Reklama

Reklama

​Czarne historie czarnego sportu. Zatłukli go metalową rurką, ciało nie zmieściło się w dywan

Ponad 30 lat temu, dokładnie 22 września 1991 roku, cała Zielona Góra szalała ze szczęścia. Przy dźwiękach "We are The Champions" grupy Queen, puszczanych po każdym biegu, żużlowcy Morawskiego Zielona Góra gromili 12-krotnych mistrzów Polski (ROW Rybnik) i pieczętowali swój własny, czwarty w historii, tytuł mistrzowski. Nikt wówczas nie przypuszczał, że parę miesięcy później o mieście znów będzie głośno z powodu makabrycznej zbrodni, której sprawcami okażą się dwaj złoci medaliści.

Zielonogórski zespół decydujący mecz wygrał 66:24. Dokładnie taki wynik chciał osiągnąć. Miał to być prezent dla właściciela klubu Zbigniewa Morawskiego, który właśnie z listy nr 66 (Lista Prezesa Morawskiego) miesiąc później startował do sejmu RP. 27 października zebrał w wyborach ponad 8000 głosów, ale o niespełna 800 za mało, by uzyskać mandat. Dla mającego duże polityczne ambicje biznesmena, zajmującego wówczas 49. miejsce na liście najbogatszych Polaków była to klęska.

Ręka wystająca z piasku

Jeszcze większą musiał znieść cztery miesiące później - w marcu 1992 roku, gdy jego dwóch zawodników zostało aresztowanych pod zarzutem morderstwa. To był "kamyczek", który uruchomił "lawinę". Drużyna została osłabiona, a że gorzej zaczęły iść również interesy właściciela klubu, to rozpoczął się szybki zjazd z ligowego szczytu, zakończony w 1994 roku bolesnym spadkiem z I ligi.

Reklama

Dokładnie 10 marca 1992 roku przypadkowy podróżny, jadący drogą z Krępy do Łężycy, dostrzegł na poboczu wystającą z piasku ludzką dłoń i zawiadomił policję. Tak płytko zakopane były zwłoki 25-letniego polsko-niemieckiego biznesmena Jacka Ostojskiego, którego od końca stycznia bezskutecznie szukały polska i niemiecka policja, a nawet Interpol.

Mundurowi szybko skojarzyli fakty i podejrzani o zbrodnię zostali ujęci jeszcze tego samego dnia. Ich nazwiska wywołały wręcz niedowierzenie mieszkańców Zielonej Góry. Do aresztu trafili bowiem dwaj drużynowi mistrzostwie Polski: Zbigniew Błażejczak i Marek Molka.

Szok i niedowierzanie

- To był dla nas szok. Wszystkiego można było się spodziewać, ale nie czegoś takiego - wspominał po latach inny z ówczesnych zawodników Morawskiego, Sławomir Dudek.

O ile Molka był przeciętniakiem, to Błażejczak był wschodzącą gwiazdą, reprezentantem Polski, zawodnikiem w ostatnich sześciu sezonach punktującym na poziomie 1,7-2,0 pkt/bieg

- Od 7 lat nie startowałem już wówczas w barwach Falubazu, ale pamiętałem ich doskonale. Kiedyś na zgrupowaniu mieszkali ze mną w pokoju. To byli mili, grzeczni, trochę nieśmiali chłopacy. Nie potrafiłem uwierzyć, że mogli się dopuścić tak haniebnego czynu - powiedział były reprezentant Polski, Jan Krzystyniak.

Zdziwienie całego środowiska było jeszcze większe, gdy na jaw wyszedł motyw i okoliczności zbrodni.


Dostał 5 ciosów metalową rurką

Biznesmen został zamordowany w kawalerce Błażejczaka, przy ul. Krzywoustego, niemal w samym centrum miasta. Nie była to przypadkowa śmierć. Dostał 5 ciosów metalową rurką o długości 50-60 cm, które spowodowały pęknięcie czaszki i wylew. Motywem zbrodni zaś był używany opel omega, którego Błażejczak wziął od biznesmena w listopadzie 1991 roku za 90 mln złotych (obecnie 9 tys.), ale do końca za niego nie zapłacił.

Dał wtedy ledwie 6 mln (obecnie 600) złotych zaliczki. W grudniu dopłacił kolejny milion, a ostateczne rozliczenie miało nastąpić do końca stycznia. Błażejczak w okolicach świąt dopłacił jeszcze 50 mln (obecnie 5 tys. zł), ale do spłaty wciąż pozostały 33 miliony. Umowa była tak skonstruowana, że w przypadku nieuiszczenia reszty pieniędzy w terminie, auto wróciłoby do sprzedającego, a żużlowiec straciłby całą zaliczkę.

- To dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Każdy z nich mógł na takie auto zarobić jednym dobrym występem w meczu ligowym - mówił później w sądzie właściciel klubu z Zielonej Góry, Zbigniew Morawski.

Ciało próbowali zawinąć w dywan

31 stycznia 1992 roku doszło do spotkania mającego ostatecznie zakończyć transakcję. Rodzina Ostojskiego wiedziała, że spotyka się w tym dniu z żużlowcami, więc naturalnym było, że jeśli coś mu się stanie, to od razu na Molkę i Błażejczaka padną podejrzenia. Mimo tego, nie zawahali się go zabić.

Po morderstwie usiłowali zawinąć zwłoki w dywan. Okazał się jednak za krótki, więc użyli koca. Nocą wywieźli ciało i zakopali przy drodze Krępa - Łężyca. Starali się pozacierać ślady. Wymalowali mieszkanie, metalową rurkę schowali w piwnicy, a poplamione krwią ubrania i poprzecinany na mniejsze kawałki dywan, rozrzucili po śmietnikach w różnych częściach miasta.

W niczym im to jednak nie pomogło. Gdy odnalezione zostało ciało biznesmena policjanci błyskawicznie rozwiązali całą sprawę.

W trakcie śledztwa obaj żużlowcy zrzucali nawzajem na siebie winę. Molka twierdził, że gdy on czytał umowę kupna - sprzedaży, to Błażejczak wyciągnął spod telewizora metalową rurkę i uderzył ofiarę. Gdy biznesmen dawał oznaki życia, miał dostać kolejne ciosy. Błażejczak z kolei zeznawał, że gdy on poszedł do kuchni, to między Molką i biznesmenem miało dojść do szamotaniny. Gdy ich rozdzielił, poszedł do kuchni dokończyć robienie kawy. Wtedy znów miał usłyszeć krzyki, a wchodząc do pokoju zobaczyć Molkę wymierzającego ciosy.

Błażejczak wcześniej przerabiał pistolet

Proces trwał dwa lata. W jego trakcie okazało się, że Błażejczak próbował wcześniej przerobić pistolet gazowy na ostrą broń. Sąd tym samym uznał, że to on od dawna miał w głowie plan zabójstwa, a motywem działania były pieniądze. Molka nie znał ofiary, nie miał żadnego motywu. Uwierzono więc jego wersji zdarzeń. Uznano jednak, iż działał w porozumieniu z kolegą i pomagał mu w zacieraniu śladów. Skazano go na 15 lat pozbawienia wolności, które potem sąd apelacyjny zamienił na 11 lat odsiadki. Błażejczak zaś otrzymał karę 25 lat pozbawienia wolności.

Molka chciał wrócić na tor

Obaj nie odsiedzieli całego wyroku. Molka wyszedł na wolność w 1998 roku, po tym jak darowano mu 3 lata i 4 miesiące kary. Wcześniej, bo w 1996 roku, zwrócił się do zielonogórskiego klubu o zgodę na treningi i reprezentowanie barw klubu.

- Od 1996 roku przebywałem w zakładzie karnym w Krzywańcu. Ponieważ nie sprawiałem kłopotów wychowawczych, często mogłem korzystać z przepustek. Moja miłość do uprawiania żużla wciąż była gorąca, więc napisałem podanie do zarządu ZKŻ Polmos, prosząc w nim o umożliwienie mi reprezentowania barw tego klubu. Doskonale zdawałem sobie wówczas sprawę z jakim ,,przyjęciem" mogę spotkać się ze strony kibiców. Byłem przygotowany na wszystko. Podczas przepustek często przychodziłem na stadion żużlowy, rozmawiałem z kolegami z zespołu. Kiedy siadałem na motocyklu, czułem jak krew zaczyna szybciej we mnie krążyć. Wówczas marzyłem tylko o jednym: chciałem jak najszybciej wyjechać na tor. Niestety, moja prośba została rozpatrzona negatywnie. Dziś, patrząc na ten problem z perspektywy czasu, trudno jest mi ocenić, czy zarząd postąpił słusznie, czy skrzywdził mnie. Kiedy dwa lata później wyszedłem na wolność, miałem 31 lat. Doszedłem wtedy do wniosku, że nie ma sensu ponawiać prośby - opowiadał Molka w 2001 roku, w wywiadzie dla Gazety Lubuskiej.

Błażejczak też nie osiedział pełnego wyroku. Wyszedł po 15 latach, w 2007 roku. Założył własną działalność gospodarczą i do dziś świadczy usługi elektryczno-budowlane na terenie Zielonej Góry.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje