Walka o wzrok polskiej olimpijki. Opowiedziała o kulisach dramatu
To był jeden z najbardziej dramatycznych momentów w historii polskich startów w zimowych igrzyskach olimpijskich. W Mediolanie Kamila Sellier miała wypadek w czasie rywalizacji w short tracku. Rywalka zahaczyła płozą łyżwy o twarz Polki. Lód zalał się krwią. To dramatycznie wydarzenie wywołało ogromne poruszenie na całym świecie. 26-latka opowiedziała w rozmowie z Interia Sport, jak wygląda teraz jej życie. Czy wróci jeszcze do sportu? - Bywa, że czasem zakręci mi się w głowie. Są też momenty, kiedy widzę zamazany obraz - przyznała Polka, na której twarzy wymalowana jest bliznami jej sportowa historia.

Kamila Sellier, wcześniej znana bardziej jako Kamila Stormowska, przez lata psiała historię polskiego short tracku. Jest dwukrotną medalistką mistrzostw świata i czterokrotną mistrzostw Europy. Stawała na podium Pucharu Świata. Wreszcie jest dwukrotną olimpijką - z Pekinu (2022) oraz Mediolanu i Cortiny d'Ampezzo (2026).
Te ostatnie igrzyska omal nie zakończyły się dla niej tragicznie w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Cały świat wstrząśnięty był wypadkiem polskiej łyżwiarki.
Siemirunnij ma być impulsem. Prezes już zaciera ręce. I zapowiada
Dramatyczny wypadek Kamili Sellier na igrzyskach. Jak wygląda jej życie? "Lekarze chcieli zrobić kolejną operację"
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Nie wypada inaczej rozpocząć rozmowy, jak pytaniem o zdrowie.
Kamila Sellier: - Wszystko dobrze. Nie mam większych problemów. Na razie jest w porządku. To znaczy wciąż widzę podwójnie, jak patrzę ku górze i nadal mam czasami zawroty głowy przy cięższych treningach, ale wraz z upływem czasu jest coraz lepiej. Cały czas pracuję nad tym, żeby podwójne widzenie trochę się zmniejszyło. Nie jest to takie proste i pewnie będę jeszcze potrzebowała sporo czasu, żeby sytuacja się poprawiła.
Pogodziłam się z tym, że mam blizny. I wcale nie było to dla mnie takie trudne do zaakceptowania. Od dziesięciu lat wiem, jak to jest żyć z blizną na twarzy. Dlatego tym razem było łatwiej. Raczej nie uda się doprowadzić blizny do takiego stanu, że nikt jej nie zauważy. Ona już zawsze będzie częścią mojej historii
To jest kwestia mięśni oka?
- Takie dostaję sygnały od kilku osób. Lekarze chcieli zrobić drugą operację. Mówię tutaj o rekonstrukcji oczodołu. Myśleli o tym, by zamiast siatki tytanowej, jaka została umieszczona pierwotnie, wstawić płytkę tytanową, która - z tego, co zrozumiałam - jeszcze bardziej by to wszystko trzymała w okolicach oka. Dzięki temu wyrównałoby się położenie oka. Nie wiem jednak, czy jest rzeczywiście aż tak duża różnica i czy to ona właśnie powoduje podwójne widzenie. Możliwe, że naciągnięty jest mięsień, który odpowiada za ruchy oka. Na razie jednak nie decyduję się na zabieg.
Za to wróciłaś do treningu. Lekarze dali zielone światło?
- Tak. Mogę trenować. Na razie sprawdzam możliwości ciała i oka. Wróciłam zatem i daję z siebie tyle, ile mogę. Czasami nie jest to sto procent, bo po prostu nie czuję się jeszcze na tyle mocna. Podobnie jest z okiem. Bywa, że czasem zakręci mi się w głowie. Są też momenty, kiedy widzę zamazany obraz. Muszę obserwować sygnały, jakie wysyła organizm. Byłam ostatnio na zgrupowaniu w Spale przez dwa tygodnie i wydaje mi się, ze dobrze sobie poradziłam.
W pierwszych momentach po wypadku, kiedy już dotarło do ciebie, co się stało, była obawa, że to może być koniec przygody ze sportem?
- Nie było takiej obawy. Bardziej myślałam, że może będę musiała zmienić dyscyplinę ze względu na to, że jeździmy na torze z pięcioma, sześcioma osobami. Mam nadzieję, że do takiej sytuacji nie dojdzie, ale zobaczymy.
Czyli miałaś plan B w przypadku, gdybyś nie mogła uprawiać short tracku?
- Taka myśl przemknęła mi przez głowę. To nie był żaden plan. Zadziałał po prostu system obronny w mojej głowie, bo nie chciałam jeszcze kończyć kariery sportowej. Na razie jednak wszystko zmierza w dobrą stronę. Wydaje mi się, że dam radę wrócić na lód. Wierzę, że wszystko będzie dobrze.
Tysiące wiadomości i mnóstwo miłości od osób z całego świata
Skoro wspomniałaś o systemie obronnym, to nie będzie się głowa broniła przed wejściem na lód, przed tą rywalizacją? Udało się to wszystko, co się spotkało, wymazać? Pewnie ważna była tutaj współpraca z psychologiem?
- Od razu po wypadku zaczęłam pracę z psychologiem. Na razie jest w porządku. Mogę oglądać nagranie tego wypadku i nie wpływa to na mnie. Oczywiście raczej staram się unikać tego. Prewencyjnie nawiązałam jednak współpracę z psychologiem, bo jednak ten wypadek był drastyczny. Dramatyczny dla mnie, ale również dla ludzi, którzy go widzieli. Po takich zdarzeniach głowa może czasami nie zadziałać, jak należy. Stąd właśnie praca z psychologiem. Na razie jednak dobrze się czuję i nie mam większych obaw. Powinno być zatem w porządku, ale zobaczymy, jak będzie na lodzie. Na razie trudno to ocenić. Za tydzień wejdę na lód i zobaczymy, czy pozycja łyżwiarska będzie dla mnie w porządku, czy kłopoty z podwójnym widzeniem nie będą mi przeszkadzały.
To było przypadkowe zdarzenie. Miałaś po tym wszystkim kontakt z Amerykanką Kristen Santos-Griswold, która w tym wszystkim uczestniczyła?
- Chwilę po wypadku był, ale to tyle.
To była trudna sytuacja, dla ciebie, ale również dla niej.
- Amerykanka otrzymała całą masę negatywnych komentarzy. Wylał się na nią hejt. Mnie było o wiele łatwiej poradzić sobie z tą sytuacją. Dostałam niesamowite wsparcie od ludzi z całego świata. To były tysiące wiadomości. Otrzymałam mnóstwo miłości od rodziny, ale także od osób z całego świata.
Dwa razy była bliska utraty oka. "Wiem, jak to jest żyć z blizną na twarzy"
Ten wypadek pokazuje, że short track jest jednak bardzo niebezpiecznym sportem.
- Nie będę ukrywała, że to jest niebezpieczny sport. Okuliści, z którymi rozmawiałam, mówili, że miałam też wiele szczęścia w tym nieszczęściu. Niewiele zabrakło, żebym straciła gałkę oczną albo w ogóle wzrok. Mam zatem szczęście. Widzę nawet normalnie.
Pójdziesz teraz śladem sióstr Velzeboer i zamienisz teraz okulary na maskę chroniącą całą twarz?
- Nie. Mam swoje powody i na razie nie będę zmieniała okularów. Zresztą one uratowały mi oko. Może kiedyś firma Oakley, bo jej produktów używam, zaprojektuje maskę, która się sprawdzi. To jednak długi proces. Na razie zatem będę jeździła w okularach, chyba że ISU bardzo drastycznie zmieni przepisy. Tyle że te okulary dwa razy uratowały mi oko. Dziesięć lat temu i teraz.
Nie wiedziałem o tym pierwszym wypadku?
- Mam w sumie trzy blizny na twarzy. Jedna z nich pochodzi właśnie z wypadku sprzed dziesięciu lat. Wtedy też okulary Oakley uratowały mi oko. Po tym ostatnim wypadku jest spory ślad na tych okularach. Ufam temu sprzętowi. Wiem, jak on działa. Soczewki nie rozbiją się przy uderzeniu, więc na razie to jest dla mnie najbezpieczniejsza opcja. Wiele osób mówi, że gdybym miała maskę, to nic by mi się nie stało. Widziałam jednak na własne oczy różne testy, w których szyba maski pękała od takiego uderzenia. To jest niezwykła siła, o przecież po czymś takim miałam złamane trzy kości twarzy. Gdyby szyba pękła na wiele kawałków, to one mogłyby wbić się w oko albo twarz. To również grozi utratą wzroku.
Blizny są trochę twoją historią wypisaną na twarzy. Wstydzisz się ich?
- Pogodziłam się z tym, że je mam. I wcale nie było to dla mnie takie trudne do zaakceptowania. Od dziesięciu lat wiem, jak to jest żyć z blizną na twarzy. Dlatego tym razem było łatwiej. Oczywiście ta wcześniejsza jest trochę z boku i mało kto ją dostrzegał, a ta z igrzysk zajmuje centralne miejsce i raczej nie ma szansy, by ktoś jej nie zauważył. Wygląda jednak ładnie. Zresztą zaraz po wypadku zaczęłam z fizjoterapeutką pracę nad tym, by była ona jak najmniej widoczna. Razem pracujemy też nad okiem i mięśniami wokół niego. Raczej nie uda się doprowadzić blizny do takiego stanu, że nikt jej nie zauważy. Ona już zawsze będzie częścią mojej historii.
Jej wisienką byłby olimpijski medal.
- Bardzo bym chciała. Nie wiem jednak, co będzie za cztery lata. Przecież już na tych igrzyskach miało mnie nie być, a jednak wystąpiłam. Napisałam pewną historię, choć nie o takiej marzyłam. Nic jednak nie zrobię. To się wydarzyło. Czasu nie cofnę. Nie ukrywam, że za cztery lata chciałabym pojechać na igrzyska razem z moim mężem Diane. Jego też nie było w Mediolanie. Może razem wystąpimy jednak we Francji. Zobaczymy jednak, co przyniesie nam los. Teraz nawet nie wiem, czy będę jeszcze potrafiła dobrze jeździć na łyżwach.
Po tym twoim wypadku wszyscy z otoczenia - mam tu na myśli Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego i Polski Komitet Olimpijski - stanęli na wysokości zadania?
- W Mediolanie czułam się zaopiekowana przez lekarza i Konrada Niedźwiedzkiego. Przychodzili do mnie i pisali. Interesowali się mną. Zresztą ze związkiem jestem w kontakcie, bo w mojej sytuacji tak trzeba. Muszą wiedzieć, co się ze mną dzieje. Czy mogę jechać na obóz, czy raczej nie. Jeżeli chodzi jednak o kwestie związane ze zdrowiem i szpitalem już po przyjeździe do Polski, to jednak działałam na własną rękę, korzystając z polecenia innych osób. Nie uważam jednak, żeby to było złe.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:









![Lemański rozbił Bułgarów zagrywką. Pięć asów w meczu Ligi Narodów [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N215N2ODRSMQU-C401.webp)


![Polski mur nad siatką. Najlepsze bloki z meczu z Bułgarią [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N213CA1CM6W4U-C401.webp)


