Reklama

Reklama

Bez Hamulców. Niedziela z Nikolą ciekawsza niż piątkowa Ekstraliga

Ostatnie piątkowe mecze PGE Ekstraligi, to była katorga. Czułem się po nich tak zmęczony, jakbym przebiegł jakiś maraton. Bolał mnie każdy mięsień, oczy piekły, zęby zgrzytały, tego nie dało się oglądać. Na nogi postawiło mnie niedzielne przedpołudnie na stadionie Podlesianki Katowice.

Na to, żeby jechać na mecz kobiecej Ekstraligi, namówił mnie syn. Akurat na Podlesiance grał GKS Katowice z outsiderem Rekordem Bielsko-Biała. Pomyślałem, co mi szkodzi. Zawsze to jakaś miła odmiana.

Trener Rekordu do zawodniczki: nie tak złotko

Na Podlesiance klimat dobrze mi znany z meczów niższych lig. Na trybunach garstka widzów, nastrój sielanki, słychać każde słowo dobiegające z murawy. Grały jednak kobiety, więc przekleństw praktycznie nie było. Tylko raz się jednej zawodniczce "Gieksy" wyrwało: kur... . Więcej jednak było akcentów miłych dla ucha i takich mocno niespodziewanych. A już trener Rekordu napominający swoje podopieczne stwierdzeniami w stylu: "nie tak złotko" brzmiał po prostu, jak człowiek z innej planety. Do innej trenerskiej retoryki jestem przyzwyczajony.

Reklama

Co mnie rozbawiło? To, jak jedna z zawodniczek powiedziała do sędziego "panie sędzio", a sędziowała kobieta. Nie jestem jakimś wielkim fanem feminatywów, ale to zabrzmiało dziwnie. Fajny był też dialog trenera Rekordu z małym kibicem GKS-u. Panowie szybko sobie wyjaśnili, że trener musi trochę pokrzyczeć. A na minutę przed końcem Michał Majnusz, zastępujący na ławce Rekordu Marcina Żebrowskiego, rzucił jeszcze do swojej asystentki: "a ty już chciałaś mnie zwalniać" i zrobiło się naprawdę wesoło i sympatycznie.

Adamek strzela, Rekord sprawia olbrzymią niespodziankę

Co mi się podobało? Gra Klaudii Adamek z Rekordu. Z piłką przy nodze była praktycznie nie do zatrzymania. Zwycięski gol był palce lizać. Mogły być dwa, ale w sytuacji sam na sam w drugiej połowie "Siwa" (tak krzyczał na nią trener) wybrała zły róg. Strzeliła w krótki róg. - Czemu nie w długi - dziwił się szkoleniowiec Rekordu w chwilę po zmarnowanej sytuacji.

Jedna bramka Adamek starczyła jednak Rekordowi, który przed tym spotkaniem miał zaledwie 6 punktów i 1 wygraną na koncie. Już wiadomo, że żegna się z Ekstraligą (w ten weekend ostatnia kolejka), więc można powiedzieć, że żegna się z przytupem.

Nikola Brzęczek była niewidoczna

GKS był w sumie zespołem lepszym od Rekordu. Procent posiadania piłki oceniam na 70 do 30. W pierwszych 45. minutach bielszczanki przed dobre pół godziny nie potrafiły wyjść z własnej połowy. Na dokładkę straciły Martynę Gąsiorek I(dobry mecz), której zagrania, także to, po którym padła bramka Adamek, trener przerywał okrzykami "brawo Kaczka". Wydawało się, że po tej stracie nic dobrego dla Rekordu nie wyniknie. Gieksa grała jednak nieskutecznie. Dawno nie widziałem tylu trafień w poprzeczkę. Naliczyłem cztery.

Z dwóch zawodniczek GKS-u grających w ataku lepiej prezentowała się Klaudia Maciążka. Potrafiła zakręcić rywalkami. Czasami jednak dryblowała aż do przesady. Była jednak widoczna. W odróżnieniu od Nikoli Brzęczek. Tak, tej z rodziny Brzęczków. Jerzy to brat jej dziadka, a ona sama nazywa byłego trenera kadry wujkiem. Zresztą podobnie jak Kubę Błaszczykowskiego. W każdym razie niedzielne przedpołudnie z Nikolą było o niebo ciekawsze niż żużlowa jazda w piątek.

Dobrze, że żużlowa niedziela była ciekawsza. I tylko sędziego Krzysztofa Meyze żal. Czy nie wystarczy powiedzieć, że popełnił błąd? Po co te wszystkie internetowe strachy, grożenie arbitrowi. Czy ktoś na serio myśli, że on chciał okraść Apator z punktów? Pomylił się. Jest w końcu tylko człowiekiem.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL