W niedzielę 12 lipca bawarski zespół Trans MF Landshut Devils zmierzył się w ramach Krajowej Ligi Żużlowej z ekipą Speedway Kraków. Podczas tego wydarzenia, a konkretnie po siódmym wyścigu, zasłużony spiker Martin Sänger nagle zasygnalizował złe samopoczucie.
W rozmowie z portalem "WP SportoweFakty" menadżer niemieckiej drużyny Krzysztof Zieliński podaje, że spiker uskarżać się miał na ból głowy. Jakiś czas później świat obiegła informacja o niespodziewanej śmierci 54-latka.
- Jesteśmy wstrząśnięci i załamani. To był człowiek o złotym sercu. Jego uśmiech sprawiał, że wszyscy wokół promienieli. Cała drużyna jest przybita. To był człowiek orkiestra w tym klubie, angażował się w wiele akcji. Był nie tylko spikerem. Rozmawiałem przed chwilą z sędzią Ignaszewskim, przekazując mu te dramatyczne wieści o śmierci Martina. Arbiter też był w szoku, zresztą jak my wszyscy - mówi Zieliński.
Nagła śmierć zasłużonego spikera. Cały zespół pogrążył się w żałobie
Szkoleniowiec przyznał, że jeszcze podczas trwania zawodów poczuł niepokój. Stało się to w momencie, w którym nie usłyszał głosu spikera. Ten bardzo rzadko opuszczał bowiem swoje stanowisko.
- (Sänger red.) dostał tabletkę, a później nagle gdzieś wyszedł ze swojego stanowiska i upadł. Szybko wzywane były służby medyczne. Zabrała go karetka, gdzie był reanimowany, ale niestety nie udało się go uratować. Został zabrany do szpitala, a informacja o jego śmierci przyszła dopiero po meczu, około godziny 18. Siedzieliśmy wtedy jeszcze ze sponsorami, rozmawialiśmy jak po każdym meczu. Większość osób już się szykowała do wyjazdu. Miałem się już pakować do drogi powrotnej, gdy prezes dostał telefon o śmierci Martina. Ścięło nas wszystkich z nóg - relacjonuje Zieliński.
Spotkanie zakończyło się zwycięstwem gospodarzy (Landshut) 52:38, lecz w obliczu tak ogromnej tragedii sportowy rezultat przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.












