Podpisali kontrakt, ale co stało się potem. Już nie zamierza tego kryć
Witold Skrzydlewski, król nekrobiznesu od ponad dekady wspiera Orła Łódź. Dwa lata temu miał się wycofać, ale został. Zbudował jednak tani, przeciętny skład na 2025. Teraz zrobił to samo ze składem na 2026. Przy okazji zraził do siebie kilka osób. Na jaw wychodzą kulisy negocjacji transferowych, a taki Patryk Wojdyło mówi wprost: - "Kontrakty podpisuje się długopisem, ale w Łodzi niektórzy chyba używają ołówka". A dalej jest jeszcze ciekawiej.

Orzeł Łódź budując skład na 2026, nie szastał kasą. Właściciel i główny sponsor klubu Witold Skrzydlewski negocjował twardo. Przez to stracił Jana Kvecha, który po rozmowach z dyrektorem Janem Konikiewicz był gotowy podpisać kontrakt, ale wtedy do akcji wkroczył pan Witold, stawki się zmieniły i zawodnik uciekł do INNPRO ROW-u Rybnik.
Znikające kwoty w kontraktach z Orłem Łódź
Teraz swoją historię transferowych rozmów z Orłem przedstawił Patryk Wojdyło. On też był gotowy na przedłużenie kontraktu. - W tym sporcie nauczyłem się jednego: kontrakty podpisuje się długopisem, ale w Łodzi niektórzy chyba używają ołówka - mówi Wojdyło w rozmowie z klubową stroną ROW-u Rybnik, a to nie koniec.
Wojdyło barwnie porównuje różnicę w rozmowach z ROW-em i Orłem. - W Rybniku przynajmniej wiem, że jak ktoś podaje mi rękę i coś deklaruje, to nie muszę, co pięć minut sprawdzać, czy mu się koncepcja nie zmieniła. Cieszę się, że wracam tam, gdzie słowo prezesa ma większą wagę niż papier, na którym je zapisano - dodaje.
W ROW-ie Rybnik niczego nie podpisał, ale prezes dotrzymał słowa
Zawodnik w zasadzie powiedział głośno o tym, o czym plotkowano od bardzo dawna. Po pierwsze ustalił kontrakt z Orłem, ale potem klub zmienił ustalenia, zmniejszył stawki i okazało się, że Wojdyło tylko stracił czas. Z Krzysztofem Mrozkiem, prezesem ROW-u nie podpisał żadnego papieru po transferowych negocjacjach, ale wszystko potem zostało przelane na papier tak, jak to panowie ustalili.
Prezes ROW-u od lat jest zwolennikiem teorii, że słowo i uścisk dłoni są najważniejsze. Czasem się na tym przejechał, bo wielu było już takich, co dawali mu słowo, a potem jednak zmieniali front. Dla nich te ustalenia "na gębę" nie był tak wiążące, jak zdawało się prezesowi klubu z Rybnika.
Orzeł grał twardo z jednego powodu
A jeśli chodzi o Orła i prezesa Skrzydlewskiego, to na jego obronę można podać, że nawet wtedy, kiedy sypał milionami, nie przynosiło to efektu. Dlatego stał się twardym negocjatorem. Jak twardym, to przekonali się nie tylko Wojdyło i Kvech, ale i też Timo Lahti. Cała trójka była jedną nogą w Orle, ale pan Witold przewracał wszystkie ustalenia do góry nogami. Oczywiście zawodnicy zostali w tej sytuacji poszkodowani, ale trudno się Skrzydlewskiemu dziwić.
To jego zachowanie o tyle ma sens, że przecież Orzeł mając Kvech, Wojdyłę i Lahtiego nie podbiłby ligi. Może, przy odrobinie szczęścia, awansowałby do play-off, ale co by to zmieniło. Skrzydlewski potrafi liczyć pieniądze. Szybko skalkulował, że wystarczy mu taki skład na utrzymanie, a ten może zbudować mniejszym nakładem. Szczęście Orła polega na tym, że Polonia Piła nie wzmocniła się za bardzo po awansie, więc Skrzydlewski mógł podjąć ryzyko. Dlatego kwestionował pierwotne ustalenia i obcinał stawki. Liczył się z tym, że może stracić danego zawodnika, ale zdawał sobie sprawę, że to niczym nie grozi. Co prawda teraz musi czytać o tym, że "w Łodzi używają ołówka do podpisywania kontraktów", ale Skrzydlewski nie takie rzeczy o sobie czytał i znosił to dobrze.
Zweryfikowaliśmy historię opowiedzianą przez Wojdyłę w Orle. Powiedziano nam, że miał ustalone warunki prekontraktu, który miał podpisać po meczu z Polonią Bydgoszcz. Potem poprosił o dwa dni do namysłu, ale w klubie byli pewni, że są dogadani. Dopiero później zrozumieli, że w tym czasie zawodnik zaczął rozmawiać z innymi. Na końcu Wojdyło wybrał ofertę ROW-u, choć warunki finansowe Orła pozostały niezmienione. Zawierały one zresztą znaczącą podwyżkę w stosunku do sezonu 2025.












