Reklama

Reklama

Szwedzi porównują wypadek Karoliny Riemen-Żerebeckiej do dramatu Anny Holmlund

Szwedzkie media opisując wypadek Karoliny Riemen-Żerebeckiej podczas treningu przed mistrzostwami świata w skicrossie porównują go do tragicznej kraksy, jaką w grudniu miała szwedzka medalistka olimpijska Anna Holmlund.

Skicross to równie widowiskowy, co niebezpieczny sport. "Jest jak szalona jazda taksówką przez zatłoczone ulice Nowego Jorku" - to ocena Darona Rahlvesa, a akurat on - trzykrotny medalista alpejskich mistrzostw świata i specjalista od zjazdu, doskonale wie, co to ryzyko.

Reklama

Podziwianie alpejczyków jest dla koneserów, bo trzeba mieć duże rozeznanie, aby wyłapać błędy techniczne, z kolei przekaz telewizyjny spłaszcza trasę i nie czuć, z jak stromymi ścianami mają do czynienia narciarze. W skicrossie zasady są proste - na trasę rusza czterech zawodników równocześnie i wygrywa ten, kto pierwszy na mecie.

Narciarze przepychają się więc bark w bark przy prędkości 100 km/h, ale zanim dotrą do mety, czekają ich muldy, skocznie i ostre zakręty. Nie wszystko więc zależy od nich samych. Mogą jechać idealnie technicznie i twardo trzymać się na nogach, ale gdy wpadnie na nich rozpędzony rywal, nawet akrobatyczne umiejętności nie uchronią przed katastrofą.

Ale bardzo ciężkie wypadki zdarzają się też na treningach. Właśnie tak było z Karoliną Riemen-Żerebecką i Anną Holmlund.

Karolina od lat jest najlepszą naszą zawodniczką w skicrossie i wciąż się rozwija, o czym przekonują jej wyniki w Pucharze Świata. W tym sezonie była ósma, a na MŚ do Sierra Nevada pojechała z nadzieją na życiowy sukces. Na treningu wyszła z zakrętu przy dużej prędkości i wybiło ją w górę na jednej z muld. Nad kolejną przeleciała, ale w następną z impetem uderzyła głową. Lekarze utrzymywali ją w stanie śpiączki farmakologicznej, a w czwartek została z niej wybudzona. Jest jeszcze za wcześnie, aby odpowiedzieć na pytanie, jak długo będzie trwało leczenie.

Także na treningu doszło do tragicznego wypadku szwedzkiej brązowej medalistki olimpijskiej z Soczi - Anny Holmlund. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia podczas zgrupowania w południowym Tyrolu upadła na stosunkowo nietrudnym odcinku trasy. Uderzyła jednak tak mocno głową o stok, że doszło do krwotoku w mózgu. Przeszła operację, ale jej stan pogorszył się i do dzisiaj jest w śpiączce.

Przed kilkoma dniami jej ojciec - Lars Holmlund podzielił się dobrymi informacjami - córka zaczęła reagować na bodźce zewnętrzne. Wyczuwa zapachy, mruga oczami i reaguje na uścisk dłoni. Lekarz szwedzkiej federacji narciarskiej Jakob Swanberg, cytowany przez svt.se, przyznał jednak, że rodzina Anny oswaja się z myślą, że już nigdy nie będzie taka jak przed wypadkiem.

Narciarze dowolni z jednej strony przekonują, że ich sport nie jest bardziej ryzykowny niż jazda autostradą, ale zdają sobie sprawę, jak łatwo o kontuzję. W tym sporcie może oznaczać kalectwo czy nawet śmierć, jak w przypadku Nicka Zoricica. Kanadyjczyk zginął podczas zawodów Pucharu Świata w szwajcarskim Grindelwaldzie pięć lat temu. 

Zawodnicy nie potrzebują dramatycznych historii, aby uświadomić sobie stopień ryzyka. Przekonali się o nim na własnej skórze. Mimo tego leczą złamane ręce, nogi, kręgosłupy, dochodzą do zdrowia po wstrząśnieniach mózgu i wracają do ścigania, bo gdy kochasz, nie kalkulujesz.

Nie mogą się bez tego obejść, jak Victor Oehling Norberg, chłopak Anny Holmlund. Gdy jego dziewczyna trafiła w śpiączce do szpitala, chciał rzucić skicross. Wrócił jednak po kilku tygodniach, a w połowie marca został mistrzem świata.

Mirosz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje