Władimir Semirunnij ogłasza "polskie" nazwisko. "Zmiana wszystko ułatwi"
- Dla mnie nie ma różnicy, czy to igrzyska olimpijskie, mistrzostwa Polski, czy Puchar Świata. Zawsze chcę wygrywać i zawsze chcę wykręcać dobry czas. To także wyraz szacunku do samego siebie i sportu, bo choć igrzyska już za nami, to trzeba walczyć dalej. W Tomaszowie także będę walczył na całego - mówi w rozmowie z Interią Władimir Semirunnij, nowa gwiazda polskiego sportu, wicemistrz olimpijski i świeżo upieczony medalista MŚ. Przy okazji uaktualnia gorącą kwestię pisowni swojego nazwiska.

Artur Gac, Interia: Dziękuję, że podnosisz telefon, choć po głosie słyszę, że chyba jeszcze chciałeś dłużej odespać i odpocząć.
Władimir Semirunnij: - Wróciłem do domu o 7 rano. Podróż była troszkę ciężka, bo po zawodach wsiedliśmy do busa, więc czuję się trochę zmęczony. I w sumie jeszcze spałem.
W ostatnich godzinach dałeś polskim kibicom kolejną porcję niezwykłych emocji. Fani są przeszczęśliwy z powodu twojego brązowego medalu, a w tym wszystkim pewnie sam czujesz, że znów dokonałeś rzeczy wielkiej.
- No tak. Jeśli dobrze zrozumiałem, to w wieloboju męskim do tej pory nikt w Polsce nie wywalczył medalu mistrzostw świata. A jedyny medal zdobyła kobieta, przy czym było to dawno temu. Dobrze mówię?
Jesteś ciekawy, kiedy to było?
- No pewnie. Proszę mi powiedzieć.
Po raz ostatni i jedyny taki sukces odniosła śp. Erwina Ryś-Ferens, a było to w 1988 roku.
- O kurczę... (Władkowi aż zabrakło słów - przyp.). A jeśli jesteś aż tak przygotowany, to ile wynosił rekord Polski Konrada Niedźwiedzkiego?
No właśnie, to jest twój drugi wyczyn z Heerenveen, czyli ustanowiony rekord kraju. Ty uzyskałeś wynik 146,243 pkt, a obecny dyrektor w Polskim Związku Łyżwiarstwa Szybkiego w 2015 roku w Calgary zanotował 150,672 (im niższa suma punktów, tym wyższe miejsce).
- Ojojoj, to mogę powiedzieć, że już mamy dobry rekord Polski (śmiech).
Po 38 latach, od wspomnianego medalu nieodżałowanej pani Erwiny, napisałeś nową, piękna historię polskich panczenów.
- Fajnie, że to ja mogę ją pisać razem z trenerem i całym sztabem. To dla mnie super sprawa.
Nie zawłaszczasz sobie sukcesu, tylko od razu wspominasz o osobach, które również mają w nich duży udział.
- Po prostu tak jest. Gdyby na początku Konrad mi nie zaufał, to ja bym tutaj nie przyjechał. A wtedy nie pracowałbym z obecnym trenerem. Jestem sportowcem, który lubi pracować, ale trenować też trzeba z głową. Gdyby więc trener nie potrafił tego umiejętnie poukładać, to takich wyników również by nie było. Do tego wsparcie drużyny, przyjaciół. Naprawdę wszystko jest mega.
Mówisz o wsparciu drużyny, a ty wczoraj też pokazałeś piękny gest. Bukiet kwiatów, który otrzymałeś na podium, przekazałeś swojej koleżance z kadry Zofii Braun.
- W końcu 8 marca był Dzień Kobiet. Moja dziewczyna została w Polsce, więc jej nie mogłem wręczyć, ale pomyślałem o Zosi. To były jej pierwsze mistrzostwa świata w wieloboju, tak ważna impreza, więc chciałem, by także się trochę pocieszyła.
Ktoś cię do tego zainspirował, czy spontanicznie na to wpadłeś?
- Ja zawsze oddaję kwiaty. Powiedzmy, że miałem wybór, bo były jeszcze fizjoterapeutka Natalia Rozwadowska i team leader Agata Jabłońska, ale z uwagi na to, czym się kierowałem, wybór był oczywisty. Trzeba było oddać zawodniczce (śmiech).
Wróćmy do rywalizacji, bo emocji, biorąc pod uwagę cztery dystanse w tzw. wieloboju dużym, była cała masa. W momencie, gdy nadchodziła ostatnia konkurencja, czyli twój koronny dystans 10 000 m, byłeś tuż za podium, mając do odrobienia niespełna 11 sekund.
- Zgadza się, było ciekawie. Mogę powiedzieć, że tego dnia lepiej przygotowany i silniejszy ode mnie był Metodej Jilek. Między nami była już mniejsza różnica niż na igrzyskach, ale dalej był przede mną. W wieloboju Czech pokazał kosmiczny bieg, zresztą ja też, właściwie wyszło niemal idealnie. Życiówka na 500 m, życiowy wynik na tej arenie na 5000 m, półtorki (1500 m) w arenie Thialf także szybciej nie jeździłem. I do tego doszedł taki przejazd na czwartym dystansie, czyli 10 000 m. Przed nim miałem około półtorej godziny przerwy, więc po 1500 m jeszcze szybko wskoczyłem na rower. Później trochę odpoczynku i nawet nie bardzo chciało mi się jeść, jedzenie stawało mi w gardle. Więc postawiłem tylko na izotoniki, żele i batoniki.
Czułeś przed finałowym dystansem, że to jest ten moment, od którego wszystko będzie zależało. Z drugiej strony znów wytrzymałeś presję. W takich momentach jaki to rodzaj obciążenia? Taki, który ci przeszkadza, czy głównie motywuje i napędza?
- Szczerze mówiąc presję miałem na półtorkę, bo bałem się, żeby na tym dystansie za dużo nie stracić w stosunku do Jordana Stolza, Metodeja i Sandera Eitrema. A przed "dychą" musisz wychodzić ze spokojną głową i wówczas nic takiego nie było. Po prostu chciałem się bawić jazdą i dać z siebie maksa. Metodej przejechał naprawdę bardzo szybko, więc od razu wiedziałem, że muszę jechać na tyle, ile pozwolą mi siły. Dobrze, że do końca utrzymałem prędkość, chociaż było ciężko.
Każdy, kto zna się na łyżwiarstwie szybkim, wiedział że na ostatnim dystansie lider Jordan Stolz nie powiększy przewagi, tylko ileś z niej straci. Mimo wszystko wyglądało to niesamowicie, że na jednym dystansie odrobiłeś do niego blisko 40 sekund, spychając Amerykanina poza podium w klasyfikacji generalnej.
- To naprawdę jest super. Czytałem w mediach, że Jordan znowu odniesie lekkie zwycięstwo. Nie ma lekkich zwycięstw, zwłaszcza gdy kilku zawodników jest na takim poziomie.
Warte podkreślenia jest także to, że utrzymałeś formę po imprezie docelowej, czyli igrzyskach olimpijskich. Nie oszukujmy się, po takim starcie nieraz następuje pewnego rodzaju rozprężenie do końca sezonu, tymczasem ty w Holandii biłeś swoje rekordy.
- Dla mnie nie ma różnicy, czy to igrzyska olimpijskie, mistrzostwa Polski, czy Puchar Świata. Zawsze chcę wygrywać i zawsze chcę wykręcać dobry czas. Mistrzostwa świata to także bardzo ważna impreza, jeszcze w wieloboju, który jest rozgrywany co dwa lata. To też wyraz szacunku do samego siebie i sportu, bo choć igrzyska już za nami, to trzeba walczyć dalej. A przede mną jeszcze mistrzostwa Polski i w Tomaszowie także będę walczył na całego. Dla mnie nie ma mniej ważnych startów. Gdy mamy z trenerem ustalony kalendarz, gdzie będziemy startować, to każdy jeden występ traktuję serio na sto procent.
Twój start w mistrzostwach Polski w wielobojach (14-15 marca) to będzie gratka dla wszystkich polskich kibiców. Hala na pewno okaże się za mała i będzie pękała w szwach.
- Nie ma żadnej wątpliwości co do mojego startu, na pewno wystąpię. Myślałem z trenerem nawet o tym, by wziąć udział w dwóch wielobojach, jednak o ile w Heerenveen impreza trwała cztery dni, tak u nas odbędzie się w dwa dni. A skoro nie da rady, więc wystartuję tylko w dużym wieloboju.
Fizycznie organizm już na pewno odczuwa trudy tego sezonu, ale rozumiem, że w Tomaszowie to znów będzie walka o pełną pulę?
- Podejdę do startu ultra poważnie. Powiem szczerze, że rekord toru na 10 000 m na pewno jest do poprawienia i chciałbym znowu spróbować to zrobić (uśmiech). Dla mnie to bardzo ważna impreza.
Czyli Semirunny? Tak. To byłoby łatwiej odmieniać. Jeśli też dobrze zrozumiałem, gdybym nie zmienił nazwiska, to problemy z moim nazwiskiem mogłaby mieć przyszła żona. Też widzę czasami na arenach, że kibice mają trudność z moim nazwiskiem, dziennikarze także mają czasem kłopot, jak je wymówić. Sądzę, że ta zmiana wszystko unormuje i ułatwi.
Ostatnie dni to ciąg dalszy wspaniałych dla ciebie informacji. Plus i Telewizja Polsat wręczyły ci nagrodę specjalną w kwocie 100 tys. złotych. Takie niezapowiedziane gratyfikacje to chyba zawsze turbo doładowanie?
- Naprawdę tak jest. Jak już mówiłem, bardzo chciałbym kupić w Polsce mieszkanie, a w tym celu to jest bardzo duże wsparcie. Dziękuję za to ogromnie.
Na igrzyskach mówiłeś nam, że docelowego miejsca jeszcze nie wybrałeś, ale na przykład bardzo podoba ci się w Milanówku. Jesteś bliżej ostatecznej decyzji?
- Nie chciałbym aż za daleko oddalać się od Tomaszowa, bo tutaj mieszkają moi wszyscy przyjaciele. Natomiast wciąż nad tym myślę, nie mam jednego faworyta i jeszcze nie jestem w stanie ostatecznie poinformować.
Rozwojowa pozostaje kwestia zmiany twojego nazwiska. Ostatnio w szczegóły bardzo wtajemniczył mnie Konrad Niedźwiedzki w rozmowie dla Interii, mówiąc o spolszczeniu nie tylko nazwiska, ale sugerując także imię (w dokumentach widnieje Vladimir Semirunnii).
- Tak jest.
Ta sprawa już jest bliżej rozstrzygnięcia?
- Przede mną jeszcze mistrzostwa Polski, po czym porozmawiam z Konradem, jak tutaj wyglądają kwestie formalne ze składaniem dokumentów i co konkretnie, by było najszybciej, muszę zrobić. Wiem, że jakiś pan, być może filolog, kontaktował się ze związkiem i wysłał opracowanie, jak najlepiej brzmiałoby moje imię i nazwisko. Trochę zaktualizowane zostało też imię, nadal byłoby Władimir, tylko nieco inaczej pisane. Z kolei mogę powiedzieć, że nazwisko w końcówce będzie miało dwie literki "n" i "y". Dzięki temu będzie brzmiało bardziej po polsku.
Czyli Semirunny?
- Tak. To byłoby łatwiej odmieniać. Jeśli też dobrze zrozumiałem, gdybym nie zmienił nazwiska, to problemy z moim mogłaby mieć przyszła żona. Też widzę czasami na arenach, że kibice mają z nim trudność, dziennikarze także mają czasem kłopot, jak je wymówić. Sądzę, że ta zmiana wszystko unormuje i ułatwi.
Kilka dni temu razem z kadrą olimpijską byłeś w Pałacu Prezydenckim. Jak twoje wrażenia ze spotkania z Karolem Nawrockim?
- Było super. Również dlatego, że nie było dużo kamer, tylko bardziej kameralnie, cicho i spokojnie. Tylko my-sportowcy, sztab i prezydent. W prezencie dostałem fajny zegarek polskiej firmy, jaki nosi sam prezydent. Zegarek jest z odpowiednią grawerką. Bardzo się cieszę z tego spotkania. Później był bardzo dobry obiad. Ja ogólnie nie jestem fanem ryb, ale ta była idealna i zjadłem wszystko. Usiedliśmy tak, że byłem praktycznie przy prezydencie, pomiędzy nami siedział tylko Konrad. Porozmawialiśmy o sporcie, nie było napiętej atmosfery i prezydent nie budował dystansu.
Skoro już tak wszystko porządkujemy, to zaktualizujmy informację na temat medalu olimpijskiego. Od początku wydawało mi się, że najbliższa jest ci opcja, by zdeponować go w publicznym miejscu w Tomaszowie Mazowieckim. W tej sprawie klamka zapadła?
- Jeszcze dalej nie wiem, to znaczy ostateczna decyzja nie zapadła. Dotąd nie miałem czasu, bo jednak cały czas najważniejsze są starty. Muszę jeszcze porozmawiać z innymi, który wybór wyglądałby najlepiej.
Do czasu mistrzostw Polski pełne skupienie, trochę regeneracji i lżejszego treningu?
- Dzisiaj wolne, w końcu trochę czasu spędzę z dziewczyną. I znów trzeba będzie złapać odczucie swojego lodu, bo w weekend wystartować na odpowiednim poziomie.
Rozmawiał Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl












