Reklama

Reklama

Jak kluby mają budować budżety w czasach COVID-19? Niczego nie można przewidzieć, a tym bardziej zaplanować

Choć do sezonu 2021 jeszcze daleko, kluby już teraz muszą zaplanować budżet na nowy rok. Jest to sprawa wybitnie trudna, biorąc pod uwagę szereg niewiadomych dotyczących przyszłorocznych rozgrywek. Najgorsze jest to, że nikt nie wie jaka ilość kibiców będzie mogła wejść na stadiony.

Wszyscy pamiętamy historie sprzed kilku miesięcy. Sparaliżowane wybuchem pandemii kluby żużlowe najpierw desperacko walczyły o to, by w ogóle wystartować. Później doszło do renegocjacji kontraktów z zawodnikami, które nie w każdym przypadku były szybkie, łatwe i przyjemne. Część żużlowców nie chciała zgodzić się na obniżkę wynagrodzeń i na przykład Przemysław Pawlicki podpisał umowę ostatniego dnia tuż przed północą. Ironią losu jest to, że równie dobrze mógł go nie podpisywać, bo w katastrofalnym dla siebie sezonie 2020 i tak niewiele zarobił.

Reklama

Mamy do czynienia z drugą falą pandemii, a na wiosnę być może należy spodziewać się trzeciej. Kluby zapewne nie będą tak zaszokowane jak kilka miesięcy temu, więc raczej nie ma zagrożenia dla startu ligi, oczywiście bardzo możliwe że w niezwykle surowym reżimie sanitarnym. Znacznie większym kłopotem dla działaczy jest inna rzecz, która spędza im sen z powiek. Tak naprawdę absolutnie nie można oszacować wpływu z biletów, który stanowi ogromną część klubowych budżetów.

Większość klubów sprzedaje tylko karnety, licząc, że w najgorszej wersji zostanie wpuszczonych 25% normalnej ilości fanów. To i tak solidnie odbiłoby się na mocno nadszarpniętych finansowo strukturach klubów, ale lepsze to niż nic. Nikt nie bierze pod uwagę jazdy przy pustych trybunach. Optymiści zakładają 50% wypełnienia stadionów, ci najwięksi mówią, że jest nadzieja na wygaśnięcie epidemii do tego czasu i powrót do normalności.

W całkowity powrót do normalności trudno uwierzyć i nawet jeśli (co niezbyt realne) uda się w znacznym stopniu powstrzymać rozwój wirusa, będzie trzeba nadal zachować najwyższe środki ostrożności. To będzie oznaczać bardzo ograniczone możliwości manewru dla klubów w zakresie wpuszczania kibiców i organizacji meczów. Nikt nie pozwoli na całkowite pozbycie się ograniczeń czy dystansu społecznego.

Na koniec pandemii ledwo dysząc oczekują także niektóre żużlowe ligi, jak angielska czy niemiecka. Kolejny rok bez speedwaya w tych krajach oznaczałby tak na dobrą sprawę początek końca dyscypliny w tym regionie. Jednym plusem ponownego odwołania rozgrywek na wyspach byłoby pozbycie się dylematu "w której lidze jechać?" dla niektórych żużlowców. Przypomnijmy, że od nowego sezonu zawodnik jeżdżący w Polsce będzie musiał ograniczyć starty w innych ligach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama