Hampel oficjalnie ogłasza. Znów trenuje, plan jest prosty
Ta wiadomość brzmi sensacyjnie. Interia złapała Jarosława Hampela na treningu, a przecież 43-latek dopiero co ogłosił zakończenie kariery. Okazuje się, że to wszystko nie jest jednak takie proste. - To ja powiem, jak to wszystko wygląda - wita nas Hampel, by w długiej rozmowie wyjaśnić, gdzie i w jakiej roli zobaczymy go wiosną.

Jarosław Hampel to jedna z najważniejszych postaci polskiego żużla XXI wieku. Multimedalista mistrzostw świata (z reprezentacją Polski zdobył worek medali) i wielki rywal Tomasza Golloba. W sezonie 2010 ich walką o złoto pasjonował się cały świat speedway'a. Na początku października Hampel ogłosił koniec kariery.
Dzwonimy do Hampela, a on na treningu
Dariusz Ostafiński, Interia: Kiedy próbowałem się z panem połączyć pierwszy raz, to był pan na treningu. O co chodzi? Przecież ogłosił pan koniec kariery.
Jarosław Hampel, były wicemistrz świata: No dobrze, skończyłem karierę, to wiemy, ale nadal jestem aktywny. Chcę się dobrze czuć, nie chcę przybierać na wadze. Robię to, co robię dla zdrowia. Przez trzy dekady byłem w sporcie i nie chcę tego wszystkiego odkreślić tak nagle grubą kreską.
Czyli chodzi tylko o zdrowie?
- Dokładnie tak. Chcę być zdrowy, ale jak mi przyjdzie do głowy, żeby latem wskoczyć na motocykl żużlowy, a znam siebie, więc wiem, że będzie mnie ciągnęło, to chcę być w formie.
Wie pan, niektórzy cieszą się z tego, że już nie muszą się martwić o wagę.
- Wiem, ale każdy ma swój pomysł. Ja po prostu nie chcę zardzewieć. Poza tym robię to, co lubię, ale i też muszę robić. Po tych moich kontuzjach, a były różne, choćby to perfidne złamanie kości uda w ośmiu miejscach, czy złamanie ręki dwa lata temu przy nadgarstku, muszę dbać o mobilność stawów i wzmacniać mięśnie. Jakbym tego nie robił, to zaczęłoby mnie boleć. Miałem przerwę i wiem, że tu strzykało mnie kolano, tam biodro. Nic fajnego, więc dla mnie dobrze, że się ruszam.
A gdyby któryś z prezesów po przeczytaniu tych słów wpadł na pomysł: zadzwonię do Hampela, może da się skusić na kontrakt, to co?
- Nie ma po co dzwonić. Zawodnikiem już nie będę, to odpada.
Hampel przyznaje: "Przez 30 lat miałem klapki na oczach"
Z żużla pan jednak nie ucieka?
- Nie zamykam się na żużel. Są różne opcje. Mamy jednak listopad, gdzie zawodnicy skupiają się na przygotowaniach, a kluby na walce o zawodników i licencje, więc odpoczywam. Cieszę się, że to wszystko ucichło.
Chyba nie do końca. Ostatnio wiele się mówi o tym, że trafi pan do Motoru Lublin. Słyszeliśmy, że jak Andrzej Rusko, prezes Sparty Wrocław zadzwonił do pana, to odpowiedział pan: mam już pracę.
- To ja powiem, jak to wszystko wygląda. Rzeczywiście sytuacja była taka, że odbyły się pewne rozmowy, bo jak powiedziałem: ja się nie zamykam. Chciałbym jednak to wszystko przemyśleć. Przez trzydzieści lat miałem klapki na oczach. Patrzyłem na żużel jako zawodnik. Patrzyłem na czubek własnego nosa. Nie mówię, że drużyna mnie nie interesowała, bo tak nie było, ale jednak najbardziej byłem skupiony na sobie.
Rozumiem, że nowa rola wymagałyby innego spojrzenia.
- Troszkę szerszego spojrzenia, z innej perspektywy, z innego miejsca. Reasumując, nie wykluczam pozostania w żużlu, ale w innej roli, na innej funkcji. Natomiast na razie chcę mieć kilka miesięcy spokoju. Z początkiem wiosny może się to jednak zmienić.
Pana mechanicy już mają nową pracę. Są w teamie Bartosza Bańbora.
- Moi mechanicy podobno wybrali, ale nie mogę o tym mówić. Natomiast poradzili sobie świetnie, bo to fachowcy z dużym doświadczeniem.
Mechanikom było łatwiej. Dla pana zmiana roli będzie trudniejsza.
- To prawda. I nie ma znaczenia, jakie stanowisko obejmę. Miałem okazję rozmawiać ze starszymi kolegami, z Piotrem Protasiewiczem i Rafałem Dobruckim. Obaj z dnia na dzień przestali być zawodnikami i wcielili się w nowe funkcje. Nie raz gadaliśmy o tym, że to jest inny schemat działania i myślenia. Już wiem, że aby być dobrym menadżerem, dyrektorem czy trenerem, to trzeba być do tego przygotowanym. Trzeba mieć świadomość, jaka to praca. Nauczyć się jak najwięcej i dopiero wtedy podjąć się zadania. Jeśli wiosną do czegoś w moim przypadku dojdzie, to muszę być gotowy w stu procentach. Jasne, że będę popełniał błędy, ale muszę zrobić wszystko, żeby było ich jak najmniej. To musi być solidnie i porządnie zrobione.
Hampel wyjaśnia, dlaczego skończył karierę w Lublinie
Też kilka razy miałem przyjemność rozmawiać z trenerem Dobruckim o tym, jakim przeskokiem dla zawodnika jest zmiana roli.
- Dlatego, zanim cokolwiek zrobię, chcę być przygotowany, chociaż w teorii. Wchodząc w inne buty, chcę umieć analizować i rozmyślać nad pewnymi rzeczami. Chcę mieć świadomość tego świata, w którym się obracam. To nie może być tak, że wejdę i niech to się kula.
Dlaczego zakończenie kariery ogłosił pan w Lublinie? To wywołało kontrowersje, bo był pan zawodnikiem Falubazu, a kilka innych klubów też rościło sobie prawa.
- Jakby to ująć, żeby nie robić sensacji. W Lesznie już dawno nie jeździłem, a rozstaliśmy się w niezbyt dobrych relacjach. W Motorze spędziłem natomiast cztery fantastyczne lata. Nawet, jak nie robiłem super średnich, to dobrze się tam czułem. Miałem świetne relacje z szefostwem i kibicami, którzy wspierali mnie nawet, jak nie szło. Mobilizowali mnie. Musiałem opuścić szeregi Motoru, ale przegadałem to z prezesem i przyjąłem to na klatę. W Falubazie pierwszy sezon był fajny, drugi gorszy. Nie było jednak tak, że ktoś był dla mnie wrogi. Wręcz przeciwnie. Wszyscy starali się pomóc, z prezesem i dyrektorem na czele.
To dlaczego nie stało się to w Zielonej Górze.
- Bo tam wszystko już wygasło. Zakończyliśmy sezon, stadion ucichł, a Motor jeździł do końca i walczył o wygranie ligi. Organizacyjnie było to łatwiej zrobić w Lublinie. Poza tym rozmawiałem z prezesem Jakubem Kępą, gdzie on spytał, czy chciałbym mieć pożegnalny turniej? Powiedziałem, że to dobry pomysł, a on, że chciałby się tego podjąć. Wiadomo, że mamy dobre relacje. Jednak w Falubazie jest tak samo. Z wszystkimi rozstałem się bez zgrzytu.
Falubaz miał ofertę dla Hampela. Dlatego odmówił
Prezes Adam Goliński mówił nam, że miał dla pana gotowy kontrakt na 2026.
- Postąpiłem jednak uczciwie. Powiedziałem Adamowi, że nie dam mu gwarancji, że pojadę na wysokim i dobrym poziomie. Nie chciałem nikogo oszukiwać. Ani siebie, ani Falubazu. Wiem, że może w zimie zrobiłbym zmiany sprzętowe, które mogłyby zdziałać cuda, ale wewnętrznie czułem, że to jest ten moment. Ja sobie to przeanalizowałem. Nie mogłem obiecać, że będę w stanie walczyć. Żeby nie przeciągać tematu, podziękowałem za ofertę. Nie chciałem robić nadziei sobie i klubowi.
W zasadzie to początek sezonu 2025 nie był zły. Wszystko zaczęło się psuć pod koniec czerwca.
- Tak, koniec był słaby. A ja jestem ze sobą szczery. Nie przywykłem do tego, żeby tyle przegrywać. Jak zacząłem częściej jeździć z tyłu, to przestało mnie to bawić. To nie było fajne, nie miałem z tego frajdy. Uznałem, że nie chcę takiej męczarni. Jasne, może i mogło być lepiej, jakby więcej rotował ze sprzętem, jakbym zdecydował się na jakieś drastyczne ruchy. Jednak nie zrobiłem tego i nie ma co gdybać.
A może nie zrobił pan tego podświadomie. Może pan czuł, że to koniec?
- Coś w tym chyba jest. Po 30 latach poczułem się wyeksploatowany.
Hampel mówi wprost: "Po prostu byłem za słaby"
A czuje się pan spełniony?
- Nie mam tylko jednego, złota. Jakbym miał jednak przemyśleć, czy to coś, czego mi brakuje, to powiedziałbym, że nie ma czegoś takiego.
Najpiękniejsze wspomnienie?
- Chyba 2010 rok, kiedy biliśmy się z Tomkiem Gollobem o złoto. To był mój najlepszy okres. Byłem wtedy mocnym zawodnikiem, wiele potrafiłem zrobić. Kolejne sezony też nie były złe, ale ta super forma była w 2010. Skończyło się srebrem.
Bo Gollob był wtedy w niesamowitym gazie.
- Po prostu byłem za słaby, żeby zdobyć tego mistrza. W kolejnych latach też czegoś zabrakło. Nie boli mnie to jednak jakoś specjalnie. Mógłbym bardzo żałować, że nie zostałem mistrzem, ale to bez sensu. Mam osobistą satysfakcję, że nigdy nikogo nie zawiodłem, jak chodzi o przygotowanie. Setki tysięcy biegów z moim udziałem było na plus. Były ciężkie momenty, ale szczęśliwie dojechałem do końca.












