Reklama

Reklama

Chris Harris miał patent na Grand Prix jak nikt inny. Albo pomagali mu organizatorzy, albo wchodził przez challenge

Takiego zawodnika w żużlowym Grand Prix już może nigdy nie być. Kibice śmiali się z niego i wytykali, bo zazwyczaj cieniował. Ale Chris Harris nie miał dość. Cykl przyciągał go niczym magnes. Albo pomagali organizatorzy, albo on sam miał przedziwny patent na awanse z tzw. Challenge'u.

Z cyklem Grand Prix jest tak, że praktycznie co roku znalazłby się zawodnik, który swoją klasą sportową nie do końca pasuje do elity. Zawsze w ciemno można postawić przed startem sezonu na tego najsłabszego. Niegdyś takie skojarzenia od razu wiązano z Chrisem Harrisem. W cyklu jeździł przez 9 lat i tylko raz własnymi siłami udało mu się utrzymać. Miał jednak to szczęście, że w tamtym okresie dobrych Brytyjczyków było jak na lekarstwo. Głównie przez to organizatorzy turniejów długo spoglądali na niego przychylnym okiem.

Reklama

Harris był taką maskotką. Do elity trafił w 2007 roku otrzymując - a jakże - stałą dziką kartę. Choć nie potrafił się sam utrzymać, biegi przegrywał notorycznie, to organizatorzy nie zapominali o nim rozdając "dzikusy" na lata 2008, 2009, 2010 i 2012. Niektórzy się z tego śmiali, a tych bardziej skrajnych obecność Harrisa w Grand Prix zwyczajnie irytowała. Najwyższe miejsce, jakie udało mu się zająć w klasyfikacji generalnej to sezon 2010. Wtedy był szósty dając nadzieję na nieco lepsze jutro. Później okazało się jednak, że to jedynie przebłysk.

Kiedy BSI straciło wreszcie nerwy do Harrisa (w podobnym czasie wyskoczył z formą Tai Woffinden), ten znalazł sobie inną drogą do cyklu. W sezonach 2014, 2015 i 2016 awans wywalczał poprzez Grand Prix Challenge. W 2014 trochę dopisało mu szczęście, bo w Challenge’u był dopiero piąty, ale z cyklu wycofali się Tomasz Gollob i Emil Sajfutdinow, więc Brytyjczyk zajął ich miejsce.



Hossa skończyła się dopiero w 2016 roku. To był ostatni sezon, kiedy Harris jeździł w Grand Prix. Do elity pewnie już nie wróci, bo poziomem sportowym nie sprostałby pewnie nawet 2. Polskiej Lidze Żużlowej. Ci bardziej sentymentalni będą go miło wspominać. Zawsze sympatyczny i wyrazisty. Talentu wielkiego nie miał, ale poprzez nowinki technologiczne starał się dogonić czołówkę. Jako pierwszy testował silnik GTR wyprodukowany przez szwajcarskiego inżyniera Marcela Gerharda. Był też prekursorem specjalnej kamizelki, która napełniała się powietrzem w momencie upadku.

Harris na żużlu jeszcze oczywiście jeździ, ale skupia się głównie na startach w swojej rodzimej lidze oraz mniej popularnych i słabszych rozgrywkach. Jest też pochłonięty rodzinnie. Jego ostatnim polskim klubem była w 2018 roku Polonia Piła. Wcześniej podpisywał kontrakty m.in. ze Stalą Rzeszów, ROW-em Rybnik, czy Włókniarzem Częstochowa.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel | Chris Harris

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama