Reklama

Reklama

Chce, żeby oddał jej pieniądze i spłacił 200 tysięcy kredytu

- Kiedy Tomek odchodził, obiecał, ze kredyty będzie płacił. Nie robi jednak tego, a mnie komornik wszedł na pensję. Nie wiem, czy mam przeznaczyć pieniądze na jedzenie, czy zapłacić rachunki. Chcę, żeby mi zwrócił 30 tysięcy i zapłacił resztę zobowiązań, bo to były pieniądze na rozkręcenie jego działalności – mówi Monika Cymańska, była partnerka Tomasza Bajerskiego, trenera eWinner Apatora Toruń́.

Dariusz Ostafinski, Interia: W czym problem?

Monika Cymańska, była partnerka Tomasza Bajerskiego: W tym, że kiedyś zaufałam Tomkowi, a on mnie oszukał.

Jak?

- Prawie dekadę byliśmy razem. Jak on wyszedł z więzienia, to nie miał pieniędzy. Przez dwa lata żyliśmy z jednej pensji. Nie było łatwo, bo zaczęli się odzywać wierzyciele Tomka. Wtedy on wpadł na pomysł, żeby założyć firmę transportową. Potrzebny był kredyt na rozruszanie interesu. Nie mógł tego wziąć na siebie, bo jako osoba karana nie miał możliwości wzięcia kredytu. Zaczął mnie urabiać, bo ja miałam czyste konto. Żyliśmy jak rodzina, choć nie byliśmy małżeństwem i ani się spostrzegłam, jak zostałam prezesem firmy i podżyrowałam kredyty. Życie niestety pisze różne scenariusze, a tu skończyło się tak, że on mnie zostawił z długami. Obiecywał, że tego nie zrobi, ale tak się niestety stało.

Reklama

Co z firmą?

- Padła z powodu zaniedbań i strat.

A ile wynoszą te długi, z którymi panią miał zostawić pan Tomasz?

- Obecnie, to grubo ponad 200 tysięcy złotych. Liczę wraz z odsetkami.

Pani to spłaca?

- Tak, ja cały czas spłacam. Na początku on płacił. Jak żyliśmy razem, to wszystko było w porządku. Jak się rozstaliśmy, to zaczęły się problemy. Nagle zaczął mówić, jaka firma, jakie kredyty? Opowiadał, że wzięłam kredyt, żeby mieć na swoje fanaberie. Tylko proszę mi powiedzieć, jaką fanaberią jest naczepa? Co miałam z nią niby zrobić.

Powiedziała mu pani o tym?

- Tak, a on raz obiecuje spłatę rat, innym razem mówi, że czeka na kredyt, a jeszcze innym, że ja chcę go okraść. Mam kłopot z tym, żeby do niego dotrzeć, żeby się z nim porozumieć, bo on zablokował mój i syna telefon. Robi się bałagan, a on ma pieniądze, stać go na spłacanie. Mnie nie stać. Muszę dbać o to, żeby dziecku niczego nie zabrakło.

Ile to trwa?

- Rok temu się rozstaliśmy. Jak powiedziałam, jeszcze na początku regulował raty, ale od kwietnia nie płaci. A taka rata, to dwa tysiące na miesiąc. Dla mnie to jest być albo nie być.

Dużo rat kredytu zostało?

- To już dawno powinno być spłacone. Bodaj w październiku tego roku. Wszystko się jednak przeciąga.

Pani jest nadal prezesem firmy?

- Nie. Firma widnieje w KRS i tam jako prezes widnieje już Tomek. Ja byłam na początku, bo miałam dobry BIK i mogłam brać kredyty. Nigdy nie byłam zadłużona, byłam dobrym słupem.

Firmę założyliście?

- W 2015 roku. Dwa lata wcześniej wyszedł z więzienia. Chciałam mu pomóc, bo on nigdzie nie pracował, a jemu ciężko byłoby znaleźć pracę na etacie. Mam na myśli taką, gdzie trzeba osiem godzin siedzieć w biurze. A tu, w firmie transportowej, był panem samego siebie. Na początku ta firma dobrze funkcjonowała. Później coś się popsuło. Pewnie wyszedł brak umiejętności w prowadzeniu działalności, a także zaniedbania ze strony Tomka.

Mówi pani, że pan Tomasz był w więzieniu, że nie mógł zaciągać zobowiązań. Pani nie miała wątpliwości, zakładając z nim wspólny interes?

- Miałam je. To nie było tak, ze hura, robimy to. My się znamy jednak bardzo długo, on jest ojcem mojego dziecka. Ja mu ufałam, mieszkaliśmy dziesięć lat pod jednym dachem. Jak małżeństwo. Nic nie zapowiadało tego, że to się tak skończy. Wiem, teraz ktoś powie, że głupia baba, że był w więzieniu, że wcześniej ścigali go listem gończym, ale wtedy to był mój facet.

Jednak facet z bogatym CV. Pani wie, za co był ścigany?

- Za próbę wyłudzenia kredytu. Jednak był w więzieniu, myślałam, że zrozumiał swój błąd, a każdemu należy się druga szansa. Ja nie zakładałam, że on może mnie oszukać. Jakby mnie dwa lata temu ktoś zapytał, to nic złego bym nie powiedziała.

A teraz?

- Kontakt z nim mam utrudniony. On ułożył sobie życie, a mnie zbywa. Ja naprawdę nie szukam rozgłosu, a z panem skontaktowałam się, uznając, że wszytko inne zawiodło. To jest już taki gest rozpaczy. Nie chciałam, żeby to ujrzało światło dzienne, bo jesteśmy dorośli, wydawałoby się, że odpowiedzialni.

To nie jest zemsta porzuconej kobiety?

- Absolutnie nie. Życie jest przewrotne, a każdy ma prawdo do wybrania swojej drogi. On wybrał, że chce żyć z kimś innym i ja to akceptuję. Na początku był żal, ale teraz już nie. Ja odcinam pewne rzeczy. On mnie pewnie po tej rozmowie zaatakuje. Choćby o dziecko.

Ma powody?

- Nie ma żadnych. Powinien swoje zachowanie przeanalizować, a później szukać winy w innych.

A zgłosiła pani gdzieś sprawę?

- W prokuraturze.

Czy poza firmą ma pani jeszcze jakiś problem z panem Tomaszem?

- Mam, ale ja nie chcę prać wszystkich brudów. Powiem tylko, że jakbym go spotkała, to przeszłabym na drugą stronę ulicy, żeby nie mówić: cześć.

Podobno próbowała pani rozmawiać z panią Termińską, prezesem Apatora Toruń.

- Rozmawiałam, bo liczyłam, że oni nim wstrząsną. Tomek uważa, że może wszystko, że jest bezkarny. Ja nie chciałam mu tym spotkaniem zaszkodzić. Chciałam, tylko żeby pani Termińska z nim pogadała.

Zrobiła to?

- Obiecała i myślę, że to zrobiła, bo on miał w pewnym momencie duże obiekcje. On zresztą próbował mnie szkalować w pracy, ale to mu nie wyszło. Źle, że to wszystko tak daleko zaszło, bo ja jestem dorosłą kobietą, matką. Nie chcę, żeby do mojego syna ktoś mówił, że jego rodzice publicznie się boksują, bo to coś, czego nie da się naprawić w żaden sposób. Z drugiej strony Tomek działa na niekorzyść naszego dziecka. Alimenty płaci, ale to żaden wyczyn. To normalna rzecz. Każdy dorosły mężczyzna, który spłodzi dziecko, ma taki obowiązek. O dzieci powinno się dbać.

W związku z kredytem starcza pani na życie?

- Muszę się mocno nagimnastykować, żeby mi wystarczyło. Już mi nawet komornik wszedł na pensję i zabiera mi 740 złotych. Mam też zablokowane konto. Nie mogę robić internetowo żadnych przelewów. To utrudnia życie.

Czego pani chce?

- Zwrotu pieniędzy. Powinien mi oddać 30 tysięcy. Chcę też, żeby on dalej płacił te kredyty i żebym nie musiała się zastanawiać, jak przeżyję kolejny dzień.

Kredyty są jednak na panią.

- Tak, ale to, jak powiedziałam, wynika wyłącznie z tego, że on nie mógł ich dostać jako osoba karana. On był prezesem firmy, wszystko można łatwo sprawdzić.

***

Skontaktowaliśmy się z panem Tomaszem Bajerskim. Nie chciał komentować wypowiedzi pani Moniki Cymańskiej. Powiedział jedynie, że sprawa skończy się w prokuraturze (papiery są już przygotowane), bo pani Monika szkodzi mu już od 12 miesięcy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama