Reklama

Reklama

Co oni robili w GP? Craig Cook pojawił się i zniknął. Byli tacy, co tydzień czekali na bieg z nim

Sam awans do cyklu wywalczony przez Brytyjczyka był ogromną niespodzianką. Jeśli dodamy do tego, że mając jeszcze 23 lata uprawiał motocross, możemy już mówić o sensacji. W samej elicie jednak już tak kolorowo nie było i poza jednym występem u siebie w Cardiff, Craig się nie liczył. Jego słabe występy stanowiły jednak dla innych nadzieję na punkty. Jadący z dziką kartą w GP Słowenii Matic Ivacic, już kilka dni przed turniejem marzył o tym, by mając po prawej stronie najsłabszego w stawce Cooka, rozpocząć zawody od jedynki, a nie od zera.

Jak do tego doszło nie wiem

Reklama

Historia Craiga Cooka była w środowisku żużlowym znana od dawna. Brytyjczyk od dziecka aż do 23 roku życia uprawiał motocross, ale okazał się zawodnikiem uniwersalnym. Szybko nauczył się speedwayowego rzemiosła i błyskawicznie pojawił w lidze angielskiej. Początkowo był traktowany jako swego rodzaju wybryk natury, człowieka który nagle jako dorosły facet postanowił zmienić pracę. Sukcesywnie jednak piął się coraz wyżej, zaczął reprezentować Wielką Brytanię w zawodach międzynarodowych, także w eliminacjach do Grand Prix. I właśnie podczas finału tychże eliminacji w 2017 roku 30-letni wówczas Cook osiągnął swój największy życiowy sukces. Awansował do GP, czym wprawił w szok obserwatorów. Choć warto pamiętać, że nie mógł się cieszyć z sukcesu od razu. Musiał czekać na oficjalne potwierdzenie tego, że trzeci w zawodach Patryk Dudek dzięki utrzymaniu w elicie, zwolni mu miejsce. 

Wcześniej sporadycznie pojawiał się podczas zawodów dla najlepszych na świecie jako dzika karta, ale specjalnej furory nie zrobił. Typowano więc, że jako stały uczestnik tym bardziej sobie nie poradzi. Ambitny Craig mówił jednak, żeby dać mu czas i nie po to awansował, by w cyklu być statystą. Rzeczywistość jednak okazała się brutalna i zapowiedzi Brytyjczyka były bardziej marzeniami. GP dość mocno go zweryfikowało i pokazało, że sam awans nie daje jeszcze możliwości walki o złoto. Podczas rywalizacji w elicie trzeba już prezentowa najwyższą światową klasę, której Craig Cook nie prezentował. Tak naprawdę wyszedł mu jeden turniej, ale za to ten dla niego najważniejszy.

Pokazał się przed swoimi

Jedynym wartym przytoczenia występem Cooka w GP 2018 był turniej w Cardiff, gdzie zawodnik ku uciesze miejscowej publiczności dostał się do półfinału. W ogóle w całych zawodach jechał bardzo dobrze, wygrywając aż trzy biegi. W samym półfinale dopadł go pech, bowiem jego motocykl zdefektował. W porównaniu do innych występów, to był jednak totalnie odmieniony Cook. Niestety, jedna jaskółka wiosny nie czyni i już w kolejnym turnieju Craig wrócił do swojego poziomu, który był - delikatnie mówiąc - kiepski. Razem z Przemysławem Pawlickim walczył o to, by uniknąć miana najsłabszego uczestnika cyklu GP 2018. Polak był wówczas podobnie bezradny.

Poza zawodami w Cardiff Cook nie dostał się do żadnego z półfinałów. Wielce prawdopodobne, że gdyby obowiązywałaby dawna formuła z eliminatorami, Craig w zdecydowanej większości turniejów po dwóch wyścigach pakowałby się do domu. Potrafił mieć pojedyncze lepsze biegi, ale w końcowym rozrachunku niewiele mu to dawało. Trzeba obiektywnie przyznać, że wiele pozycji traciłna dystansie. To pokłosie dość szarpanego, nerwowego stylu jazdy Brytyjczyka, będącego być może jeszcze naleciałością z czasów motocrossu. Fakty są jednak takie, że w GP Cook nie stanowił żadnej wartości dodanej i momentami wydawało się, że to w ogóle nie jego liga.

Dawał nadzieję innym

Muszę wygrać chociaż z nim - gorączkował się jadący z dziką kartą w GP Słowenii Matic Ivacic już kilka dni przed zawodami w Krsko. Po losowaniu był jeszcze bardziej nakręcony. - Jadę w pierwszym biegu z krawężnika. Mam Cooka po prawej stronie. Muszę go pokonać - mówił. To najlepiej obrazuje, jak rywale podchodzili do Brytyjczyka. Dla wielu był okazją na punkty. Ostatecznie Słoweniec dość mocno minął się ze swoimi marzeniami, a z Cookiem przegrał o jakieś 20m, w całych zawodach przywożąc pięć zer. Ivacic swojej szansy upatrywał w znajomości miejscowego toru i dobrych startach z pierwszego pola. Cook jednak szybko sprowadził go na ziemię, choć sam do orłów nie należał.

Tak szybko jak Cook do elity awansował, tak z niej wypadł. Z oczywistych względów nie dostał stałej dzikiej karty na sezon 2019, co często zdarza się tym, którym utrzymać sportowo się nie udało. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że Craiga stawka po prostu przerosła i był swego rodzaju jednorocznym wyskokiem. Warto dodać w tym miejscu, że tak czy inaczej jego wyczyn jest sporego kalibru, bowiem nie każdy byłby w stanie dostać się do szesnastki najlepszych na świecie, jeszcze w wieku 23 lat uprawiając inną dyscyplinę sportu. Cook tego dokonał.

Od tego czasu jednak jego poziom sportowy spadł. Wydaje się, że gdyby jeździł w cyklu w sezonie 2021, mógłby notować jeszcze słabsze wyniki. Miniony sezon w ogóle odpuścił, bo jazda mu się zwyczajnie nie opłacała. W nadchodzących rozgrywkach ma wrócić, ale trudno spodziewać się, by wrócił do GP. Choć nie można niczego wykluczyć. Weźmy przykład Magnusa Zetterstroema, który trafił do cyklu w wieku 38 lat. Cook musiałby jednak znacząco podnieść swój poziom sportowy, a póki co niespecjalnie się na to zapowiada. Sam zawodnik przy okazji ewentualnego powrotu nie chciałby na pewno przeżywać tego samego, co w 2018 roku. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: Craig Cook | Grand Prix

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama