Reklama

Reklama

Dzikie karty dla obcokrajowców na polskie turnieje to duży nietakt. Mamy dostatecznie dużo dobrych żużlowców

Sporo kontrowersji w sezonie 2020 wywołało przyznanie dzikich kart na turnieje GP w Gorzowie i w Toruniu odpowiednio Andersowi Thomsenowi i Jackowi Holderowi. Obaj co prawda jeździli dobrze, ale zabrali możliwość występu młodemu Polakowi. Wojciech Dankiewicz nie jest fanem podobnych pomysłów i uważa, że taka nagroda powinna przysługiwać rodzimemu zawodnikowi.

Duńczyk i Australijczyk w sezonie 2020 pokazali się naprawdę z dobrej strony i to trzeba im oddać. Dodatkowo Thomsen startował w Stali Gorzów, a Holder eWinner Apatorze, a zatem byli poniekąd gospodarzami wspomnianych turniejów Grand Prix. Ich występ z dziką kartą budził jednak duży niesmak u części środowiska. Mówiono, że zabrali szansę np. Dominikowi Kuberze, który spokojnie mógł powalczyć z najlepszymi. 

Reklama

- Jeżeli w innych krajach startuje zawodnik miejscowy, to dla mnie dużym nietaktem jest występ obcokrajowca w zawodach rozgrywanych w Polsce - uważa Wojciech Dankiewicz. - Mamy sporo utalentowanych żużlowców, którzy na taką nominację zasługiwali. Absolutnie nie dociera do mnie argument, że dominujemy w światowym żużlu i jest nas dużo. Dzika karta dla gospodarza to świętość i rodzaj nagrody dla kibiców oraz zawodników, którzy często nawet nie mają jak dostać się do cyklu - dodaje.

Spora część obserwatorów jako głównego pokrzywdzonego takimi decyzjami wskazała właśnie Dominika Kuberę, który w PGE Ekstralidze regularnie pokonywał rywali z GP. - Z powodzeniem mógł wystartować np. podczas GP w Toruniu. To oczywiście moja subiektywna opinia. Takich jak on jest jednak więcej. Ja będę twardo trzymał się swojego zdania, że w danym kraju powinien jechać miejscowy reprezentant. 



Jakiś czas temu zdarzały się już sytuacje z dzikimi kartami dla obcokrajowców na polskich turniejach. W Chorzowie startował niegdyś Lee Richardson, później uhonorowano także Darcy'ego Warda. W innych krajach też taka historia miała miejsce. Najczęściej jednak jeżdżą reprezentanci gospodarzy, nawet jeśli ich poziom sportowy nie jest adekwatny do stawki. Przypomnijmy tylko rok 2018 i występ Matica Ivacica podczas GP Słowenii. Zawodnik nie łapał się nawet na szprycę i przegrywał o 50 m z najsłabszymi wówczas Pawlickim i Cookiem. Widać było, że od tego poziomu dzielą go lata świetlne.

Często zawodnik z danego kraju wybierany jest nieco na siłę, a jednak daje się mu taką nagrodę. Polacy wybierać na siłę nie muszą. - Mieliśmy wiele takich przykładów właśnie podczas zawodów w Słowenii czy we Włoszech. Jeździli tam tacy, którzy sportowo do cyklu się nie nadawali. U nas mamy mnóstwo takich, którzy się nadają. Skoro można przyznać gospodarzom dziką kartę w innych krajach, to należy to samo robić w Polsce. Jest z kogo wybierać - zakończył Wojciech Dankiewicz.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!


Dowiedz się więcej na temat: żużel | Anders Thomsen | Jack Holder | Grand Prix na żużlu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama