Reklama

Reklama

Egzamin na licencję powinien być bardziej wymagający. W żużlu nie chodzi tylko o to, by dojechać do mety bez upadku

Często obserwujemy w żużlu sytuacje, w których na tor wyjeżdża zawodnik zdradzający ewidentne nieprzygotowanie do rywalizacji z innymi. Jasne jest, że zwłaszcza turnieje młodzieżowe służą nauce i nie należy oczekiwać zbyt wiele od ich uczestników. Niemniej styl jazdy niektórych młodych żużlowców każe po raz kolejny zastanowić się nad tym, czy przypadkiem nie należałoby bardziej rygorystycznie podchodzić do egzaminu na licencję.

Kilka upadków w jednym biegu, przewracanie się na prostej czy bycie dublowanym przez innych zawodników - to obrazki, które dobrze znamy. Niestety, nie przytrafiają się one tylko w zawodach młodzieżowych, będących niejako poligonem dla juniorów. Często kompletnie nieprzygotowany żużlowiec jest wystawiany do jazdy w lidze, bo po prostu nie ma komu jechać. Najlepszy przykład to zeszłoroczna historia z Kacprem Kłosokiem. Tutaj oczywiście swoje zrobiła też presja, ale widać było, że zawodnik ma ogromne braki techniczne.

Reklama

Od lat mam swoje zdanie w tej kwestii i to chyba nie jest tylko moje zdanie. Podobnie wypowiadał się kiedyś Marek Cieślak. Kryteria dla młodych ludzi chcących być żużlowcami są zbyt łagodne - mówi nam Marta Półtorak, była prezes Stali Rzeszów. - Nie mówię, żeby dodatkowo stresować tych chłopaków, bo sam egzamin to już przecież nerwowa sytuacja. Przede wszystkim jednak powinno być więcej jazdy. Przecież w byciu żużlowcem nie chodzi o to, by się tylko zmieścić w regulaminowym czasie i dojechać, nie przewracając się. To takie robienie sztuki dla sztuki - dodaje.

Co jakiś czas powraca temat możliwości startu zagranicznego juniora w polskiej lidze. Na takie rozwiązanie czekają chociażby Jan Kvech czy Petr Chlupac, o niebo lepsi od wielu młodych Polaków. - Nie chciałabym z kolei żeby było tak, że dopuścimy zagranicznych juniorów i jeszcze bardziej ograniczymy rozwój rodzimych chłopaków. Oczywiście, że z obcokrajowcami jest łatwiej i taniej. Ściągamy juniora, który jest wyszkolony i ktoś w niego zainwestował. Tu nie chodzi o to, byśmy mieli ligę polską złożoną z obcokrajowców. Może po prostu szkólmy mniej zawodników, ale za to niech to szkolenie będzie efektywne - słyszymy.



Marta Półtorak ma ciekawy pomysł dotyczący motywowania klubów do szkolenia zdolnych juniorów. - Zdaję sobie sprawę z tego, że trudno jest w ogóle zachęcić młodych ludzi do uprawiania żużla. Może po prostu zróbmy tak, że będziemy nagradzać kluby np. za wychowanka w składzie? Nie karać za jego brak, ale nagradzać za jego obecność. Szkólmy swoich, ale niekoniecznie ile się da. Ważna jest jakość. Jak każdy klub wyszkoli jednego dobrego żużlowca na dwa lata, to już będzie bardzo dobrze - tłumaczy.

Dziennikarz żużlowy Wojciech Koerber powiedział kiedyś, że może należałoby w ogóle zrezygnować ze śmiesznie łatwego egzaminu na licencję, bo on i tak niczego nie weryfikuje. Zaproponował, by po prostu trener decydował o tym, czy dany zawodnik może już jechać w lidze. - Tutaj obawiałabym się nacisków na trenera osób ze środowiska. Sponsorzy, rodzice, działacze mówiliby mu, że taki 15-latek jest już gotowy do jazdy i trzeba dać go do składu ligowego. Powinien być obiektywny element weryfikacji zdolności zawodnika, a nie tylko ocena trenera. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje