Reklama

Reklama

Człowiek spod znaku MMX. Normalne życie ma tylko w weekendy

Michał Marmuszewski, to wschodząca gwiazda na tunerskim rynku żużlowym. – Jak trzy lata temu zrobiłem pierwszy silnik, to nikt nie chciał się na nim przejechać nawet za darmo. Teraz jest inaczej, ale normalne życie mam tylko w weekendy, bo w tygodniu, od rana do wieczora siedzę w warsztacie – opowiada.

Dariusz Ostafiński, Interia: Jak wygląda życie żużlowego tunera w Polsce?

Michał Marmuszewski, tuner: Normalne życie jest tylko w weekendy. A tak, w tygodniu, to jest robota od rana do wieczora. Siedzę w swoim garażu i robię nowe silniki lub serwisuję te, które przychodzą do remontu po przejechaniu określonej liczby biegów.

Nie żałuje pan, że wybrał takie życie?

- Nie żałuję. Ja to lubię robić. Widzę, że inni jeżdżą na wakacje, wypoczywają, ale ja teraz nie mogę sobie na to pozwolić.

To chyba lekko nie jest

Reklama

- Nie jest, ale żona bardzo mnie wspiera i pomaga mi.

Jak?

Dobrym słowem przede wszystkim, ale zajmuje się też papierologią, prowadzi księgowość firmy. Jak trzeba, to silniki też rozpakowuje. W ogóle to jest takie wąskie grono osób, które wspiera mnie w tym, co robię. Bez nich byłoby mi naprawdę ciężko.

Teraz mówią o panu: wschodząca gwiazda. Jak to się zaczęło?

- Pierwsze kroki w żużlu stawiałem, pracując ze szkółką Motoru. Zostałem najpierw wysłany na szkolenie do Stanisława Burzy, byłego zawodnika, a dziś trenera Unii Tarnów, który także robi silniki. Ta moja praca ze szkółką, to był 2016 rok. Jeszcze nawet klubu w Lublinie nie było.

Od Jacka Filipa, który panu pomaga, słyszałem, że zaczynał pan jednak od motocrossu.

- Tak. Zajmowałem się silnikami do crossu, ale przede wszystkim tuningiem zawieszenia.

To było prościej wejść do żużla.

- Zdecydowanie łatwiej niż, gdybym w ogóle nie miał styczności z motocyklami. Jak się przerobiło ileś tam silników do motocrossu, to zdobyło się doświadczenie i to pomogło.

Rok temu dał pan swój silnik Krzysztofowi Buczkowskiemu i to był przełom.

- Tak, to był przełom. Wcześniej, przed Krzysztofem, był jednak Daniel Jeleniewski. To był pierwszy żużlowiec senior, z którym współpracowałem. Zresztą jest do dziś. Dodam, że jak trzy lata temu zrobiłem pierwszy silnik, to nikt nie chciał się na nim przejechać nawet za darmo. To pokazuje, jak wiele pracy trzeba w to włożyć i ile trzeba mieć szczęścia, żeby coś osiągnąć.

Mówi się też, że tunerzy mają warsztaty wyposażone za setki tysięcy złotych. Jak to jest u pana?

- Koszty są ogromne, praktycznie nie da się ich zliczyć. To nie jednorazowa inwestycja na zasadzie wydania kilkuset tysięcy i działamy. To jest dokładnie non-stop i ulepszanie warsztatu. Zostawmy jednak pieniądze, bo w tym wszystkim najważniejsi są ludzie. Wróćmy do Burzy, który mnie wyszkolił na początku drogi. A dwa lata temu pojawił się Jacek Filip, którego poprosiłem o pomoc i on poświęcił mi ogrom czasu. Przyjeżdżał do mnie, szkolił mnie w warsztacie. Mogę do niego zadzwonić w każdej chwili, poprosić go o pomoc. Jak trzeba, jak jest coś poważnego, to on potrafi wsiąść w samochód i przyjechać do mnie.

A może się pan pochwalić, kto ma pana silniki. Pan Jacek zdradził nam, że pół Motoru zamawia u pana sprzęt.

- Ja mam taką zasadę, że chcę pomóc chłopakom w tym, żeby osiągali sukcesy. Cała reszta, to jest jednak tajemnica warsztatu. Jak ktoś kupuje mój silnik, to ma też moją dyskrecję. Kupił, to jego prywatna sprawa, o której ja nie mówię. Jeśli zawodnik zechce się pochwalić, to super, ale z mojej strony nic takiego nie wyjdzie.

Czyli trzeba patrzeć na zdjęcia i szukać odpowiedniej grawerki.

- Na moich silnikach są wygrawerowane litery MMX. I proszę się nie gniewać, że nie chcę mówić o nazwiskach. Nie szukam poklasku. Skupiam się na pracy, na tym, żeby dobrze wykonać swoją robotę.

Tygodniowo ile silników pan robi?

- Jeden nowy silnik w tygodniu. I to tylko dlatego, że wspiera mnie Artur Małecki. Przychodzi, kiedy ma czas. On też kiedyś robił silniki, więc to jest fachowe wsparcie. Bez niego trudno byłoby zrobić nawet ten jeden silnik tygodniowo. To jest precyzyjna robota. Do tego dochodzą serwisy. Z nimi też trzeba na spokojnie, żeby wszystko dokładnie sprawdzić.

To już teraz wiemy, skąd to urwanie głowy w sezonie.

- No to jest urwanie głowy. Idealnie byłoby budować nowe silniki poza sezonem, a w trakcie już tylko serwisować. Nie działam jednak ekspresowo, bo ja dopiero raczkuję, wciąż się wielu rzeczy uczę.

A jak kiedyś pana zawodnik zostanie mistrzem świata, to pan złamie swoją zasadę i pochwali się, że ma mistrza? Inni tak robią.

- Nie myślę o tym, nie wybiegam tak daleko w przyszłość. Jak powiedziałem, na razie wszystko zostaje za drzwiami garażu, ale kto wie. Może kiedyś coś powiem. Teraz mogę jedynie zdradzić to, że jestem pierwszym góralem, który został tunerem.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL