Reklama

Reklama

Czosnyka: Polskie kluby nie potrzebują trenerów

Tomasz Bajerski nie będzie trenerem eWinner Apatora Toruń. Ten scenariusz wisiał w powietrzu już bardzo długo. Najpierw nie było pewne, czy działacze w ogóle przedłużą z nim kontrakt. Później zapowiedziały jego pozostanie, ale nie było tajemnicy w tym, że sondowali rynek i szukali kogoś innego. Ten związek taki trochę "na siłę" właśnie się zakończył.

Zacznijmy jednak po kolei. Tomasz Bajerski do Toruniu, czyli miejsca skąd pochodzi, wjeżdżał w 2020 roku na białym koniu. Miał za sobą świetny okres w Poznaniu, uchodził za zdolnego trenera młodego pokolenia, więc chcący się odbudować po spadku z PGE Ekstraligi i nawiązać do swoich korzeni klub z Torunia zaproponował swojemu wychowankowi pracę. Potrwała ona przez dwa sezony. W tym okresie Bajerski spełnił wszystkie cele sportowe. Najpierw wygrał rozgrywki 1. Ligi, a później utrzymał zespół w elicie. To najwyraźniej było za mało.

Nieporozumienie z partnerką zakończyło związek Bajerskiego z Apatorem

Oczywiście dziś powodem rozstania trenera z klubem jest afera, która wyszła na jaw w ostatnich dniach. Chodzi o rzekome zobowiązania finansowe, które Bajerski ma mieć względem swojej byłej partnerki. Sam zainteresowany odpiera zarzuty, ale wszelkie tłumaczenia niespecjalnie przekonały władze Apatora. Miało nawet dojść do spotkania między nimi a działaczami. Bajerski dostał ultimatum, sam jednak stwierdził, że nie cieszy się zaufaniem i zrezygnował.

Reklama

Nie ma w tym wielkie tajemnicy, że Bajerski od dłuższego czasu miał pretensje o to, że traktowany jest jak piąte koło u wozu. Najpierw w ogóle nie było pewne, czy zostanie w Toruniu, a skończyło się na tym, że w parku maszyn pomagać ma mu Krzysztof Gałandziuk. Z drugiej strony klub nie chciał żegnać Bajerskiego, ale nie bardzo wiedział, jak zakończyć tę współpracę z klasą. Tak pokrótce można by opisać całą historię.

Sprawa Bajerskiego pokazuje, jakie znaczenie ma w żużlu trener

Nie będę oceniał, czy to dobrze, że strony się ze sobą rozstały. Dla mnie ten przykład pokazuje tylko, jak marginalną rolę w sporcie żużlowym pełni większość trenerów. Bardzo często nie miał wpływu kompletnie na nic. Drużyny personalnie budują prezesi, a jak już wszystko jest gotowe, to dopiero wtedy rozglądają się za kimś, kto będzie ją prowadził. I tak nierzadko trener bierze odpowiedzialność za projekt, którego nawet nie jest współautorem.

Casus Bajerskiego nie jest niczym nowym w środowisku żużlowym. Ubolewam nad tym, bo trenerzy są po prostu traktowani po macoszemu. Wcześniej w średnio przyjaznych okolicznościach z Włókniarzem żegnał się Piotr Świderski. Te przykłady możemy mnożyć. Należy więc głębiej zastanowić się nad problemem roli trenerów w polskich klubach. Na razie nie zmierza to w dobrą stronę. Trudno się więc dziwić, że brakuje świeżego dopływu krwi, a na rynku trenerskim operujemy ciągle tymi samymi nazwiskami.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy