Wielki powrót gwiazdy. Dał słowo prezesowi, padła jasna deklaracja
Piotr Pawlicki wraca po trzech latach przerwy do macierzystego klubu z Leszna. - Odchodząc z Unii, mówiłem prezesowi, że dajcie mi się odbudować i jeszcze tu wrócę - przyznaje w rozmowie z klubowymi mediami. 31-latek ma za sobą jeden z najlepszych sezonów w karierze, choć w ostatnich latach przechodził wyraźny kryzys formy. Były kapitan 18-krotnych mistrzów Polski wspomniał także o reakcji kibiców. Nie wszyscy zdążyli mu wybaczyć wybryk w barwach odwiecznego rywala z Zielonej Góry.

Kibice z Leszna w ostatnich miesiącach przechodzą istny rollercoaster emocjonalny. Z jednej strony zatrzymano ówczesnego prezesa klubu, przez co zapanował chwilowy chaos, a z drugiej zespół wrócił do PGE Ekstraligi i dopiął powrót Piotra Pawlickiego.
Pawlicki ma za sobą jeden z najlepszych sezonów. I to po latach kryzysu
Multimedalista drużynowych mistrzostw świata odszedł z Leszna po sezonie 2022. Wówczas nie był zadowolony ze swojej dyspozycji, zmieniając barwy klubowe. Kolejne trzy lata spędził w trzech różnych klubach. We Wrocławiu i Zielonej Górze jego dyspozycja wciąż była daleka od idealnej, lecz w Częstochowie w końcu coś drgnęło. Pawlicki był w tak wysokiej formie, że wykręcił drugą najlepszą średnią w swojej karierze (2,177 pkt/bieg).
- W ostatnich latach podziało się nieco inaczej, niż osobiście miałem w planach, jak ta kariera się potoczy. Tak widocznie miało być. Przez trzy lata zebrałem bardzo dużo wartościowego doświadczenia, poznając także wielu nowych ludzi. W końcu przyszedł moment, na który czekałem - mówi.
Gdybym powiedział, że nie tęskniłem za Lesznem, to na pewno bym skłamał. W trakcie trwania sezonu skupiasz się jednak na wykonaniu pracy i spełnieniu swoich oczekiwań. Nie będę jednak ukrywał, że śledziłem mecze i kibicowałem. Gdy wszedłem na stadion po wielu latach, to łezka się zakręciła w oku
Dał słowo Rusieckiemu. Mówił: jeszcze tu wrócę
Mistrz Polski z 2018 roku przyznał, co obiecał byłemu prezesowi Unii Leszno, Piotrowi Rusieckiemu, kiedy odchodził z macierzystego klubu. Słowa dotrzymał. - Odchodząc z Unii, mówiłem prezesowi, że dajcie mi się odbudować i jeszcze tu wrócę. Chciałbym prowadzić tę drużynę nie jako zawodnik drugoliniowy, a jeden z liderów - wyjaśnia.
Teraz Pawlicki wspólnie z Januszem Kołodziejem i Benjaminem Cookiem mają grać pierwsze skrzypce w zespole beniaminka. Wspierać ich mają Grzegorz Zengota i Keynan Rew oraz piekielnie silna para młodzieżowa w postaci Nazara Parnickiego i Kacpra Manii. - Wszystko zweryfikuje sezon, ale o formę swoją, jak i sprzętu się nie martwię. Jestem bardzo optymistycznie nastawiony. Mamy świetną drużynę, świetnego trenera i wszystko jest poukładane. Tylko trochę szczęścia przy tym wszystkim i będzie bardzo dobrze - podkreśla.
Nie chcą mu tego zapomnieć. Chodzi o incydent w Zielonej Górze
Pawlicki został przywitany w Lesznie bardzo dobrze, choć nie wszyscy potrafili mu wybaczyć incydent, który miał miejsce w dniu spadku 18-krotnych mistrzów Polski z PGE Ekstraligi. Wówczas ważyły się także losy utrzymania Stelmet Falubazu. Pawlicki w barwach Zielonej Góry zdobył dwucyfrowy wynik, wygrał decydujący wyścig i utrzymał zielonogórzan w elicie. Spadła za to Unia, a on wiwatował z flagą Falubazu, ciesząc się również pod obraźliwym banerem wymierzonym w kierunku leszczynian.
I choć znaczna większość zrozumiała, że był to wybuch emocji, zupełnie niezwiązany z pstryczkiem w kierunku Unii, to pewna część kibiców po dziś dzień nie potrafi tego pojąć. - Na spotkaniach przyjęto mnie w porządku, a w internecie różnie to bywa. Zdążyłem się do tego przyzwyczaić i nie zwracam na to większej uwagi. Spotykając się z dzieciakami jest to fajnie spędzony czas. Oni nam kibicują na trybunach, a teraz mogą nas zobaczyć z bliska. Możemy im opowiedzieć o motocyklach, sezonie i ogólnie o sporcie - kwituje.












