Zakazane umowy. Polski klub uznał, że to jedyny sposób
Start Gniezno dwa lata z rzędu kończył sezon na minusie. Głównie wynikało to z wyśrubowanych kontraktów z największymi gwiazdami. Dlatego po sezonie 2025 w Gnieźnie powiedzieli sobie "dość" i w ostatnim oknie transferowym zawarli z zawodnikami umowy, które jeszcze kilka lat temu były w polskiej lidze zakazane. Podpisanie ich groziło surowymi karami dla obu stron. Start wszystko sobie jednak policzył i wyszło, że na tych właśnie kontraktach może sporo zaoszczędzić. Znamy szczegóły.

Start Gniezno był jednym z tych klubów, które po zakończeniu sezonu 2025 ruszyły do sponsorów, by poszukać dodatkowych pieniędzy na wypłaty dla zawodników. Wysokie wygrane w kilku spotkaniach mocno nadszarpnęły budżet. A jako że stało się to drugi raz z rzędu, Start wpadł na szalony pomysł.
30 tysięcy i więcej. Start Gniezno reaguje
W poprzednich latach największe gwiazdy Startu miały wysokie stawki za punkt. Przy słabym rywalu i wysokiej skuteczności taki dobrze opłacany zawodnik był w stanie zarobić 30 tysięcy złotych i więcej za jeden mecz. Kilka takich spotkań powodowało, że w kasie robiła się potężna wyrwa. Nic dziwnego, że w Gnieźnie sięgnęli po umowy, które jeszcze kilka lat temu były w polskiej lidze zakazane i groziły surowymi konsekwencjami. Chodzi o ryczałty.
Kiedyś na sam dźwięk tego słowa działacze dostawali dreszczy. Władze uważały, że ryczałty, to coś, co rujnuje budżety. W końcu gwiazdy przyjeżdżały na mecz i otrzymywały ogromną gażę. Jej wypłata nie była uzależniona od niczego. Nie miało znaczenia, czy taki zawodnik zdobywał komplet (15 punktów), czy tylko kilka punktów. Nie raz zdarzało się, że jakaś drużyna przegrywała, bo gwiazdor z ryczałtem nie dowoził tego na co w klubie liczono. W Gnieźnie jednak uznali, że to jedyna szansa na normalność i na to, żeby w końcu przejąć kontrolę nad finansami.
Od 20 do 25 tysięcy. Ryczałty gwiazd Startu Gniezno
Zresztą ryczałty, choć nadal uważane są za ryzykowne, nie są już zabronione. Każdy, kto ma ochotę może je podpisywać. Na własną odpowiedzialność, ale jednak. Start to zrobił, żeby już nie martwić się tym, że mecz z outsiderem zrujnuje klubowy budżet. W sezonie 2026 wygrane do 30 nie będą powodowały, że działacze i księgowa będą rwali sobie włosy z głowy. Poza tym, dzięki ryczałtom, Start ma wszystko policzone. Premie są nieprzewidywalne, bo nigdy nie da się określić, ile dany zawodnik zrobi punktów. Natomiast ryczałt to pewnik mnożony przez określoną liczbę spotkań.
Umowy ryczałtowe w Starcie mają Sam Masters, Adam Ellis, Kevin Fajfer i Norbert Krakowiak. To są kwoty od 20 do 25 tysięcy złotych. Tam, gdzie jest mniejsza, zawodnik może liczyć na bonusy. Taki Ellis ma przewidziany zwrot za przerwane spotkanie. Dostaje wtedy 10 tysięcy. Z kolei Fajfer ma zapisaną premię za awans. Również w wysokości 10 tysięcy.
Start Gniezno ma wszystko policzone
Z naszych rachub wynika, że jeśli cztery gwiazdy Startu odjadą pełną rundę zasadniczą, to klub zapłaci za to 1,218 miliona złotych (kwota nie zawiera stawki za podpis). Niby dużo, ale przy premiach mogłoby wyjść jeszcze więcej. Zwłaszcza przy kilku wysokich wygranych, bo te generują o wiele wyższe wypłaty. Jeśli Start awansuje do play-off i pojedzie cztery dodatkowe mecze, to rachunek za gwiazdy wzrośnie do 1,566 miliona złotych. Plus jest taki, że Start już teraz wie, ile pieniędzy potrzebuje na ten sezon.
A tak w ogóle, to za chwilę może się okazać, że Start zaoszczędzi już na … starcie, bo ważą się losy występów Unii Tarnów. Jeśli nie pojedzie ona w lidze, a wiele na to wskazuje, to odpadną dwa spotkania. Występ wspomnianych przez nas gwiazd w jednym spotkaniu kosztuje 87 tysięcy złotych. Dwa takie występy, to 174 tysiące. Tyle zostanie w kasie Startu jeśli Unia nie pojedzie. Jeśli tak się stanie, to w Gnieźnie będą mogli zacierać ręce i mówić o finansowym majstersztyku.












