Reklama

Reklama

Co oni robili w GP? Przemysław Pawlicki zastąpił brata tylko nazwiskiem

Gdy Piotr Pawlicki w 2017 roku wypadał z elitarnego cyklu, mówił że o przyszłość swojego nazwiska w GP jest spokojny, bowiem z GP Challenge właśnie awansował jego cztery lata starszy brat. Faktycznie, Przemysław miał ambicje, aby godnie reprezentować kraj i choć po części zbliżyć się do całkiem niezłych przecież wyników Piotra. Na ambicjach, chęciach i jednym dobrym występie się skończyło.

Jeden skończył, drugi zaczął

Reklama

Sezon 2017 dla Piotra Pawlickiego w GP był kiepski i wypadł on ze stawki uczestników batalii o tytuł najlepszego żużlowca świata. Mimo słabego ogółem roku, potrafił jednak notować pojedyncze kapitalne występy, takie jak np. zwycięstwo w Daugavpils. Były to niestety wyjątki od ówczesnej reguły, którą była słaba jazda Piotra. Wobec kilku innych żużlowców w GP, było pewne, że na stałą dziką kartę nie miał co liczyć. Ale zawodnik cieszył się, że Pawlicki w cyklu pozostanie. Niemniej jednak zmieni się jego imię, bowiem w GP Challenge życiowy sukces odniósł starszy z braci, Przemysław. Mówiono, że w końcu i on musi udowodnić światowy poziom swoich umiejętności.

Urodzony w 1991 roku żużlowiec od najmłodszych lat był ogromnie utalentowany i już w pierwszym roku startów dla Unii Leszno potrafił notować kapitalne wyniki, z dwucyfrówkami włącznie. Zresztą o czym tu mówić - w debiucie przywiózł jedenaście oczek. Czekano, aż dostanie się do GP, ale ten dzień jakoś nie mógł nadejść. Tymczasem Przemysław na krajowym i międzynarodowym podwórku zdobywał mnóstwo medali, na przykład srebro w IMP, brąz w IMŚJ. W lidze jeździł bardzo solidnie, w młodym wieku mianowano go kapitanem leszczyńskiego zespołu. Miał wówczas 21 lat. Być kapitanem w tym wieku to naprawdę duża sztuka.

W GP pojawiał się z dzikimi kartami, ale furory nie robił. Lata mijały, a Pawlicki awansować nie potrafił. Wreszcie, przyszedł rok 2017. W Togliatti odbywał się finał eliminacji do światowej elity i Przemysław okazał się w nim najlepszy. Zwyciężył przed Artiomem Łagutą i Patrykiem Dudkiem. Ten ostatni zresztą miał życiowy sezon, bowiem został wicemistrzem świata i umożliwił Craigowi Cookowi walkę o miano... najgorszego uczestnika GP 2018, którą stoczył z Pawlickim właśnie. Polak jednak był jednak bardzo optymistycznie nastawiony do sezonu, który miał być początkiem drogi po marzenia.



Co ja robię tu?

Rzeczywistość dla Pawlickiego okazała się brutalna i stawka cyklu GP zawodnika mocno przerosła. Już od samego początku w zasadzie toczył batalię z Cookiem o uniknięcie statusu najsłabszego żużlowca w światowym czempionacie. Mocno nastawiał się zwłaszcza na sukces w pierwszym turnieju, który odbywał się w Warszawie. Tam jednak zdobył tylko trzy punkty i było widać, że mocno odstaje od rywali. Kolejne zawody tylko to potwierdzały, bowiem ani w Pradze, ani w Horsens nie było o wiele lepiej niż w stolicy Polski. W obu tych turniejach Pawlicki zgromadził po pięć punktów. Katastrofę zaliczył w następnej rundzie - jeden punkt w Hallstavik. Wydawało się, że do końca sezonu to już będzie jazda o honor.

Wtedy jednak coś nieoczekiwanie drgnęło. Podczas GP w Cardiff Pawlicki (i o dziwo także Cook!) jeździł dobrze i dostał się do półfinałów, po raz pierwszy w sezonie. Tam przepadł, ale i tak pozostawił po sobie niezłe wrażenie. - Może jednak da radę coś w tej stawce pokazać - pomyśleli kibice. Nic bardziej mylnego. Jedna jaskółka wiosny nie czyni i już w następnym turnieju Pawlicki wrócił na dawny poziom. W Cardiff zdobył dziesięć punktów, a w kolejnych pięciu turniejach łącznie... dwanaście. Z hukiem wyleciał z elity i tak na dobrą sprawę ani przez moment nie wyglądał jak ktoś, kto mógłby zostać w niej na dłużej.

Teraz jest jeszcze gorzej

O ile w trakcie słabych występów w GP, Pawlicki nie najgorzej prezentował się w innych rozgrywkach, o tyle teraz pod tym względem jest u niego fatalnie. Zawodnik zaliczył duży sportowy zjazd, rok temu będąc jednym z najsłabszych seniorów w PGE Ekstralidze i jednym z głównych winowajców tego, że drużyna z Grudziądza tak słabo się prezentowała. Przemysław cały czas jednak wysoko się ceni i przed minionymi rozgrywkami do ostatnich chwil odkładał podpisanie aneksu do umowy. Biorąc pod uwagę jego późniejsze wyniki, wyglądało to dość śmiesznie.

Pawlicki ma w tym roku 30 lat, więc jak na żużlowca jest co najwyżej w średnim wieku. Spokojnie może jeszcze powalczyć o powrót do GP, ale na pewno nie zrobi tego, jeżdżąc tak, jak obecnie. Pamiętajmy jednak, że mówimy o jednym z największych talentów polskiego żużla ostatnich kilkunastu lat, który z pewnością nie zapomniał, jak się jeździ. Przemysław musi jednak zrobić rachunek sumienia i zastanowić się co spowodowało, że jego poziom sportowy w ostatnich latach spadł aż tak drastycznie. Jeśli powtórzy taki sezon jak zeszłoroczny, być może będzie szukał klubu w eWinner 1. Lidze.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Dowiedz się więcej na temat: żużel | Przemysław Pawlicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama