Reklama

Reklama

Czarne historie czarnego sportu: Żona-striptizerka zabiła go nożem

Wczoraj żużlowa reprezentacja Polski wywalczyła srebrny medal w zawodach Speedway of Nations, oficjalnie nazywanych drużynowymi mistrzostwami świata. Rywalizacja odbywała się jednak w parach, przypominając tym samym nostalgiczne czasy klasycznych żużlowych mistrzostw świata par, rozgrywanych w latach 1970-1993. Teraz po srebrze "Biało-Czerwonych" panuje ogólne rozgoryczenie, wtedy zaś każdy medal traktowany był jako ogromny sukces. Ostatni w 1981 roku, czyli równo 40 lat temu, brązowy wywalczyli gorzowianie: Zenon Plech i Edward Jancarz. Obaj już nie żyją. Pierwszy zmarł w listopadzie zeszłego roku, z powodu długoletniej choroby nerek. Drugi zginął tragicznie... zabity przez żonę.

W cyklu "Czarne historie czarnego sportu" będziemy regularnie przypominali różne smutne historie światowego speedwaya. Przypominali ku przestrodze, jak łatwo zmarnować życie i spaść z piedestału na samo dno. Dziś opowieść o Edwardzie Jancarzu.

Talent, jakiego nie było

"Talent, jakiego jeszcze nie było", "Polska sensacja na Ullevi" zachwycały się w 1968 roku światowe media. 22-letni wówczas Edward Jancarz, ledwie trzy lata po tym jak trafił do żużlowej szkółki, zadziwił cały świat, jako drugi polski zawodnik w historii zdobywając medal indywidualnych mistrzostw świata. Prawie 24 lata później, w styczniu 1992 roku szok i zdziwienie związane z nazwiskiem Jancarza było jeszcze większe. Bożyszcze Gorzowa Wlkp., jeden z najwybitniejszych żużlowców w historii Polski wykrwawił się na śmierć we własnym domu, po tym jak nożem ugodziła go jego druga żona, była striptizerka.

Reklama

Niewielu było w polskim żużlu zawodników, których można by ustawić w jednym szeregu z gorzowianinem. W finałach mistrzostw świata wystąpił dziesięciokrotnie, zdobywając w debiucie (po biegu dodatkowym) brązowy medal. Poza tym z reprezentacją Polski wywalczył aż 7 medali drużynowych mistrzostw świata, w tym jeden najcenniejszy - złoty (1969). Był też dwa razy wicemistrzem świata par i dwa razy brązowym medalistą w tej konkurencji. Na krajowym podwórku po dwa razy był mistrzem Polski indywidualnie i w parach. Świętował też ze Stalą Gorzów drużynowe mistrzostwo Polski w 1983 roku. Czterokrotnie wygrywał prestiżowe rozgrywki o Złoty Kask.

Niesamowicie pracowity, skromny, koleżeński. W Polsce przez całą karierę związany ze Stalą Gorzów. Zabłysnął też w Anglii, gdzie zadebiutował w 1977 roku i przez pięć sezonów z powodzeniem reprezentował barwy Wimbledon Dons, nieistniejącego już klubu z Londynu.

Koszmarny karambol

Wielu twierdzi, że gdyby nie kontuzje mógł zostać najwybitniejszym polskim żużlowcem w historii. Te jednak prześladowały go od samego początku w kariery. Już w 1971 roku po zderzeniu na treningu z Ryszardem Dziatkowiakiem doznał urazu kolana, który doskwierał mu do końca życia. Potem mocno pokiereszował też obojczyk, a najbardziej fatalny w skutkach okazał się wypadek z 9 sierpnia 1984 roku. Polacy przygotowujący się do startu w drużynowych mistrzostwach świata rozgrywali wtedy mecz towarzyski z Włochami. W jednym z biegów doszło do koszmarnego karambolu. Motocykl Valentino Furlanetto uderzył w wyprzedzającego go Jancarza. Polak wyleciał w powietrze, by następnie z impetem upaść na tor pod bandą, do której przyparły go jeszcze złączone ze sobą żużlowe maszyny. W wyniku wypadku Jancarz doznał: wstrząśnienia mózgu, pęknięcia podstawy czaszki, złamania łopatki.

Potrzebował wielu miesięcy rehabilitacji, by wrócić na tor. Udało mu się, ale skutki kraksy były cały czas odczuwalne. Do końca życia m.in. zmagał się z padaczką! W 1985 roku zaliczył dla Stali świetny sezon ze średnią 1,984 pkt/bieg, ale zdrowie doskwierało mu coraz mocniej. - Męczył się. Jeździł już na siłę - opowiadał po latach jego kolega z toru, Jerzy Rembas.

Skończył się żużel, skończyło się życie

W końcu lider Stali musiał podjąć decyzję o rozstaniu z torem. Rozegrany 13 lipca 1986 roku jego pożegnalny turniej ściągnął na trybuny gorzowskiego stadionu kilkanaście tysięcy widzów. Jancarz wystartował w jednym biegu, symbolicznie przekazując swój plastron namaszczonemu przez siebie następcy - Piotrowi Świstowi.

- Skończył się żużel, skończyło się życie - mawiał później nie potrafiąc się odnaleźć w normalnym życiu. Próbował swoich sił jako trener w Gorzowie i w Krośnie, ale z każdym rokiem pogłębiał się jego problem z alkoholem.

Pił już wcześniej, w trakcie kariery. Żona Halina odwiedzając go w Anglii widziała mnóstwo pustych butelek. Po powrocie do Polski w 1982 roku było jeszcze gorzej. - Edek pił już wtedy bardzo dużo. Zaczął wracać do domu z butelką. Od marca do października właściwie nie trzeźwiał - wspominała w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".

Imprezy z kumplami stały się normą, a z każdym wypitym kieliszkiem objawiało się zupełnie inne oblicze idola tłumów. - Po alkoholu stawał się coraz bardziej agresywny. Musiałam nocować w samochodzie, na tarasie naszego domu - opowiadała Halina Jancarz.

Dopóki jeździł, jakoś starał się jednak kontrolować. Gdy skończył karierę, hamulce puściły zupełnie. Idol żużlowej Polski zaczął się staczać.

Wyjadał zupę po gościach

Żona próbowała mu pomóc. Przed podjęciem pracy w Krośnie za jej namową zgodził się nawet na wszycie esperalu, ale długo nie wytrzymał. Znów sięgnął po alkohol.

Żużlowca, który za pieniądze zarobione w Anglii kupił sobie eleganckiego mercedesa i wraz z architektem Jerzym Kaszycą wybudował dwurodzinną willę, coraz częściej na mieście można było zobaczyć brudnego, głodnego, wyjadającego w restauracjach zupy po innych gościach. Koledzy z toru próbowali mu pomóc, znajdując dla niego pracę. Musiałby jednak najpierw... chcieć sobie pomóc sam.

Pierwsza żona wzięła z nim rozwód w 1988 roku. Nie straciła jednak dla niego miłości i cierpliwości. - Halina, jak spotkała wałęsającego się Edka, to zabierała go do siebie. Karmiła go, prała mu ubrania, a on potem wracał do swojego drugiego życia - wspominał Zenon Plech, inny kolega Jancarza z toru, na łamach "Przeglądu Sportowego".

Zauroczył się striptizerką

To beztroskie życie dawnego idola, z którym każdy chciał się napić i za punkt honoru stawiał sobie zafundowanie mistrzowi kolejki, podobało mu się znacznie bardziej. Podczas jednej z alkoholowych libacji poznał o 15 lat młodszą Katarzynę, striptizerkę w zielonogórskiej Estradzie. Zaczęli się spotykać, a w kwietniu 1991 roku wzięli ślub. Jancarz był szczęśliwy. Wydawało mu się, że w końcu znalazł kobietę, której imprezy i balangi nie przeszkadzały, która piła razem z nim i nie robiła mu żadnych wyrzutów. Załatwił jej nawet pracę sekretarki w gorzowskim oddziale ZUS. Idylla nie potrwała jednak długo. Sąsiedzi coraz częściej słyszeli awantury dochodzące z willi przy ul. Chodkiewicza.

Katarzyna zadała mu dwa ciosy nożem

W końcu 11 stycznia 1992 roku doszło do dramatu. Jancarz ok. godz. 20:00 wrócił do domu kompletnie pijany (jak wykazały późniejsze badania, miał 3,5 promila alkoholu we krwi), ponoć z kolegą, którego żona postanowiła wyrzucić z domu. Zdenerwowało ją też to, że mieli wspólnie pójść na bal sportowców do hotelu Mieszko.

- (...) Ponieważ oboje byli mocno pijani, postanowiłam wyprosić go z domu. Z tego powodu doszło między nami do awantury, w trakcie której mąż ubliżał mi, a nawet twierdził, że mnie udusi - opowiadała podczas śledztwa.

W końcu zbiegła na parter po ogromny nóż. Samo jego ostrze miało 20 cm. - Mąż wyzywał mnie i używał wulgaryzmów. Krzyczał, że mnie zabije, chwytał mnie za ręce i szarpał. Potem wciągnął mnie do sypialni. W tym momencie, jakby odruchowo, broniąc się, uderzyłam go nożem, który trzymałam w prawej ręce i wybiegłam z pokoju - tłumaczyła się przed sądem według akt sprawy, do których dotarł portal gorzowianin.com.

Po zadaniu ciosów kobieta zauważyła Jancarza udającego się do łazienki. Podała mu ręcznik i pobiegła na pogotowie. Zadzwonić nie mogła, bo telefon był nieczynny od kilku tygodni.

Jancarz nie miał szans na przeżycie

Lekarze, którzy przybyli na miejsce, faktycznie znaleźli Jancarza w łazience klęczącego przy bidecie, z głową zwieszoną nad muszlą. Próbowali go reanimować, ale bezskutecznie. Były gwiazdor Stali Gorzów stracił zbyt dużo krwi. Żona zadała mu dwie rany. Jedną na przedniej powierzchni prawego barku, która sprawiła, że wykrwawił się na zewnątrz i drugą, między żebrami. Cięcie to uszkodziło tętniczkę międzyżebrową i krew lała mu się prosto do płuc. Chociaż ciosy były zadawane bez specjalnej siły, to miejsca, w które trafiła zabójczyni, były tak newralgiczne, że niespełna 46-latek nie miał szans na przeżycie.

W trakcie procesu zeznawało wielu świadków. Część z nich winą za tragedię obarczała Jancarza, który świętoszkiem nie był. Często wyzywał żonę, groził jej, niszczył jej ubrania. Nie chciał też poddać się leczeniu odwykowemu. Jeden ze świadków mocno obciążył jednak też Katarzynę. Henryk P. opowiadał, że kiedyś przyszedł rano do Jancarzów i wkrótce w domu zjawiła się też żona żużlowca z koleżanką. Wróciły pijane z nocnej imprezy. - Gdy Edek wyrzucił tę koleżankę z domu, Katarzyna wszczęła awanturę. Złapała za butelkę syfonu, która stała w kuchni i chciała mnie nim uderzyć. Edek wyrwał jej syfon z ręki. Potem podbiegła do szafki i wzięła nóż. W jej oczach widziałem agresję i wściekłość. Zrobiłem unik, złapałem za rękę, w której trzymała nóż i jej go wykręciłem. Wielokrotnie wówczas powtarzała, że załatwi Edka i chata i tak będzie jej - zeznawał Henryk P.

9 lat więzienia i pomnik

Ostatecznie sąd skazał Katarzynę na 9 lat pozbawienia wolności. Wyszła za dobre sprawowanie, po odbyciu połowy kary. Nadal mieszka w Gorzowie i prowadzi zakład krawiecki. Prawa do majątku żużlowca nie ma żadnego. Sąd na wniosek rodziny Jancarza ją wydziedziczył.

Jancarz, mimo że kryształową postacią nie był, pozostał w Gorzowie idolem na wieki. Na jego grobie na cmentarzu komunalnym ciągle pali się sporo zniczów, co roku na miejscowym stadionie jego imienia odbywa się jego memoriał. Jest też pierwszym żużlowcem na świecie, któremu postanowiono pomnik. Uroczyste odsłonięcie nastąpiło w grudniu 2005 roku.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne