"Prezesie, przepraszam". Semirunnij zaskoczył po medalu, pełna konsternacja
Długo nie zapomnę widoku Władimira Semirunnija, który w strefie mieszanej na igrzyskach olimpijskich w Mediolanie w napięciu czekał, jak odpowiedzą jego rywale na osiągnięty czas na 10 000 m. A później pokazał, że jest sportowcem skrojonym pod największe sukcesy, przekonując, że choć srebro to świetny wynik, dla niego najbardziej liczy się złoty medal. Ciekawie było także w ten weekend na MŚ w Heerenveen, a w wydarzenia zza kulis wtajemnicza Interię Rafał Tataruch, prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego.

Łyżwiarstwo szybkie samo w sobie wiąże się z wielkimi emocjami, bo dynamika tej dyscypliny sportu powodu, że walka bardzo często rozgrywa się na dziesiętne lub setne części sekundy. Nieco inaczej wygląda sytuacja na długich dystansach, takich jak 5000 i 10000 m, jednak choćby wyświetlane międzyczasy także powodują, że w napięciu śledzi się "maratoński" przejazd.
Władimir Semirunnij "wystawił się" na kontrę. "Władek, proszę cię"
W tzw. dużym wieloboju męskim w Heerenveen, z punktu widzenia polskich kibiców, mieliśmy wszystko, bo do końca toczyła się walka o pełną pulę. Dość powiedzieć, że lider po trzech dystansach, największy as tego sezonu Jordan Stolz, po "dysze" wypadł za podium, robiąc miejsce na jego najniższym stopniu Władimirowi Semirunnijowi.
- Trochę dramaturgii, sporo emocji, a to wszystko później dodatkowo potęgowało stan zadowolenia - nie ukrywa w rozmowie z Interią Rafał Tataruch, prezes PZŁS, który z najbliższej odległości śledził zmagania na słynnym torze Thialf. Finalnie wszystkie oczy były skierowane głównie na Stolza, jak da sobie radę z tym bardzo długim dystansem, ale specjalista od sprintów mu nie podołał.
- To ogromny sukces, bo nigdy w męskim łyżwiarstwie szybkim na torze długim nie było takiego sukcesu. Wreszcie ktoś też poprawił rekord Polski Konrada Niedźwiedzkiego, więc dyrektor sportowy w końcu może spać spokojnie - zaśmiał się Tataruch. Wynik, o którym mowa, były świetny panczenista "wykręcił" 11 lat temu w Calgary. Sternikowi związku od razu zaświeciła się lampa w głowie. - Tam jest bardzo szybki tor, więc jeśli Władek przyzwyczai się do torów szybkich, bo na początku sezonu niespecjalnie mu to wychodziło, będzie jeszcze lepszy - zaciera ręce szef związku.
Ciekawe sceny działy się za kulisami. Każdy, kto miał okazję obserwować Władka choćby przy okazji igrzysk w Mediolanie, wie o jakiej klasie sportowca jest mowa. Otóż jest to zawodnik doceniający sukcesy, ale jednak zaprogramowany na to, aby zawsze celować w szczyt szczytów. - Jestem drugi. Kurde, zawsze chce być pierwszy, ale... Nie no, super. Jestem bardzo zadowolony, nie mam słów - to była pierwsza reakcja, którą udało mi się nagrać, gdy Władek wpadł w objęcia m.in. Niedźwiedzkiego.
Teraz bardzo zbliżona sytuacja miała miejsce w Holandii, gdy już po zawodach i wręczeniu medali, prezes Tataruch pojawił się na śródtorze.
- Gdy tam poszedłem, on cały czas mówił: "Prezesie, przepraszam, ja chciałem mieć ten wyższy medal". Odpowiadałem: "Władek, proszę cię, nie tędy droga. Powolutku, daj się wszystkim pocieszyć, najpierw brąz, potem srebro i złoto". Zresztą życzyłem mu, żeby to on być może już za dwa lata przejechał się na saniach, na co odparł: "prezesie, do zrobienia". Chłopak pełen ambicji, ale też skromności. Naprawdę fajny i sympatyczny człowiek, rozmawia się z nim z ogromną przyjemnością. I to mówi każdy - nie może nachwalić się nowego asa polskiego sportu prezes Tataruch.
Mówiąc o saniach, miał na myśli piękny moment, wieńczący zmagania wieloboistek i wieloboistów. Na koniec zwycięzcy wsiedli w sanie ciągnięte przez konia po lodzie, tak przejeżdżając dwie honorowe rundy. - Przepiękna ceremonia, wszyscy stali i bili brawa. To był moment pełen wzruszenia, mnie emocje też się udzieliły - przyznał nasz rozmówca.
Już we wrześniu 2024 roku zarząd PZŁS przegłosował uchwałę, która tyczy się nagród finansowych za igrzyska olimpijskie i mistrzostwa świata. Z jednogłośnie przegłosowanego dokumentu wynika, że Władimir Semirunnij za srebro ZIO i brąz MŚ otrzyma odpowiednio 40 tysięcy i 10 tys. złotych. Na identyczny bonus finansowy zapracował jego trener, Roland Cieślak.
- Jeśli chodzi o igrzyska olimpijskie, to nie dokonaliśmy gradacji według kolorów medali. U nas to ogromny sukces, więc uznaliśmy, że każdy zasługuje na taką samą nagrodę finansową - tłumaczy prezes.
Tataruchowi imponuje to, że choć Semirunnija zadziwia aż tak ogromne zainteresowanie jego osobą, to w tym wszystkim pozostaje skromnym Władkiem. - W pierwszych dniach był w lekkim szoku, ale widzę, że szybko dojrzał do sytuacji i tej przyjemniejszej strony sukcesu. Oczywiście to, co jest wewnątrz niego, najlepiej wie on sam, ale obserwując go nie mam wątpliwości, że pozostaje sobą - mówi doktor habilitowany nauk o kulturze fizycznej, profesor Politechniki Opolskiej.
Rosyjski paszport został przy Semirunniju. Prezes: Ma tam rodzinę
Odnośnie do wniosku o zmianę pisowni końcówki nazwiska, w co Interię ze szczegółami wtajemniczył sam sportowiec, Tataruch zdaje się na wiedzę fachowców. Przy okazji kłaniając się osobie, która przedłożyła związkowi fachowe opracowanie. - Dziękuję osobie, która się do nas odezwała, bo widać ogromną wiedzą, którą posiada w zakresie gramatycznego spolszczania zagranicznych nazwisk.
Jeśli chodzi o generalną kwestię obywatelstwa, prezes Tataruch potwierdza Interii, że Władimir formalnie nie zrzedł się rosyjskiego paszportu, legitymując się podwójną narodowością.
- Myśmy od niego też tego nie wymuszali. Dla nas najważniejsza była cała postawa Władka. Trzeba mieć świadomość, że tam została jego rodzina, rodzice. Nie chce odcinać się od rodziny i pewnie, gdy za jakiś czas sytuacja za naszą wschodnią granicą się unormuje, będzie korzystał z tego, iż będzie mógł ich odwiedzić bez żadnego problemu na rosyjskim paszporcie.
- Wydaje mi się, że to jest logiczne i nie powinien sobie zamykać choćby drogi do odwiedzenia rodziny. A z tego, co się orientuje, już kilka miesięcy nie widział się z mamą, a jeszcze dłużej z tatą, co dla tam młodego człowieka nie jest sytuacją komfortową - dodaje.
Przed tygodniem polscy olimpijczycy spotkali się z prezydentem Karolem Nawrockim w jego gościnnych progach. Tataruch zapewnia, że całe wydarzenie miało doskonały przebieg, a głowa państwa zrobiła wrażenie na przedstawicielach polskiego sportu.
- Jestem niesamowicie pod wrażeniem tego, że pan prezydent bez problemu rozpoznaje wszystkich zawodników, tak samo wielu trenerów. To budzi ogromny podziw, bo było nas ponad 30 osób, a praktycznie do każdego coś powiedział i trafnie, wiedząc kto jest kim. Oczywiście nie wspominam tutaj o Władku, Damianie Żurku czy Kai Ziomek-Nogal, bo oni absolutnie są rozpoznawalni, ale prezydent podchodził też do wielu innych osób, bezbłędnie trafiając z imieniem, nazwiskiem oraz funkcją. Część oficjalna była bardzo przyjemna, wymieniliśmy się podarunkami. Od nas prezydent otrzymał oprawiony strój startowy, podobny gift wręczyło mu łyżwiarstwo figurowe, a w drugą stronę zawodnicy i sztaby otrzymały upominki. Później podczas samego lunchu ogromnie interesował się samym treningiem, jak to wszystko wygląda i na czym koncentrują się z trenerami - opowiedział ze szczegółami sternik PZŁS. Już pod koniec kwietnia Tataruch pożegna się ze swoją funkcją (przepisy nie pozwalają ubiegać się o trzecią kadencję prezesa). Do wyścigu o fotel najpewniej stanie Konrad Niedźwiedzki.
Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl












