Ujawniamy echa medalu Semirunnija. Widmo dyskwalifikacji, Holender w akcji. "Walka z czasem"
- Byliśmy pewni swoich racji. Przecież Wowa startował w takim stroju i w takim kasku na mistrzostwach Europy i w Pucharach Świata. Była sytuacja, że dzień przed startem jedna z osób z ekipy holenderskiej, człowiek od sprzętu, robił zdjęcie Władkowi, w jakim kasku jeździ - mówi w rozmowie z Interią trener Władimira Semirunnija, Roland Cieślak, po raz pierwszy ujawniając sceny zza olimpijskich kulis. Polacy toczyli batalię z sędziami przed dystansem 10 000 m, aby nie doszło do dyskwalifikacji.

Artur Gac, Interia: Niełatwo umówić się z panem na rozmowę. Myślałem, że od igrzysk olimpijskich miał pan czas przyzwyczaić się do nowej, medialnej rzeczywistości, ale chyba nie czuje się pan w niej lepiej?
Roland Cieślak: - No nie (śmiech). Zresztą do końca weekendu sezon jeszcze trwał, więc skupialiśmy się na trenowaniu i pracy. Niemniej trochę tych obowiązków wykonałem, były różne spotkania, ale to nie jest świat dla mnie.
Co w tym świecie jest dla pana najbardziej niekomfortowego?
- Ja nigdy nie chciałem wychylać się przed szereg. Pracując z zawodnikami zawsze stoję na dalszym planie i obserwuję wydarzenia. I tak samo jest później, gdy przychodzą sukcesy. Wolę stać z tyłu, to moja natura.
Gdy rozpoczynał się sezon olimpijski, poparty długimi przygotowaniami, dokładnie tak pan go sobie wizualizował, że za sprawą Władimira Semirunnija będą - chronologicznie - medale mistrzostw Europy, srebro igrzysk, brąz na mistrzostwach świata i złoto mistrzostw Polski? Coś przerosło pana oczekiwania, a może oczekiwał pan jeszcze więcej?
- Na pewno okres startu w Pucharach Świata nie wyszedł idealnie, bo nie zakwalifikowaliśmy się z Władkiem do igrzysk na 5000 m. To było ciężkie. Jeden słabszy bieg w pięciu pucharach może zepsuć kwalifikację. I tak niestety sprawił pierwszy bieg w Salt Lake City, gdzie nie zrobił dobrego wyniku na pięć kilometrów. Szkoda, bo później wszystkie biegi na "piątkę" miał dobre, mam tu na myśli mistrzostwa Europy, dalsze Puchary Świata i finalnie mistrzostwa świata w wieloboju. Ten regulamin chyba jednak nie jest do końca dopracowany.
A zaryzykowałby pan stwierdzenie, właśnie patrząc na to, jak całościowo Władek prezentował się na tym dystansie i jaką formę dowiózł na igrzyska olimpijskie, że na 5000 m cieszylibyśmy z jego drugiego medalu olimpijskiego?
- Tak, jak najbardziej. Ja jestem o tym przekonany, że ten medal by był. Jak nie srebrny, to brązowy, ale na pewno by był. On był przygotowany na ten dzień, bo też czekaliśmy do samego końca. Były małe informacje, że ktoś nie wystartuje, a on był pierwszym rezerwowym, więc istniało duże prawdopodobieństwo, że rzutem na taśmę stanie na starcie. Finalnie wyszło jak wyszło, więc musiał się odkuć na 10 kilometrów. Ale zapewniam, że podczas igrzysk również był przygotowany na 5 kilometrów.
Logika wskazywała na to, że rywale i przeciwne reprezentacje zrobią maksymalnie wszystko, wystawią kogokolwiek, by nie dać szansy na namieszanie zawodnikowi z takim potencjałem.
- Z tych topowych reprezentacji oczywiście, że tak. Pozostawała tylko kwestia zawodnika z Chin, który miał kwalifikację. A wiedzieliśmy, że oni przygotowują się stricte do biegu drużynowego i prawdopodobnie zrezygnują z tej "piątki". Rzeczywiście super przygotowali się do biegu drużynowego, bo zdobyli medal olimpijski. Jednak na "piątkę" Chińczyk też wystartował. Oczywiście do nikogo nie mamy pretensji, bo Władek nie uzyskał kwalifikacji. Niemniej do końca łudziliśmy się, że na tym dystansie wyjdzie dla nas słońce.
Już wiemy, że miłością do mediów pan nie zapała. Natomiast czy medalem olimpijskim i wszystkim, co się z nim wiąże, jest pan w stanie cieszyć się na miarę tego sukcesu?
- U mnie żadnego rozemocjonowania nie ma, generalnie ze mną nic się nie dzieje (śmiech). Myślę, że dopiero przyszłość pokaże, iż to był ważny dzień w polskim sporcie i ważny sukces dla mnie, ale jak na razie nic niestandardowego się ze mną nie stało. Przede wszystkim jest ochota na dalsze sukcesy, bo wiemy, że przyszłość może iść w dobrym kierunku. Oczywiście cieszę się ogromnie, to jest historia, ale na pewno nic nie zamieszało mi w głowie.
Co panu, w obliczu walki o medal olimpijski i tego, co działo się dookoła, najbardziej zaimponowało we Władku?
- Na pewno dzień startu był ciężki. To znaczy przygotowanie do samego końca i stres, że to jest tylko ten jeden, jedyny bieg. Do tego mieliśmy jeszcze zawirowania ze sprzętem przed startem. Sędziowie trochę nas stresowali odnośnie jego kasku i stroju. Musieliśmy wyciągać regulaminy i w ostatniej chwili udowadniać, że robimy wszystko zgodnie z przepisami.
Oooo, to nowa historia, o której do tej pory w ogóle nikt nie wiedział.
- Zgadza się, jeszcze nie było okazji, by o tym opowiedzieć. A wszystko działo się tak naprawdę godziny przed startem. Sytuacja była dla mnie stresująca, a pomagał Konrad Niedźwiedzki oraz team leader Agata Jabłońska. Przy tym wszystkim był oczywiście Władek, bo musieliśmy brać od niego stroje, mierzyć długość kasku i wysyłać sędziom. Nie ukrywam, że wkradło się sporo stresu, zwłaszcza że do startu na 10 000 m pozostawały dwie godziny. Ta sytuacja mogła go trochę wybić z koncentracji, ale na całe szczęście udało się to jakoś wytrzymać. Więc odpowiem, że to mi w nim najbardziej i naprawdę zaimponowało, jak zniósł te wydarzenia. Obserwowałem co się z nim dzieje i naprawdę wielki szacun! Wiem, że on także się mega stresował, choć nie dawał tego po sobie poznać. Dopiero po biegu powiedział mi, że był bardzo zestresowany i też dlatego nie przejechał tak, jak jeździł na treningach. Nie mam wątpliwości, że ta sprawa mu przeszkodziła, ale finalnie jakby ją wytrzymał, bo zdobył upragniony medal.
Rzeczywiście, sytuacja absolutnie niekomfortowa, skoro miała miejsce dwie godziny przed startem. Myśli pan, że było w tym trochę ponadnormatywnej lub nie do końca uzasadnionej interwencji arbitrów? A może mieli prawo szukać, czy na przykład w kasku nie macie przewagi?
- Mieli prawo szukać, tylko tam też była kwestia na przykład ochraniaczy Władimira na buty. One były wysokie i lekko zasłaniały napis POL, a konkretnie samą literę L od dołu na podudziu. I już dzień wcześniej zrobiło się stresująco, bo wieczorem przeszywaliśmy ten kostium. Osobiście byłem w firmie, która go przerabiała. A co się później okazało? Holender, który zajął trzecie miejsce (Jorrit Bergsma - przyp.), miał lekko zasłonięty napis NED i tam nie było problemu. Tymczasem nas trochę z tym ganiali.
- Druga sprawa to kask, w pełni regulaminowy, który był dopuszczony do startu. Tyle tylko, że ten model był uznany w rozmiarach S i M, a nie w L. I tu też nas stresowali, że to jest pewnie L. Okazało się, że nie mieli racji, bo mieliśmy rozmiar S. Problem był w tym, że musieliśmy to wszystko udowadniać krótko przed biegiem.
Jeśli chodzi o przeszycie stroju, trzeba było podnieść nogawkę?
- Tak, nogawkę podnieść, z kolei aerodynamiczne skarpety trochę skrócić, żeby nie nachodziły na kostium. Nie pamiętam dokładnie jak Władek zrobił, bo możliwe, że w ogóle skarpety schował pod kostium, ale na pewno wyglądało to inaczej niż jak cały czas trenowaliśmy.
Znaleźliście na szybko fachowca we Włoszech?
- Strojem zajął się człowiek wynajęty przez organizatorów. On tak naprawdę robi dla wszystkich kostiumy, więc to była osoba zaufana. Przebywał na miejscu i był do dyspozycji dla wszystkich reprezentacji, jeżeli coś by się działo. Zresztą kostium dla Władimira do mass startu był szyty tam na miejscu.
Później, po starcie, działo się jeszcze coś na linii Władimir - sędziowie? Były ponowne kontrole?
- Nie. Skończyło się na wszystkim, co miało miejsce przed biegiem, gdy gasiliśmy gorący temat. Wówczas pokazywaliśmy zdjęcia i regulaminy ISU sędziom, które po prostu pozwalały nam na to, żeby wystartować w takim stroju. Później wszystko było już okay, nie wrócił żaden problem.
To stres, w okolicznościach igrzysk i przed startem na koronnym dystansie, faktycznie niewyobrażalny. Rozumiem, że nad Władimirem wisiało potencjalne ryzyko dyskwalifikacji?
- No tak. Gdyby sędziowie do czegoś się doczepili, a my nie wygralibyśmy walki z czasem, to mogłoby skończyć się dyskwalifikacją. Całe szczęście do niczego takiego nie doszło, a my byliśmy pewni swoich racji. Przecież on startował w takim stroju i w takim kasku na mistrzostwach Europy i w Pucharach Świata, więc to nie było nic nowego. Tym bardziej nieoczekiwane, że w tym momencie tyle zaczęło się dziać z jego strojem i kaskiem. Była też taka sytuacja, że dzień przed startem jedna z osób z ekipy holenderskiej, człowiek od sprzętu, robił zdjęcie Władkowi, w jakim kasku jeździ. To może też był powód, że sędziowie się do nas odezwali, byśmy udowodnili, że kask jest regulaminowy.
Czyli niewykluczone, że Holendrzy zaalarmowali i donieśli do sędziów, żeby przyglądnęli się reprezentantowi Polski.
- Dokładnie tak mogło być. Tak odebraliśmy tę sytuację.
W kontekście tego, co pan powiedział, sam odpowiem sobie na pytanie, co najbardziej może zaimponować w Władku: żelazna psychika.
- Bez wątpienia, sam się pod tym podpisuję. Było tak, że po treningu na lodzie zawieźliśmy go do hotelu blisko toru, by odpoczął sobie przed samym biegiem. Jednak niestety musieliśmy mu w tym odpoczynku przeszkodzić, bo trzeba było pojechać do niego, zabrać mu kask i go mierzyć.
To jedna z tych historii, które pokazują, jak czasami wiele dzieje się za kulisami. Nie każda jest opowiedziana i ujrzy światło dzienne, a przecież na najwyższym poziomie wszystko rozbija się o detale. A to w sumie żaden detal, taka sytuacja tuż przed startem miesza w głowie i torpeduje koncentrację.
- Chyba nie ma osoby, którą takie wydarzenie nie wybiłoby choć trochę z równowagi. Wręcz powiem, że my stresowaliśmy się przed zawodami nie samym biegiem, tylko tą sprawą, żeby po prostu wszystko było okay, jeżeli chodzi o regulaminy i sędziów.
Ja z kolei sam podejrzałem zza kulis sytuację, gdy na wieść o srebrze, Władek wpadał w objęcia kolejnych osób. W pewnej chwili jeden z moich kolegów zapytał go: "Wowa, co tu się stało?". A on, nieco oszołomiony i szczęśliwy, powiedział, że właściwie sam nie wiem, po czym dodał: "jestem drugi, kurde ja zawsze chcę być pierwszy, ale jestem bardzo zadowolony, serio. Nie mam słów".
- To jest cały Wowa. To taki człowiek, który zawsze chce wygrywać. Myślę, że jeszcze przyjdzie czas, jeżeli będzie zdrowy i wszystko będzie wyglądało tak, jak na razie wygląda. Wówczas złote medale jeszcze są w kolejce.
Gdy przyszliście do nas nazajutrz, na specjalnie zwołane spotkanie w jednym z mediolańskich muzeów, Władek pojawił się bez srebrnego medalu. Zadałem mu w tej kwestii pytanie, odpowiedzi nie miał pan możliwości od razu usłyszeć, bo rozmawialiśmy z wami pojedynczo. A on ogłosił, że do medali się nie przywiązuje i zapowiedział, że ten zdeponuje w publicznym miejscu. Był pan zaskoczony, jak błyskawicznie potrafił złożyć taką deklarację?
- Mnie też to zaskoczyło i zobaczymy, co się stanie. Ale mogę potwierdzić, że on nie przywiązuje wagi do medali, tylko myśli o kolejnych.
Ale to przecież srebro olimpijskie.
- A mimo to cały czas zapominał zabierać je ze sobą. Zapomniał nawet wziąć medal na spotkanie do prezydenta.
Poważnie? Nawet tam?
- Tak (śmiech). Zaprosił nas pan prezydent, pojechaliśmy do niego na spotkanie od razu po igrzyskach, a on dotarł bez srebra.
Czyli cały on, skoro zdarzyło mu się nawet na takim szczeblu.
- Jechaliśmy razem do Warszawy busem, wspólnie z Damianem Żurkiem. I w pewnym momencie, jakoś w połowie drogi, powiedział, że zapomniał medalu. Stwierdziliśmy, że już nie wracamy.
W tym jest chyba sporo autentyzmu, prawda? Tu płynnie przechodzimy do innego wątku. W gruncie rzeczy sam się zastanawiałem, jak polscy kibice będą podchodzili do jego startów i sukcesów. Czy czasami nie zostanie nałożona najprostsza i krzywdząca kalka, że skoro chłopak pochodzi z Rosji, to jego wyniki schodzą na dalszy plan. Tymczasem miałem wrażenie, że z upływem kolejnych dni ludzie coraz bardziej przekonywali się do niego, a stłumione zadowolenie wypierała coraz większa radość. Twierdzę, że dlatego, iż będący pod ostrzałem mediów Władek cały czas był spójny w swoich słowach i zachowaniu. Słowem nie dał pretekstu, by sączyć przekaz, że jego czyny rozmijają się z wypowiedziami. Całym sobą mówił, że czuje się w Polsce jak w domu, a medale dla Polski to najlepsza rzecz, którą może za wszystko podziękować.
- Powiem szczerze, że zgadzam się z wszystkim, co z pana strony usłyszałem. Jego wszystkie wypowiedzi w wywiadach i na konferencjach były rzeczywiście spójne i tak pokazywał siebie. On taki jest, to nie było nic oszukiwanego. I też mi się wydaje, że właśnie coraz bardziej przekonuje ludzi do siebie. Między innymi tym, że język polski u niego jest już opanowany oraz jest tak bardzo autentyczny w tych wypowiedziach. Poza tym potrafi zażartować i nie spina się w wypowiedziach. Przekonuje ludzi do siebie i to chyba tak następowało naturalnie z każdym kolejnym dniem.
Jako że wywiązała się między wami mocna więź, był pan pełen obaw, jaki będzie odbiór jego sukcesów? Czy nie zacznie dominować przekaz medialny lub wypowiedzi, które będą w niego uderzać?
- Oczywiście, że się obawiałem. Obawiałem się, jak to będzie odebrane, bo wiadomo, najprościej sobie właśnie nałożyć taką kalkę, że jest to chłopak z Rosji i tak dalej. A w związku z tym to nie jest nasz medal, bo to nie jest nasz człowiek. Tym bardziej cieszę się, że wyszło diametralnie inaczej i mam nadzieję, że dalej tak będzie.
- Choć w sumie, w dzisiejszych czasach, w dobie internetu i mediów społecznościowych, wystarczy jedna głupia wypowiedź lub artykuł i nagle zmienia się perspektywa. Jednak myślę, że Władek sobie poradzi z tym wszystkim, dotąd fajnie mu to wychodzi. Cieszę się również z tego, że jakoś super się nie zmienił. Gdy przyjechaliśmy po igrzyskach i mieliśmy dwa tygodnie do startu na mistrzostwach świata, on zrobił wszystko co musiał. A mieliśmy naprawdę ciężki okres treningowy jeszcze przez tydzień w Tomaszowie. Równolegle spadło na niego bardzo dużo obowiązków medialnych, kamera cały czas za nim chodziła, non stop wywiady i spotkania, a w tym wszystkim sumiennie realizował treningi. Co prawda może większym kosztem, mniejszą regeneracją, ale jednak wszystko było okay. Więc fajnie, że na mistrzostwach świata też potwierdził swoją dobrą dyspozycję.
I ważne też było postawienie kropki nad "i". Myślę, że kibice zrozumieliby, gdyby powiedział, że jest tak zmęczony fizycznie i mentalnie, że z bólem serca rezygnuje ze startu w mistrzostwach Polski. Podjęta decyzja też wiele o nim mówi.
- Z pewnością. To rzeczywiście następna rzecz, którą udowodnił. Przystępowaliśmy do nich tylko z myślą, żeby zrobić rekord toru na 10 kilometrów. Co prawda zrobił tylko o trzy dziesiąte, ale zrobił. Już był zmęczony i na dwie rundy do końca jego czas nie pokazywał, że złamie rekord toru, ale wtedy przyspieszył tempem i zrobił to, co od początku planował. A więc fajnie, że w dodatku taką klamrą spiął cały sezon.
Mnie Władek już na początku tygodnia powiedział, że na pewno wystartuje w mistrzostwach Polski. Równolegle tego samego dnia usłyszałem od jednej z osób, iż rzekomo w ostatnich godzinach sprawa jeszcze nie była przesądzona. Jakie są kulisy tej decyzji?
- Nie wiem, kto coś takiego powiedział, bo my z Władkiem nie mieliśmy wątpliwości, czy wystartować. Od początku wiedzieliśmy, że on wystartuje w mistrzostwach Polski. Wiadomo, że to już był mniejszy stres dla niego, impreza na koniec sezonu, ale najbardziej interesował nas jego koronny dystans, by odpowiednio się nastawić. Władek cały czas był w dobrej dyspozycji, przyjechaliśmy do Tomaszowa, gdzie zrealizował fajne treningi z grupą. I ja naprawdę nie miałem wątpliwości. Zresztą wszyscy zawodnicy ode mnie z grupy, którzy byli dostępni, bo niektórzy troszeczkę wcześniej skończyli sezon, chcieli rywalizować. Po to się trenuje, żeby startować, więc szkoda by było rezygnować z mistrzostw kraju.
Władek w naszej ostatniej rozmowie poinstruował mnie, że pisownię nazwiska planuje zmienić na Semirunny. A w grę wchodzi także dopieszczenie, czytaj ujednolicenie pisowni imienia. Czy panu to także cokolwiek ułatwi?
- Nie, dla mnie to ciągle będzie Wowa (śmiech). Natomiast rzeczywiście są problemy, czy to przy składaniu jakichkolwiek wniosków czy podpisywaniu dokumentów. Cały czas jest zastanawianie się jak to nazwisko wpisać, bo on sam podpisywał się dwoma różnymi. Wiem, że w jednym paszporcie ma końcówkę przez "iy", a w drugim "ii". Dlatego sami, gdy składamy wnioski o stypendia z miasta, czy z województwa, cały czas się dopytujemy w jakiej wersji mamy to zrobić. Tak że to chyba rzeczywiście ułatwi wszystkim sprawę.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













