na swoim koncie sporo sukcesów, to na razie ten żużel jeszcze mu się nie przejadł. W tej dyscyplinie często bywa bowiem tak, że ktoś usuwa się w cień z powodu afer, konfliktów, czy zwyczajnie ma dość trudnego środowiska. Era Wojciecha Stępniewskiego trwa jednak w najlepsze.

------------------------------------------------

Samochód 20-lecia na 20-lecie Interii!

Zagłosuj i wygraj ponad 20 000 zł!

Zapraszamy do udziału w 5. edycji plebiscytu MotoAs. Wyjątkowej, bo związanej z 20-leciem Interii. Z tej okazji przedstawiamy 20 modeli samochodów, które budzą emocje, zachwycają swoim wyglądem oraz osiągami. Imponujący rozwój technologii nierzadko wprawia w zdumienie, a legendarne modele wzbudzają sentyment. Bądź z nami! Oddaj głos i zdecyduj, który model jest prawdziwym MotoAsem!



Dowiedz się więcej na temat: żużel | PGE Ekstraliga | Wojciech Stępniewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje