Natalia Kapustka, Interia Sport: Na początek gratulacje. W niedzielę zajęłaś 6. miejsce podczas zawodów FIS Grand Prix w kombinacji norweskiej w Chaux-Neuve. Jaki był to start dla ciebie i jak go oceniasz?
Joanna Kil: Myślę, że był to jeden z tych startów, na które czekałam najbardziej, ale jednocześnie jeden z tych, których najbardziej się obawiałam. Trasa w Chaux-Neuve jest dość wymagająca, a przy tym bardziej płaska, więc można powiedzieć, że jest stosunkowo łatwa dla wszystkich zawodniczek. Wiedziałam więc, że rywalizacja będzie bardzo zacięta. Czekałam też na formułę compact. Początkowo miały odbyć się zawody drużynowe i nie było planów rozegrania konkursu w tej formule. Ucieszyłam się, kiedy dowiedziałam się, że program został zmieniony i pojawiła się szansa na indywidualną walkę.
Jeśli się nie mylę, pod względem zajętego miejsca był to twój najlepszy wynik w karierze?
- Tak, zgadza się. W zawodach tej rangi jeszcze nigdy wcześniej nie zajęłam szóstego miejsca.
Błyszczał w polskich barwach na igrzyskach. Teraz będzie reprezentował inny kraj
Najlepszy wynik w karierze Joanny Kil. "Sama byłam zaskoczona"
Jak oceniasz całe lato? Czujesz, że coraz mocniej pukasz do światowej czołówki?
- Myślę, że lato przepracowaliśmy bardzo dobrze. Jeśli chodzi o skoki, jechałam na te zawody z dość ostrożnym nastawieniem. Ostatnie miesiące nauczyły mnie, że w tej konkurencji potrzeba przede wszystkim cierpliwości. Tuż przed Grand Prix mocno trenowaliśmy na skoczni, bo wiedziałam, że właśnie w tym elemencie mam jeszcze sporo do poprawienia. Jechałam więc z nastawieniem: zobaczymy, co z tego wyjdzie. Sama byłam jednak zaskoczona, bo potrafiłam zmobilizować się na tyle, że wykorzystałam swój potencjał praktycznie w stu procentach. Jeśli chodzi o bieganie, to jest to moja mocniejsza strona. Wiedziałam, że jestem w dobrej formie biegowej i liczyłam na to, że pokażę się z jak najlepszej strony.
Ostatecznie na którym miejscu zakończyłaś klasyfikację letniego cyklu?
- Na piątym miejscu w klasyfikacji generalnej, a na trzecim w klasyfikacji biegowej.
Czy takie wyniki mają już dla ciebie duże znaczenie i mogą być prognozą przed zimą, czy traktujesz lato przede wszystkim jako okres przygotowawczy?
- To wciąż lato, więc przede wszystkim jest to okres przygotowawczy. Nikt nie stawia wyników letnich na pierwszym miejscu, bo cały czas jesteśmy w treningu i nie jest on ukierunkowany wyłącznie na starty latem. To jeden z etapów przygotowań do zimy. Oczywiście dobrze jest pokazać się z dobrej strony i cieszę się, że mi się to udało. Tak jak mówiłam, nie przygotowywaliśmy się stricte pod Letnie Grand Prix, tylko pod sezon zimowy. Dlatego bardzo cieszy mnie to, że dobrze zaprezentowałam się przede wszystkim na skoczni. Dało mi to dużą motywację i nadzieję, że nie jest tak źle, jak wcześniej myślałam.
Jest sama w kobiecej kadrze. "Na co dzień trenuję z chłopakami"
Jak wyglądają obecnie twoje przygotowania? Mam na myśli sztab, trenerów i osoby, z którymi współpracujesz.
- Jesteśmy grupą, której głównym trenerem jest Tomek Zięba. Współpracujemy też ze Szczepanem Kupczakiem, juniorami, a także z Wojtkiem Marusarzem i Wiktorem Kubińskim. Mamy wspólne zgrupowania, więc wiele zależy od etapu przygotowań i miejsca, w którym aktualnie trenujemy. Kiedy jestem w Zakopanem albo w Szczyrku, dołączam do jednej z grup treningowych na skoczni. Natomiast jeśli chodzi o trening biegowy, plan przygotowuje mi Tomek, więc pod tym względem trenuję indywidualnie.
Patrząc na skład kadry, można odnieść wrażenie, że jest "bardzo liczny", bo wśród kobiet jesteś jedyną zawodniczką.
Tak, można powiedzieć: mała liczba, ale jakość. Oczywiście żartuję. Faktycznie jestem jedyną zawodniczką, ale nie czuję się samotna, bo na co dzień trenuję z chłopakami. Mimo że formalnie jestem sama w składzie, cały czas pracuję w grupie i dzięki temu nie odczuwam, że trenuję w pojedynkę
Był też taki okres, kiedy trenowałaś skoki razem z Władimirem Zografskim.
- Tak, dokładnie trzy lata temu trenowaliśmy razem w jednym zespole pod okiem trenera Sobczyka i Andrzeja Zapotocznego. Myślę, że ta współpraca układała się bardzo dobrze. Trening był wtedy mocno ukierunkowany na skoki, otrzymywałam ogromne wsparcie zarówno na skoczni, jak i podczas treningu siłowego. Jednocześnie cały czas kontynuowałam współpracę z Tomkiem w zakresie przygotowania biegowego i staraliśmy się to wszystko połączyć tak, aby jak najlepiej rozwijać się w kombinacji norweskiej.
Patrząc na całą twoją karierę, czujesz, że jesteś obecnie w najlepszym momencie pod względem doświadczenia i przygotowania? Czy wciąż czegoś brakuje?
- Myślę, że zawsze pozostaje pewien niedosyt. Jestem osobą, która cały czas chce więcej. Jeśli wiem, że mogę się jeszcze poprawić, to będę do tego dążyć. Oczywiście rzeczywistość nie zawsze jest idealna, bo skocznia potrafi mnie czasami zweryfikować. Nawet jeśli biegowo wszystko wygląda dobrze, to wiem, że na skoczni nadal mogę popełnić błąd i niestety czasami tak się dzieje. Uważam jednak, że w tym sezonie zrobiłam pod tym względem duży postęp.
Dużą rolę odegrała współpraca z psycholog sportową, która w tym roku wspiera naszą kadrę. Dzięki tej pracy lepiej radzę sobie z presją, bo to właśnie ona była moim największym problemem. Na treningach moje skoki wyglądają dobrze i są powtarzalne, ale kiedy siadam na belce podczas zawodów, często czuję się jak dziecko na 40-metrowej skoczni. To efekt presji, którą sama na siebie nakładam
- Mam jednak wrażenie, że ta praca zaczyna przynosić efekty. Mam nadzieję, że do zimy uda się jeszcze nad tym popracować, aby z większą pewnością siebie i większą regularnością oddawać dobre skoki.
Jak to się dzieje, że na skoczni odczuwasz tak dużą presję, a na trasie biegowej jest ona znacznie mniejsza?
- Na skoczni mamy może dziesięć sekund, żeby popełnić błąd albo go nie popełnić. Natomiast bieg trwa około piętnastu minut. Tam nawet jeśli coś nie wyjdzie, to masz jeszcze czas, żeby to naprawić. Na skoczni jeden błąd może mieć ogromne znaczenie.
Myślę, że właśnie to jest największą różnicą. Do tego dochodzi większa pewność siebie w biegu. Wiem, że to jest moja mocna strona i stając na starcie, nawet jeśli się stresuję, mam świadomość, że jestem w stanie osiągnąć dobry wynik. Na skoczni mam natomiast tylko te kilka sekund, które muszę maksymalnie wykorzystać, żeby się skoncentrować i oddać dobry skok.
Była na sportowej emeryturze. Obiecała trenerowi, że wróci. Myśli też o policji
Nie każdy, mając dwadzieścia kilka lat, może powiedzieć, że wie, jak wygląda emerytura. Ty miałaś okazję tego doświadczyć. Jak doszło do tego, że na pewien czas postanowiłaś zawiesić karierę?
- Myślę, że złożyło się na to wiele czynników. Przede wszystkim skończyłam liceum i przyszedł moment, żeby pomyśleć o przyszłości oraz studiach. Wybrałam bezpieczeństwo narodowe, czyli kierunek niezwiązany ze sportem. Były to studia stacjonarne, więc na początku trudno było mi pogodzić je z treningami. Pojawiła się też kontuzja, a perspektywy rozwoju kobiecej kombinacji norweskiej w Polsce nie były wtedy najlepsze. Stwierdziłam więc, że być może nie mam już czego szukać w sporcie. Dostałam ofertę pracy w klubie jako trenerka dzieci i cały czas pozostawałam blisko sportu, który towarzyszył mi przez całe życie. Nie brakowało mi go więc całkowicie, bo nadal byłam z nim związana. Z czasem pojawiła się jednak myśl, że może warto wrócić i jeszcze spróbować. Choć szczerze mówiąc, nie nazwałabym tego okresu typową emeryturą, bo cały czas działałam w sporcie, pracowałam z dziećmi i jednocześnie trenowałam na własną rękę.
Były osoby, które szczególnie namawiały cię do powrotu?
Myślę, że przede wszystkim mój pierwszy klubowy trener, Krystian Długopolski. Kiedy zakończyłam karierę, bardzo namawiał mnie do powrotu do skoków. Ja jednak długo to odkładałam, tym bardziej że przez pewien czas nie było odpowiednich warunków, żeby wrócić na skocznię.
Powiedziałam wtedy trenerowi, że kiedy skocznia w Zakopanem zostanie ponownie otwarta po remoncie, usiądę na belce i spróbuję. I tak się właśnie stało. Słowa trzeba było dotrzymać. Widzieliśmy się z trenerem bardzo często, bo w miejscu, w którym pracowałam, w Chochołowie, prowadził sklep. Za każdym razem, gdy się spotykaliśmy, temat powrotu wracał. W końcu skocznie zostały otwarte i nie było już wymówek - trzeba było iść skakać
Pracowałaś już jako trenerka i zastanawiam się, czy to jest dla ciebie taki plan B na przyszłość. Z drugiej strony często wspominałaś też o służbach mundurowych. Jak dziś patrzysz na swoją przyszłość poza sportem?
- Na pewno biorę pod uwagę pracę w służbach mundurowych. Wydaje mi się, że jest to stabilna i perspektywiczna ścieżka zawodowa, więc ten temat cały czas pozostaje otwarty. Jeśli jednak chodzi o sport, to na pewno nie chciałabym po zakończeniu kariery całkowicie się od niego odciąć. Bardzo dobrze wspominam pracę z dziećmi i myślę, że była to jedna z tych rzeczy, które dawały mi naprawdę dużo satysfakcji. Można powiedzieć, że to praca marzeń. Wydaje mi się, że większość sportowców chce po zakończeniu kariery pozostać blisko tego, czym zajmowali się przez lata. Dlatego gdybym miała możliwość pracy jako trenerka, to wzięłabym ją bez wahania.
A jeśli chodzi o służby mundurowe, to w jakiej roli najbardziej byś się widziała?
- W policji
Rozmawiałyśmy już o tym, że jesteś obecnie jedyną polską zawodniczką w kombinacji norweskiej. To jednak nie oznacza, że jesteś w tym wszystkim sama. Jak patrzysz na przyszłość tej dyscypliny w Polsce? Widać już młodsze zawodniczki, które chciałyby pójść twoją drogą?
- Patrząc na rozwój programu Orlen Cup w Polsce i liczbę młodych zawodników, myślę, że perspektywy są naprawdę dobre. Mamy kategorie dla najmłodszych dzieci skaczących na mniejszych skoczniach, ale także dla starszych dziewczynek. Sama byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam zdjęcia z zawodów Orlen Cup w Zagórzu. Jeśli dobrze pamiętam, odbywały się właśnie w ten weekend. Było tam naprawdę dużo dziewczynek startujących w kombinacji norweskiej. Myślę więc, że przyszłość tej dyscypliny w Polsce jest, tylko trzeba o nią odpowiednio zadbać.
To chyba nie infrastruktura jest problemem, a raczej zainteresowanie samą dyscypliną?
- Myślę, że warunki mamy jak najbardziej dobre. Teraz, być może nieskromnie mówiąc, sytuacja trochę się poprawiła również dlatego, że udało mi się osiągnąć pewien poziom i pokazać, że w tej dyscyplinie można odnosić sukcesy. Mam wsparcie Polskiego Związku Narciarskiego, wsparcie Ministerstwa Sportu i pełne finansowanie, więc pod tym względem warunki są naprawdę dobre. Dodatkowo od dwóch lat wspiera mnie firma Chochołowskie Termy. Duże wsparcie otrzymuję również od mojego klubu, LKS Poroniec Poronin. Jeśli chodzi o infrastrukturę, mamy obiekty dla najmłodszych zawodników, mamy Szczyrk, Wisłę, Zagórz i oczywiście Zakopane. Dla starszych zawodniczek dostępne są te same ośrodki treningowe. Miejsca do trenowania więc są i warunki do rozwoju również.
Kuriozalny plan FIS. Chodzi o mistrzostwa świata
Wiadomo, że trudno porównywać zainteresowanie kombinacją norweską do tego, jakie wzbudzają same skoki narciarskie. Ty jednak coraz mocniej przebijasz się do świadomości kibiców jako zawodniczka osiągająca dobre wyniki. Jak wygląda u ciebie kwestia popularności i rozpoznawalności?
- Myślę, że moja rozpoznawalność trochę wzrosła po igrzyskach, kiedy komentowałam skoki narciarskie i kombinację norweską. Moje nazwisko częściej pojawiało się wtedy w mediach i kibice zaczęli je kojarzyć. Nie jestem pewna, czy wszyscy od razu łączą mnie z kombinacją norweską, bo zainteresowanie skokami narciarskimi jest zdecydowanie większe, ale faktycznie po tym okresie stałam się nieco bardziej rozpoznawalna. Cieszę się jednak przede wszystkim z tego, że ludzie zaczynają śledzić tę dyscyplinę i zauważać moje wyniki. Kiedy wkłada się w coś tyle pracy i osiąga określone rezultaty, to miło jest widzieć, że ktoś to dostrzega i docenia.
Kombinacja norweska znika z igrzysk. "To przekreślenie marzeń"
W tym roku pojawiła się informacja, że kombinacja norweska nie znajdzie się w programie igrzysk olimpijskich. Jak przyjęłaś tę wiadomość?
Mimo że walka o obecność kombinacji norweskiej na igrzyskach trwała od bardzo dawna, wszyscy wiedzieliśmy, że kobieca kombinacja nie znajdzie się w programie najbliższych igrzysk. Myślę jednak, że wiele osób było zaskoczonych informacją, że za cztery lata na igrzyskach nie będzie już ani kombinacji kobiet, ani mężczyzn. To w pewnym sensie przekreślenie marzeń, i to nie tylko naszych. Dotyczy to również młodych zawodników, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę sportową
- Tak jak Kamil Stoch marzył kiedyś o medalu olimpijskim, tak samo marzy o nim każdy młody zawodnik kombinacji norweskiej. Mam nadzieję, że za osiem lat uda się przywrócić tę dyscyplinę do programu igrzysk. To już jednak dość odległa perspektywa i nie wszystkich będzie ona dotyczyć. Na ten moment nie mamy na to wpływu. Skupiamy się więc na mistrzostwach świata i zawodach Pucharu Świata, bo to obecnie nasze najważniejsze cele.
Pojawiły się też obawy, że taka decyzja może zahamować rozwój dyscypliny.
- Myślę, że w pewnym stopniu rzeczywiście może to mieć wpływ. Trzeba otwarcie powiedzieć, że kombinacja norweska nie jest obecnie sportem olimpijskim. To może utrudnić pozyskiwanie sponsorów czy finansowania, bo w przypadku dyscyplin olimpijskich jest to zazwyczaj łatwiejsze. Trudno mi jednak jednoznacznie ocenić, jak duże będą tego konsekwencje. Mam nadzieję, że nie okaże się to przeszkodą dla młodych zawodników i że nadal będą wybierać kombinację norweską. Liczę też na to, że dyscyplina będzie się rozwijać jeszcze lepiej niż obecnie. Jak będzie w rzeczywistości, pokaże dopiero czas.
Do niedawna kobieca kombinacja norweska była traktowana nieco inaczej niż rywalizacja mężczyzn. Czy nadal odczuwacie skutki tych różnic i zdarza się, że musicie walczyć o rzeczy, które mężczyźni mają już od dawna?
Przez pewien czas problemem były między innymi nagrody finansowe, które były niższe niż w rywalizacji mężczyzn. Podobnie było zresztą także w skokach narciarskich. Różnice dotyczyły również liczby konkursów, bo zimą mężczyźni mieli ich więcej. Obecnie sytuacja jest jednak znacznie lepsza i szanse są dużo bardziej wyrównane. Myślę, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Kobieca kombinacja norweska jest coraz bardziej zauważana i podejmowane są działania, aby warunki rywalizacji były jak najbardziej równe
A ty sama spotykałaś się kiedyś z opiniami, że skoki narciarskie czy kombinacja norweska to bardziej sport dla mężczyzn niż dla kobiet?
- Tak, szczególnie na początku, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką i zaczynałam swoją przygodę ze skokami. Wtedy zdarzało się słyszeć pytania, co kobiety robią w skokach narciarskich i że nie jest to sport dla nich. Dziś wygląda to już zupełnie inaczej. Ta dyscyplina jest znacznie bardziej rozpoznawalna i kibice wiedzą, że kobiety również skaczą na nartach. Myślę, że jesteśmy już dużo bardziej zauważalne niż kiedyś.
Jakie cele stawiasz sobie przed nadchodzącym sezonem zimowym?
- Myślę, że najważniejszym celem jest powtarzalność. To jest coś bardzo realnego i coś, nad czym cały czas pracuję. Jeśli chodzi o konkretne wyniki, to nie chciałabym skupiać się wyłącznie na miejscach. Chciałabym przede wszystkim z czystą głową usiąść na belce i oddawać takie skoki, na jakie naprawdę mnie stać. Później pozostaje już walczyć na trasie biegowej. Oczywiście przy dobrym dniu i sprzyjających warunkach myślę, że miejsce w czołowej dziesiątce jest w moim zasięgu.













