Reklama

Reklama

Janusz Kołodziej dla Interii: Nie chcę jeździć dla siebie samego

- Czasami mam wrażenie, że wszystkie cele sportowe i tak są przyćmione obecną sytuacją w Polsce i na świecie. Mam nadzieję, że wreszcie będziemy mogli jechać w lidze przy kibicach. Ja nie do końca mam taki cel, żeby jeździć dla siebie samego - mówi w rozmowie z Interią zawodnik Fogo Unii Leszno Janusz Kołodziej.

Zbigniew Czyż, Interia: Jak minęły panu długie zimowe miesiące przygotowań do nowego sezonu?

Janusz Kołodziej, Fogo Unia Leszno: Intensywnie, jak zawsze. Na szczęście początek nowego sezonu jest już coraz bliżej. To były na pewno długie miesiące. Teraz tempo przygotowań wzrasta już z każdym dniem. Zarówno jeśli chodzi o jazdę na torze, jak i o przygotowanie sprzętowe. Jest co robić. Z każdym dniem jest też - mam wrażenie - coraz większa presja. Wagi nie musiałem zbijać. Przytyłem może dwa kilogramy, ale szybko je zrzuciłem. Prowadzę taki tryb życia i mam takie przyzwyczajenia, że bardzo trudno jest mi przytyć. Nawet gdybym chciał.

Reklama

Ile razy jeździł pan już na torze?

- Do tej pory mieliśmy pięć treningów. Pogoda jest już coraz lepsza, dziś znów mogliśmy wyjechać na tor.

Jak jest pan przygotowany do nowego sezonu zarówno pod względem fizycznym, jak i sprzętowym?

- Chyba dobrze, jak co roku. Cały czas staram się poprawiać swoje słabsze strony. Ale na ten moment wszystko wygląda nie najgorzej. Wszystko i tak zweryfikuje tor i zawody.

Wprowadzał pan do swoich przygotowań jakieś nowinki?

- Były zmiany, ale można powiedzieć minimalne. Lata lecą i generalnie wiem, nad czym się skupić w tych przygotowaniach.

A w pana teamie nastąpiły zmiany?

- Jestem na etapie budowania pewnych rzeczy. Pracuję nad pewnymi sprawami. Wkrótce coś więcej się wyjaśni.

W okresie zimowym, tak jak zwykle, jeździł pan na motocrossie?

- Tak. Z tym, że w tym roku pogoda była trochę gorsza i jeździłem po bardziej zamarzniętych torach. Bardzo lubię motocross. Czasami lubię się oderwać od rzeczywistości. Niestety, w tym roku nie mogliśmy wyjechać do Hiszpanii, ale potrenowaliśmy w Lesznie. Bardzo dobrze wykorzystaliśmy ten czas. Zrobiliśmy sobie taką polską Hiszpanię.

Najbliższy sezon będzie już pana siódmym z rzędu w Unii Leszno. Rozmowy w październiku o nowym kontrakcie potoczyły się chyba dosyć szybko?

-  Tak. Jestem bardzo zadowolony z tego, że znów będę jeździł w leszczyńskim klubie. Mam nadzieję, że ze mnie będą zadowoleni włodarze klubu jak i kibice.

Był pan jednak skłonny odejść, gdyby w klubie chcieli zostać kończący wiek juniora Bartosz Smektała i Dominik Kubera.

- Tak. Bardziej chodziło mi o chłopaków, żeby mieli jasność, co do podjęcia ewentualnych decyzji. To są żużlowcy, którzy przecież w Lesznie się wychowali. Życie jednak ułożyło się tak, że pewne sprawy potoczyły się inaczej. W pewnym sensie los znów się do mnie uśmiechnął i będę mógł kolejny sezon jeździć w zespole "Byków".

Odeszli z Unii wspomniani już Smektała i Kubera, ale przyszedł Jason Doyle. Mistrz Polski będzie w tym sezonie mocniejszy, czy słabszy?

- Ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie. Nie jestem trenerem i zupełnie nie znam się na takich dywagacjach. Wiadomo, że Jason jest byłym mistrzem świata i to duże wzmocnienie. Najważniejsze, aby z tych zmian zadowoleni byli kibice.

W tym sezonie Unia nie będzie mieć już jednak takiej dużej siły w postaci młodzieżowców jak w poprzednich sezonach.

- Są jednak kolejni młodzi zawodnicy, którzy cały czas ciężko pracują. Chłopaki robią co mogą, żeby być jak najlepszym. Wierzymy w nich. Z pewnością dadzą sobie radę.

A jak pan ocenia nowy przepis, czyli obowiązek jazdy w meczu co najmniej jednego zawodnika, który nie ukończył jeszcze 24 lat?

- Na pewno z tego powodu zdecydowanie więcej działo się na rynku transferowym. Nudno nie było. Myślę, że ta zmiana ma właśnie wprowadzić do naszej rywalizacji jeszcze więcej emocji. Po sezonie będę mógł dopiero powiedzieć, czy zdała egzamin.

Jak finansowo pan sobie radzi? W ubiegłym roku nie tylko żużlowcy zanotowali duże straty.

- Straty oczywiście są. W tym roku mam jednak wrażenie, że pewne sprawy wróciły trochę do normy. Każdy się martwi o finanse, ale na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Chciałbym, żeby do końca sezonu sytuacja finansowa się nie pogorszyła.

Kto w tym sezonie może zagrozić Fogo Unii Leszno w drodze po piąte z rzędu mistrzostwo Polski?

- Myślę, że wszystkie zespoły mają mocne ekipy. Nikogo nie można lekceważyć. Przykładem jest chociażby zaskakująco dobra postawa w ubiegłym sezonie Stali Gorzów. Zaczęli słabo, a potem tak się rozkręcili, że jechaliśmy z nimi w finale.

Jakie ma pan cele na nowy sezon?

- Przede wszystkim chciałbym, żebyśmy wrócili do normalności. Nie chodzi tylko o sport, ale o całe nasze życie. Chciałbym, żeby znowu nas nie zamykano, żeby kibice mogli wrócić na stadiony. Czasami mam wrażenie, że wszystkie cele sportowe i tak są przyćmione obecną sytuacją w Polsce i na świecie. Może uda się mi pojechać w kilku zawodach z cyklu SEC, może poza ligą wystartuję także w jakichś jeszcze innych turniejach.

Mam nadzieję, że wreszcie będziemy mogli jechać przy kibicach. Ja nie do końca mam taki cel, żeby jeździć dla siebie samego. Bardzo bym też chciał, żeby w ogóle na świecie zmieniło się na lepsze. Życie potrzebuje cały czas czegoś nowego. Ja na przykład oprócz tego, że się nie mogę doczekać swojego sezonu, to z niecierpliwością oczekuję także na start sezonu Formuły 1 czy WRC. Oby omijały mnie też kontuzje.

Rozmawiał Zbigniew Czyż

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje