Reklama

Reklama

Tylko u nas. Tomasz Pochwała: Nawet nie dano mi możliwości zabrania głosu i obrony

Tomasz Pochwała sam był skoczkiem narciarskim i kombinatorem norweskim /Adrian Gladecki/REPORTER /East News

Reklama

- Nie miałem możliwości obrony i przedstawienia swoich argumentów, bo nie doszło do rozmowy ze mną. To była czysta decyzja związku, która zapadła jeszcze przed moim podsumowaniem sezonu. Termin na złożenie raportu mam wyznaczony do 7 kwietnia, a decyzja już zapadła - mówi w rozmowie z Interią Tomasz Pochwała, który decyzją Polskiego Związku Narciarskiego przestał pełnić funkcję trenera reprezentacji Polski w kombinacji norweskiej.

Artur Gac, Interia: Był pan zupełnie zaskoczony, że właśnie teraz doszło do pana zwolnienia? A może docierały do pana przesłanki, że to nastąpi?

Tomasz Pochwała: - Człowiek nigdy nie może być niczego pewny, zwłaszcza w takiej pracy. Dlatego na takie coś w każdej chwili trzeba być przygotowanym, ale - mówiąc szczerze - do końca się tego nie spodziewałem.

Czyli nie sądził pan, że akurat teraz nadejdzie ten moment?

- No nie. Zwłaszcza teraz, gdy chyba każdy człowiek myśli o czymś innym i głowa jest gdzie indziej. Wiadomo, co dzieje się na świecie, a także w Polsce. Więc tu nagle, taki telefon, był dla mnie lekkim szokiem.

Reklama

Kiedy zadzwonił telefon?

- W piątek.

Bezpośrednio telefonował pan Jan Winkiel?

- Tak, sekretarz generalny związku.

Jak ta rozmowa przebiegała? Zaczęła się kurtuazyjnie, czy od razu otrzymał pan kawę na ławę?

- Sekretarz od razu przeszedł do rzeczy. Było mu przykro, że musi ten temat załatwić ze mną telefonicznie, ale w dobie obecnych wydarzeń tak się dzieje i w ten sposób przekazał mi decyzję.

W związku z epidemią rozumie pan i akceptuje taką formę rozstania, czy mimo wszystko oczekiwałby pan czegoś więcej?

- W dobie wirusa nie chciałbym na ten temat się wypowiadać. Można by było coś powiedzieć, ale niekoniecznie należy.

Od piątku już zdążył pan sobie wszystko poukładać w głowie?

- Szoku już nie ma, bo przełknąłem tę decyzję i przyjąłem ją do wiadomości. Zobaczymy, co będzie dalej.

To całkowite rozstanie z kadrą i Polskim Związkiem Narciarskim?

- Tak, całkowite.

Pana kontrakt był aktualny w cyklu sezonowym?

- Miałem umowę na czas nieokreślony. Wobec tego, formalnie, otrzymałem wypowiedzenie.

Jeżeli spojrzy się na suche wyniki, to decyzja jest zrozumiała. W niedawno zakończonym sezonie PŚ punktował tylko Szczepan Kupczak, z kolei w klasyfikacji Pucharu Narodów nasza kadra zajęła ostatnie, 11. miejsce. A jaka jest pana optyka?

- Jeżeli chodzi o Puchar Narodów, to ciężko byłoby zająć inne miejsce, bo jesteśmy jedynym zespołem, który de facto nie posiada drużyny. Po prostu brakuje nam zawodników, którzy mogliby startować. Nie mamy nawet zaplecza, ani bazy, by mieć z kogo wybierać.

Były takie zawody, w których korzystał pan z pełnej puli startowej?

- Zawsze kogoś brakowało. Jeden zawodnik, konkretnie Paweł Twardosz, przez cały rok miał problemy z wagą, przez co w ogóle nie nadawał się do PŚ. Z kolei Wojtek Marusarz miał prawo startu, ale jego dyspozycja nie zawsze była na odpowiednim poziomie. Był jeszcze Adam Cieślar, ale przez cały rok pozostawał jakiś pogubiony i skokowo nie mógł się odnaleźć.

Cieślar miał problemy w sferze mentalnej?

- Tak, chodzi o psychikę. Motorycznie wszystko było w porządku, ale gdzieś i coś go blokowało, z czym nie mógł sobie poradzić. A warto jeszcze nadmienić, że rok temu karierę zakończył Paweł Słowiok.

Czyli, de facto, tylko z Kupczakiem można było trochę powojować?

- Dokładnie, tylko z nim.

Jednak ze Szczepanem też coś się stało i widać w jego wynikach regres. Teraz zajął 37. miejsce w klasyfikacji generalnej, a rok wcześniej był 35.

- Na początku, po upadku w Kuusamo, borykał się z lekką kontuzją. Później szukał formy, a gdy w końcu ta zaczęła wzrastać, zaczęły być odwoływane zawody. W efekcie praktycznie przez cały luty nie miał gdzie startować.

A gdyby pan miał spojrzeć na siebie krytycznym okiem, to z perspektywy czasu widzi pan swój błąd lub błędy? Czy w jakimś momencie dziś postąpiłby pan inaczej i powziąłby inną decyzję?

- Może wprowadziłbym trochę więcej stanowczości i konsekwencji w lecie. W przypadku Adama Cieślara i Pawła Twardosza może bardziej by poskutkowała twardsza ręka w lecie i egzekwowanie konsekwencji w celach, które mieli założone. Bo wiadomo, że jak przyszła zima, to już było za późno na poprawki i naprawy.

Pochwała zadzwonił do Apoloniusza Tajnera. Oto, co usłyszał od prezesa!

Chce pan powiedzieć, że m.in. dał pan tym zawodnikom za dużo swobody, co zostało przez nich niewłaściwie wykorzystane?

- Może nie tyle luzu, choć trudno to tak jednoznacznie ocenić. Trzeba pamiętać, że nasza kadra nie daje komfortu selekcji i wybierania najlepszych, tylko bierze się tych, którzy są. Tak wygląda kombinacja w Polsce.

Czyli, jakkolwiek gorzko to zabrzmi i dosłownie, kombinowanie na całego.

- (śmiech) Zgadza się.

Wróćmy do rozstania. Uważa pan, że decydowały względy wyłącznie sportowe, czyli policzalność wynikowa, czy na utratę przez pana posady mogły wpłynąć też względy pozasportowe?

- Nie mam pojęcia, bo nie wiem, na jaki temat toczyły się dyskusje. Ja też nie miałem możliwości obrony i przedstawienia swoich argumentów, bo nie doszło do rozmowy ze mną. To była czysta decyzja związku, która zapadła jeszcze przed moim podsumowaniem sezonu.

Nie zdążył pan zdać raportu?

- Termin na złożenie raportu mam wyznaczony do 7 kwietnia, a decyzja już zapadła.

Jest to dyskusyjna chronologia wydarzeń. Wydaje się, że najpierw należałoby zapoznać się z pana raportem, a dopiero później ogłosić decyzję. Taka kolejność miałaby ręce i nogi.

- No właśnie. Tymczasem to wszystko było tak jakby na szybko i nawet bez dania mi możliwości zabrania głosu, czy obrony.

Decyzję przekazał panu sekretarz generalny PZN. Liczył pan na telefon od dyrektora ds. kombinacji norweskiej, Adama Małysza?

- Od tego w związku głównie jest sekretarz generalny, więc pod tym względem wszystko nastąpiło poprawnie.

A miał pan kontakt z prezesem PZN, Apoloniuszem Tajnerem?

- Po zwolnieniu już odbyliśmy telefoniczną rozmowę.

Kto wykonał telefon?

- Ja zadzwoniłem do prezesa.

Może pan zdradzić, jak przebiegała rozmowa?

- Chciałem porozmawiać jak facet z facetem.

Padły mocne słowa?

- Nie.

Z ust prezesa usłyszał pan uzasadnienie decyzji?

- Zwrócił uwagę głównie na wyniki całej drużyny.

Powiedział pan "głównie". Czy zatem był jeszcze jakiś powód, na który prezes zwrócił uwagę?

- Nie. Przede wszystkim właśnie wyniki.

Rozumiem, że rozstajecie się, jak dżentelmeni i, gdy dojdzie do spotkania, podacie sobie ręce?

- Z prezesem zawsze.

I na koniec: czy już ma pan jakiś pomysł na siebie?

- Na razie myślę. Coś już tam mam, ale póki co zostawię to dla siebie.

Rozmawiał: Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje