Reklama

Reklama

Cztery medale mistrzostw świata mają gorzki smak

Zastąpienie Drużynowego Pucharu Świata parowymi zawodami Speedway of Nations miało jeden prosty cel: zakończenie dominacji Polaków na arenie międzynarodowej. Został on osiągnięty w stu procentach, bo choć Polacy w każdej z 4 dotychczasowych edycji stanęli na podium, to ani razu nie zdobyli złota.

4 medale mistrzostw świata z rzędu? W każdej innej dyscyplinie sportu podobny wynik byłby odebrany jako niebywały sukces. Żużel rządzi się jednak swoimi prawami. Polacy są dla czarnego sportu tym, co Amerykanie dla koszykówki. Każde miejsce poniżej pierwszego jest dla nas sromotną porażką.

Zanim postał format Speedway of Nations, przez 17 lat najlepszą żużlową reprezentację globu wybierał Drużynowy Puchar Świata. Do sukcesu potrzeba było drużyny składającej się z 4 świetnie dysponowanych zawodników. Szybko okazało się, że większość naszyh rywali nie jest w stanie wystawić tylu członków światowej czołówki. Biało-czerwoni wznosili trofeum w górę aż 8-krotnie. Wreszcie, po sezonie światowi decydenci powiedzieli: "Basta!" i zmienili zasady. Teraz do walki o prymat na świecie stają pary najlepszych żużlowców z poszczególnych krajów wzmacniane jednym rezerwowym z kategorii wiekowej U21.

Reklama

2018: Falstart Patryka Dudka i całej reprezentacji

Polakom utrudniano życie zmieniając zasady, ale - jakby w formie swoistej rekompensaty - nadano im funkcję gospodarza finałów pierwszej edycji Speedway of Nations. W lipcu oczy całego żużlowego świata żywo zainteresowanego nowym turniejem zostały skierowane na Stadion Olimpijski we Wrocławiu.

Selekcjoner Marek Cieślak dobrze rozumiał, że nowe zasady wymagają innego podejścia do budowy zespołu. Zrezygnował z Bartosza Zmarzlika, a do wychowanego na wrocławskim torze Macieja Janowskiego dokooptował Patryka Dudka z Falubazu Zielona Góra. Obaj żużlowcy byli starsi - odpowiednio o 4 i 3 lata - od 23-letniego wówczas gorzowianina i zgodnie z wszelkimi oczekiwaniami ekspertów powinni byli lepiej radzić sobie ze wzmożoną w stosunku do DPŚ presją.

Nasi reprezentanci po fazie zasadniczej zajmowali trzecie miejsce. Baraż z Wielką Brytanią miał wyłonić drużynę, która stanie w finałowym wyścigu przeciwko świetnie dysponowanym Rosjanom. Niestety, biało-czerwoni przegrali tę rywalizację zanim zaczęła się na dobrze rozpocząć. Sędzia dopatrzył się nieregulaminowego startu Dudka. Przerwał bieg i udzielił mu drugiego - skutkującego wykluczeniem - ostrzeżenia. Obrońcy tytułu musieli zadowolić się najniższym stopniem podium.

2019: Rosjanie powinni nauczyć się od nas gościnności

Kolejny finał odbywał się w rosyjskim Togliatti. Tym razem Cieślak nie miał wyjścia - Zmarzlik zmierzał właśnie po swój pierwszy tytuł indywidualnego mistrza świata, przez cały sezon nie było na niego mocnych. Miejsce u jego boku zajął jednak nie Maciej Janowski, a Patryk Dudek.

Polacy szli przez rosyjski turniej jak burza pewnie zwyciężając w fazie zasadniczej. W nim czekało na nich niezwykle trudne zadanie - rywalizacja z gospodarzami, a jednocześnie obrońcami tytułu. Za biało-czerwonymi przemawiał jednak wynik z czternastego biegu zawodów, w którym nie dali żadnych szans Emilowi Sajfutdinowowi i Artiomowi Łagucie. Tym razem było jednak inaczej, bo reprezentanci Sbornej zdołali już znaleźć optymalne ustawienia motocykli. W powtórce ostatniego wyścigu dnia (pierwsza odsłona została przerwana przez upadek Dudka w pierwszym łuku) odpłacili Polakom pięknym za nadobne i dojechali do mety z dużą przewagą zgarniając drugie z rzędu złoto.

2020: Z deszczu pod... Rosję!

W kolejnym sezonie turniej nie tylko wrócił nad Wisłę, ale również zmienił termin z lipcowego na październikowy tak, by walka o tytuł najlepszej żużlowej nacji świata rozstrzygała się tuż przed tym, jak świat czarnego sportu zapada w zimowy sen. Nie przewidziano jednak, że pogoda o tej porze roku może spłatać organizatorom sporego figla. Ulewne deszcze szalejące nad Lublinem zmusiły oficjeli do zrezygnowania z 2-dniowego finału i skupienia całej rywalizacji w jeden wieczór.

Na loteryjnym, mokrym jak worek lodu wystawiony na słońce torze szalał wówczas Bartosz Zmarzlik nie dając szans żadnemu z rywali. Niestety, jego partner Szymon Woźniak wyraźnie odstawał od niego poziomem sportowym. Po jego bardzo groźnym wypadku w wyścigu przeciw Szwecji Phil Morris zdecydował się zakończyć zawody po zaledwie 4 seriach startów.

Polacy mieli wówczas tyle samo punktów co prowadzący Rosjanie, jednak po stronie Sbornej leżał wynik bezpośredniej rywalizacji obu krajów. Wyścig został co prawda wygrany przez Zmarzlika, jednak regulamin SoN zakłada, że konfiguracja oznaczająca zazwyczaj remis 3:3 premiuje zawodników z 2 i 3 miejsca, a więc w tym przypadku Łagutę i Sajfutdinowa.

2021: To już chyba klątwa

Tym razem nic nie miało prawa się nie udać. Rosjanie? Na skutek wewnętrznych konfliktów z federacją wystawili drugi garnitur, który nawet nie zakwalifikował się do finału. Nasz skład? Najlepszy z możliwych - drugi i czwarty zawodnik świata. Nowy selekcjoner Rafał Dobrucki przywrócił do łask Janowskiego wyrzuconego z kadry przez Cieślaka. Faza zasadnicza? Polacy przeszli ją jak burza. Gospodarze? No właśnie, gospodarze...

Brytyjczycy już pierwszego dnia rywalizacji w Manchesterze stracili swoją największą gwiazdę - Taia Woffindena. 3-krotny mistrz świata musiał wycofać się z rywalizacji po fatalnie wyglądającym upadku. Zagrożenie zneutralizowane? Nic z tych rzeczy! Zastępujący go Daniel Bewley wspiął się na wyżyny swoich możliwości i wraz z Robertem Lambertem awansowali nie tylko do barażu, ale nawet finału.

Wówczas stało się niebywałe. Na skutek nieporozumienia na wyjściu z drugiego łuku upadł Maciej Janowski! Polak szybko podniósł się z toru i pogonił za Brytyjczykami, ale nic to nie dało. Strata była zbyt duża. Biało-czerwoni kolejny raz wracają do domu nie tylko z medalami, ale przede wszystkim z poczuciem kompletnej klęski. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne