Reklama

Reklama

Czy mamy problem z sędziami? Ich szef daje jasną odpowiedź

- Sędzia Meyze popełnił jeden błąd na dwieście biegów. Sędzia Kuśmierz też popełnił jeden błąd na ileś biegów. Pokażcie mi zawodnika, który przez dłuższy czas potrafi się uchronić od błędów? Każdy jest człowiekiem. Sędzia też jest człowiekiem, dlatego przytrafiają mu się błędy – mówi Leszek Demski, szef żużlowych sędziów.

Dariusz Ostafiński, Interia: Kibice piszą do nas: zajmijcie się sędziami, bo to, co się dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie. Bulwersuje to, co stało się w Lesznie, gdzie sędzia przerwał bieg i wykluczył Patryka Dudka. Ludzie pytają za co? Ja bym zapytał, dlaczego w ogóle ten wyścig został przerwany?

Leszek Demski, szef sędziów: Możemy dyskutować o tym czy bieg należało przerwać. Natomiast, jak już został przerwany, to powinno to skutkować wykluczeniem Piotra Pawlickiego. Według mnie jego atak był za ostry i bieg faktycznie przerwany był prawidłowo. Jakby Pawlicki odwiózł Dudka do połowy toru, to ok, ale on odwiózł aż pod samą bandę i to nie było w porządku. Pawlicki zdecydowanie przesadził i w mojej ocenie zasłużył na wykluczenie.

Reklama

Zatem kibice słusznie stawiają pytanie: za co?

- Pamiętajmy jednak, że sędzia ma ułamek sekundy na podjęcie decyzji. Według mnie słusznie przerwał, natomiast w drugiej fazie oceny sytuacji błędnie to wszystko zinterpretował.

Zgodziłbym się z panem, jakby nie sytuacja z trzeciej kolejki, z meczu Stal - Apator, gdzie w ostatnim biegu Szymon Woźniak tak ostro pojechał z Pawłem Przedpełskim, że ten zrywał reklamy z bandy. Wtedy wszystko było ok, teraz jest za ostro. Warto by mieć jakieś szablon, żeby wiedzieć, gdzie jest granica między jazdą ostrą, ale fair, a taką jazdą przesadnie ostrą.

- Wtedy Szymon Woźniak na przeciwległej prostej docisnął do bandy Pawła Przedpełskiego. Jeśli to miałyby być przykłady do szablonu to porównanie zupełnie nietrafione.

Dla mnie to jednak wygląda tak, że brakuje konsekwencji. Co sędzia, to inna decyzja, choć sytuacje bliźniaczo podobne.

- Ja już od jakiegoś czasu mówię sędziom, że w ich decyzjach brak konsekwencji i dążymy do tego, żeby to zmienić.

Dobrze by było, bo kibice mają mętlik w głowie. Idźmy jednak dalej, bo w niedzielę sędzia wykluczył we Wrocławiu Woffindena. I teraz ja pytam za co? Hansen się na niego położył, ekspert nSport+ mówił wprost, że to wyglądało tak, jakby Duńczyk polował na tylne koło rywala, żeby zmusić sędziego do podjęcia takiej, a nie innej decyzji.

- Moim zdaniem Woffinden uderzył Hansena i sędzia słusznie zareagował. Chwilę przed zderzeniem Woffinden przejeżdża na prostej przez drugie pole startowe. Jadąc wąsko, musiał wiedzieć, że nie utrzyma się przy krawężniku, że siła odśrodkowa go odrzuci. Tak się stało. Dla mnie to Woffinden uderzył w Hansena, a nie na odwrót.

Przyznam, że ja tego nie kupuję. Woffinden jechał z przodu. Według mnie trzymał się krawężnika na tyle, o ile było to możliwe. Hansen natomiast jechał tak, że jakby nie natknął się na Woffindena, to wjechałby na murawę. Moim zdaniem on widział, że rywal mu ucieka i podjął desperacją próbę ratowania pozycji przez atak na tylne koło przeciwnika.

- Będę się upierał, że Woffinden nie jechał naturalnie. Nie ma też czegoś takiego, że prowadzący dyktuje warunki. Co według pana oznacza, że jechał z przodu? Gdyby jechał z przodu o całą długość motocykla, to nie zahaczyłby Hansena. Powtórzę raz jeszcze, że ja w tej decyzji nie widzę błędu sędziego.

Tu się nie dogadamy, ale tu przynajmniej była jakaś konsekwencja, bo w identycznej sytuacji w meczu Unia - Stal Pawlicki został wykluczony za jazdę à la Woffinden. Inna sprawa, że ja z tamtym wykluczeniem też się nie zgadzam. Mam natomiast refleksję, że zawodnicy, widząc, jak sędziowie interpretują takie ataki, mogą celować w tylne koło rywali widząc, że tracą pozycję. Wiem, że ta teoria w przypadku żużla może brzmieć absurdalnie, ale wykluczyć jej nie można.

- I tu się zgodzę, dlatego trzeba będzie wyważyć, kiedy zawodnik będący w sytuacji Hansena jechał swoje, a kiedy wykorzystał sytuację i chciał się przewrócić, kiedy polował na ten kontakt z kołem motocykla rywala.

Pan się zgadza ze stwierdzeniem, że mamy problem z sędziami?

- Sędzia Meyze popełnił jeden błąd na dwieście biegów. Sędzia Kuśmierz też popełnił jeden błąd na ileś biegów. Pokażcie mi zawodnika, który przez dłuższy czas potrafi się uchronić od błędów? Każdy jest człowiekiem. Sędzia też jest człowiekiem, dlatego przytrafiają mu się błędy. Nie mówmy jednak o tym, że mamy problem, bo to przesada. Przez kilka ostatnich lat był spokój. W ostatnim czasie zdarzyły się dwa błędy i padają daleko idące stwierdzenia.

Błąd sędziego Kuśmierza był jednak poważny i skłonił władze ligi do weryfikacji.

- Zgoda, ale poza tym nie mamy jakichś dramatów. Nawet jeśli się coś zdarza, to są tylko pomyłki wynikające z oceny sytuacji. Nie mamy wielbłądów. Dlatego nie podoba mi się to, co robią niektórzy dziennikarze i kibice. Za chwilę nie będzie miał kto sędziować. Po ostatniej kolejce nawet ja dostałem sms-y od ludzi, których nie znam. Dzięki temu mogę sobie wyobrazić, co dzieje się w social mediach. Ta nagonka na sędziów nie jest normalna.

Może powinien pan zwiększyć kontrolę nad sędziami, może należałoby być z nimi w kontakcie, żeby nie robili grubych pomyłek mających wpływ na całościową ocenę.

- Niektóre sprawy są jednak tak przekłamywane, że żadna pomoc nic by nie zmieniła. Bo jaki mieliśmy wpływ na to, co Wilki zrobiły z torem w Krośnie. Czytam, że wina sędziego i GKSŻ, bo mecz się nie odbył, a to nie my bronowaliśmy tor. Dopiero po tygodniu wszystko się uspokoiło, bo klub przyznał się do winy.

Od dawna mówiłem, że przydałby się VAR. Teraz Ekstraliga i GKSŻ chcą to zrobić.

- Pamiętajmy jednak, że VAR tez nie wyeliminuje wszystkich błędów. Jest w piłce, ale tam nadal zdarzają się pomyłki. Mam jednak przekonanie, że przy większym wsparciu sędzia Meyze nie popełniłby błędu w Lesznie. Zasadniczo od dawna postulowałem, żeby było dwóch, trzech sędziów na meczach, ale kluby zawsze zbijały ten pomysł, mówiąc o kosztach.

Chyba jednak zgodzi się pan z tym, że zamieszania z torem w Krośnie można było uniknąć bez VAR-u i dodatkowych sędziów. Wystarczyło, żeby pan arbiter wykazał odrobinę dobrej woli i zarządził próbę toru.

- Ja tam nie byłem, więc nie mogę ocenić, czy ta próba toru mogła się odbyć. Słyszałem, że tor był przeorany frezarką, że potworzyły się pasy. A jeśli tor nie był jednolity, to przeprowadzenie próby toru było ryzykiem. A co, jakby komuś się coś stało na nieregulaminowym torze.

Można było jednak uznać tor warunkowo za regulaminowy i dopuścić do próby toru. Jakby zawodnikom zalecono ostrożną jazdę, bo są obawy co do nawierzchni, to nikt by nie ryzykował.

- Nie ma czegoś takiego. Tor albo jest regulaminowy, albo nie. Osobiście skłaniałbym się do próby toru, podpierając się stwierdzeniem, że tor jest regulaminowy do próby toru, a potem wydajemy finalną oceną i jedziemy bądź nie, jeśli po próbie stwierdzimy, że nie jest nieregulaminowy.

To może rację mają ci, którzy mówią, że sędziemu zabrakło zdrowego rozsądku?

- Nie wiem. Bo jeśli faktycznie było źle, to może jednak miał podstawy. Ja mówię, co ja bym zrobił na podstawie telewizyjnego obrazu. W telewizji źle to nie wyglądało, ale na żywo mogło być gorzej. W końcu ten słynny śrubokręt, który sędzia wbijał w tor, wchodził na różną głębokość w różnych miejscach.

Przewodniczący jury był na miejscu i chciał próby toru. To chyba pokazuje, że aż tak tragicznie nie było.

- Jak wspomniałem, w telewizji źle to nie wyglądało i ja też bym dążył do próby toru.

Na koniec chciałbym wrócić do pomysłu z dodatkowymi sędziami. Skąd by ich pan wziął, skoro wszystkich arbitrów jest tak niewielu.

- Są jednak byli sędziowie, są osoby pełniący funkcję przewodniczących jury. Chętnych rąk do pracy z pewnością by nie zabrakło.

A dlaczego w ogóle jest tak mało sędziów?

- Nie ma chętnych. I ja się nie dziwię. Przy takim hejcie. Kiedyś na naborach było 300, 400 zgłoszeń, a teraz mamy kilkanaście zgłoszeń.

Z tego, że jest tak niewielu sędziów, są jednak kłopoty. Paweł Stangret w piątek wieczorem skończył pracę na meczu Włókniarza, potem wsiadł w auto, żeby w sobotę pojawić się w Landshut. Sześć, siedem godzin za kółkiem. Słyszałem od ludzi w Landsht, że blado wyglądał.

- Każdy wyjazd jest uzgodniony z sędzią. Jakby się Paweł Stangret nie zgodził, to nie jechałby do Landshut. Rozmawiałem z nim i z tego, co wiem, to na odpoczynek przed sobotnim meczem miał około ośmiu godzin. To chyba nie jest mało.

Cała ta wyprawa wygląda jednak na mocno hardkorową.

- Sędziowie w tygodniu mają trzy zawody DMPJ w trzy dni i jakoś nikt nie robi z tego problemu. W wielu zawodach ludzie pracują na pełnych obrotach, nie oszczędzają się i nie ma co robić z tego dramatu. Ja słyszałem, że dziennikarze też piszą artykuły po nocach i na następnych zawodach blado wyglądają.

Przyznaję, że to się zdarza.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL