Reklama

Reklama

Czarnecki punkt widzenia. Narodowy prawie usnął z nudy

- Charakterystyczne, że obie wielkie imprezy odbyły się w ten weekend w Polsce. Jakieś fatum (my wiemy, że nie o fatum tu chodzi) wisiało nad ściganiem się w sobotę na Stadionie Narodowym i w niedzielę na Golęcinie w Poznaniu. Trudno to było nazwać "ściganiem", bo na GP Warszawie mieliśmy tak naprawdę jeden, jedyny bieg, który zasługiwał na to miano. Na DME wcale nie było z tym lepiej - pisze w swoim nowym felietonie dla Interii Ryszard Czarnecki.

Wyjątkowo od piątku do niedzieli nie było meczów PGE Ekstraligi. Dzięki temu fani speedwaya mogli skupić swoją uwagę na międzynarodowym weekendzie żużlowym, które stanowiły dwie imprezy: drugi tegoroczny turniej cyklu Grand Prix oraz wracające po latach przerwy DME (pod moim Patronatem Honorowym).

Charakterystyczne, że obie imprezy odbyły się w Polsce. Jakieś fatum (my wiemy, że nie o fatum tu chodzi) wisiało nad ściganiem się w sobotę na Stadionie Narodowym i w niedzielę na Golęcinie w Poznaniu. Trudno to było nazwać "ściganiem", bo w Warszawie mieliśmy tak naprawdę jeden, jedyny bieg, który zasługiwał na to miano, bo był pełen mijanek i mógł fascynować. 

Reklama

W Poznaniu zawodnicy, tradycyjnie, jechali "gęsiego". Trzeba coś z tym zrobić, bo tory, które przesądzają o kolejności już na starcie i de facto zabijają rywalizację, niestety, nie służą promocji "czarnego sportu". Wierzę, że Poznań zdobędzie się na nawierzchnię, która zapewni ściganie. Inaczej organizatorzy będą szukać innych rozwiązań. Przypomnę, że zaplanowane tuż na początku sezonu żużlowego, tydzień po "Kryterium Asów" oraz dzień po IMME - Mistrzostwa Polski Par klubowych (wszystkie trzy imprezy pod moim Patronatem Honorowym) też w wielkiej mierze polegały na wpisywaniu punktów zaraz po zwolnieniu taśmy startowej.

Pod względem organizacyjnym, Warszawa i Poznań nie mają czego się wstydzić. Były świetnie przeprowadzone. Żużlowe Grand Prix w stolicy, tak jak siatkówka na Stadionie Narodowym, to strzał w dziesiątkę, znakomity pomysł. Każdy kto był, teraz lub w przeszłości na warszawskim GP wie, że atmosfera tam jest niepowtarzalna. Bywałem na GP na Millenium Stadium w Cardiff, w Walii, tam też było ekstra, ale jednak Narodowy bije to na głowę.\

Z czym jeszcze można porównać zawody w miejscu, którym przez ponad pół wieku mieścił się Stadion Dziesięciolecia? Może z GP na liczącym w tej chwili już przeszło 110 lat stadionie w Sztokholmie, na którym były rozgrywane Letnie Igrzyska Olimpijskie w 1912 roku. Też monumentalny, jak nasz "Narodowy", ale jednak ząb czasu spowodował, ze stadion w stolicy Szwecji nawet nie umywa się do areny w stolicy Polski.

Co do przebiegu rywalizacji, to po pięknym zwycięstwie na inaugurację w Gorican Zmarzlik, który także osiągnął najlepszy czas jednego okrążenia dzień przed zawodami wydawał się stuprocentowym faworytem. Gdyby przypilnował drugiego miejsca w półfinale, a nie walczył zaciekle o pierwsze, niewykluczone, że wyjechałby z Narodowego z tryumfem.

Stało się, jak się stało. Wielką Nagrodę Polski wziął były mistrz świata juniorów z Australii - Max Fricke. Dla tego młodego żużlowca, to kolejne po Toruniu 2020 zwycięskie zawody GP do CV. A Duńczycy? Ruszyli ławą. Przed rozpoczęciem cyklu GP Marek Cieślak głównego konkurenta dla Zmarzlika upatrywał w Madsenie, ja w Michelsenie i Janowskim. Na razie obaj z trenerem mamy rację.

W Wielkopolsce Biało-Czerwoni sięgnęli po złoty medal, który wieszano im na szyjach długo przed zawodami. Pewnie gdyby nie upadł poprzedniego dnia w półfinale GP Michelsen rywalizacja byłaby bardziej zacięta.

Reklama

Reklama

Reklama