Potwierdziły się doniesienia ws. miliardera. Nie było innego wyjścia
Pół żużlowej Zielonej Góry płacze po odejściu Stanisława Bieńkowskiego z Falubazu. Miliarder jeszcze kilka miesięcy temu snuł wizję podboju ligi i zdobycia złota, a teraz nieoczekiwanie pozbył się 51 procent akcji, przekazując je w formie darowizny lub za symboliczną złotówkę. Nasz rozmówca z zielonogórskiego magistratu mówi wprost, że innego wyjścia nie było, a ruch Bieńkowskiego uważa za dobry z jednego powodu.

2 miliardy 317 milionów złotych, na tyle wyceniany jest majątek Stanisław Bieńkowskiego. Właściciel Stelmetu wypadł co prawda z setki najbogatszych ludzi w Polsce, ale jego aktywa i tak robią wrażenie. W żużlu mówiło się o nim nie inaczej, jak o człowieku, którego stać na kupno całej PGE Ekstraligi.
Miliarder opuszcza Falubaz. To było najlepsze rozwiązanie
Finalnie kupił Falubaz, z którym chciał zdobyć złoto. I słowo chciał, jest tu kluczowe, bo kilka dni temu gruchnęła wiadomość, że miliarder pozbył się większościowego pakietu. 31 procent przekazał w formie darowizny do stowarzyszenia ZKŻ, a po 10 procent przekazał Adamowi Golińskiemu (prezes klubu) i Zygmuntowi Stanuli. Panowie przejęli akcje za symboliczną złotówkę.
I kiedy pół żużlowej Zielonej Góry płacze po odejściu Bieńkowskiego, nasz rozmówca z zielonogórskiego magistratu mówi wprost, że innego wyjścia nie było. - Ileż to ja razy słyszałem w mieście pytanie: dlaczego mamy dawać miliony na Falubaz, skoro właściciel ma miliardy i stać go na wszystko.
Większościowy pakiet miliardera problemem dla Falubazu
To samo miało być ze sponsorami. Oni też mieli opory przed podpisywaniem umów, widząc, że na czele klubu stoi człowiek, którego stać na wszystko. Nie wszyscy chcieli grać w orkiestrze o nazwie Falubaz wiedząc, że będą w cieniu dyrygenta. I to bez względu na to, jakie pieniądze wyłożą na klub.
Bieńkowski w ostatnim czasie wiele razy słyszał, że jego większościowy pakiet jest dla Falubazu problemem. Różne osoby zwracały mu na to uwagę. Wygląda na to, że te argumenty w końcu trafiły do miliardera, że zdał sobie sprawę z tego, że jest dla klubu swego rodzaju obciążeniem i musi odejść, jeśli nie chce finansować Falubazu w 100 procentach. W tym roku Bieńkowski miał wyłożyć 5 milionów (kasa poszła na kontrakty Leona Madsena i Damiana Ratajczaka). Gdyby chciał zostać, jako większościowy udziałowiec, to te 5 milionów musiałby wykładać co rok. Zwłaszcza jeśli marzyłby o sukcesach.
To nie jest "koniec świata". Falubaz już to ma
W każdym razie wieści, że wyjście Bieńkowskiego, to dla Falubazu "koniec świata" są mocno przesadzone. Prezes Goliński jako zwolennik gry zespołowej powinien bez większego trudu zmobilizować lokalne środowisko, zwłaszcza biznes. O wsparcie miasta starać się nie musi, bo już je ma.
A miliarder zostanie zapamiętany, jako ten, który podał kroplówkę Falubazowi, gdy wszyscy inni stracili zainteresowanie klubem. Właściciel Stelmetu w 2026 ma być ważnym sponsorem. Dodajmy, że jego wyjście nie jest żadnym zagrożeniem dla budżetu.












