Polak rozbił rywali, jest mistrzem. Dobitna reakcja i wskazanie "sprawcy"
- Lekko zachorowałem i zastanawiałem się jak to będzie z formą, czy to za bardzo nie przeszkodzi. Cieszę się, że spełniłem marzenia z dzieciństwa i zdobyłem mistrzostwo Europy, w dodatku przed własną publicznością - nie kryje satysfakcji as polskich panczenów Damian Żurek, który pierwszego dnia czempionatu w Tomaszowie Mazowieckim (w piątek 9 stycznia) wywalczył złoty medal na dystansie 1000 m. A następnie skierował wymowne słowa do swojego trenera.

To był popis jednego aktora - w ostatniej, czwartej specjalności podczas premierowego dnia z mistrzostwami Europy w Arenie Lodowej. Damian Żurek w wielkim stylu wywiązał się z roli jednego z głównych faworytów.
Damian Żurek z charakterem. "Wstaję i walczę do końca"
Tym samym, w ciągu niespełna dwóch godzin, polska publiczność mogła cieszyć się z dwóch złotych medali, śpiewając ze swoimi ulubieńcami hymn "Mazurek Dąbrowskiego". Jako pierwsze popis dały trzy sprinterki w drużynie: Martyna Baran, Karolina Bosiek i Kaja Ziomek-Nogal, które bardzo pewnie stanęły na najwyższym stopniu podium. Gdyby szukać dziury w całym, to najbardziej szkoda tylko tego, że uczyniły to w konkurencji nieolimpijskiej, której nie zobaczymy na zbliżających się ZIO w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo.
Wracając do Żurka, w tej z definicji bardzo "ciasnej" rywalizacji, wyprzedził drugiego Holendra Tima Prinsa aż o 0,88 s. Nad kolejnym rywalem miał już przeszło sekundę przewagi. To sporo, biorąc pod uwagę specyfikę sprintu, gdzie o miejscu na podium nieraz decydują tysięczne lub setne sekundy.
- Już nieraz pokazałem mój charakter, że może być dużo przeciwności losu, a ja i tak wstaję i walczę do samego końca. Więc jestem z tego dumny i cieszę się, że przed własną publicznością zdobyłem w dodatku złoty medal. To coś pięknego - dzielił się wrażeniami 26-letni tomaszowianin. Jednak szybko zafundował sobie musztrę, przypominając że jak na zadaniowca przystało, nie powinien nadmiernie ekscytować się tym, co już zdobył. Zresztą w zawodowym sporcie to dość powszechne zjawisko.
- Tymi wszystkimi osiągnięciami dopiero będę się cieszył po zakończeniu kariery. Mówią to także olimpijczycy, którzy zdobywali medale, że sukcesy docenia się już po wszystkim. Tak więc teraz się cieszę, ale wiem, że radość będzie krótka, bo jeszcze mamy start w niedzielę, a za miesiąc jest impreza docelowa i to dla mnie najważniejsze - zapewnił olimpijczyk z Pekinu.
W budowaniu szczytu formy nie chce jednocześnie pokpić szansy na powtórzenie wyczynu Zbigniewa Bródki z 2013 roku. Mistrz olimpijski z Soczi, jako ostatni Polak, stanął na podium klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. A że Żurek ma na to szansę, bardzo na serio chce potraktować start w niemieckim Inzell.
Jak na analitycznego zadaniowca przystało, zmierzył się także z pytaniami wysłannika Interii. Poproszony o uściślenie, w jakich aspektach w ostatnich miesiącach poczynił największe postępy i gdzie czuje dodatkową moc, za jednym zamachem wskazał głównego "sprawcę" swojego progresu.
Z trenerem Arturem Wasiem na pewno szlifowaliśmy technikę, żeby dopieścić ją do perfekcji i też dziękuję mu za to. Z jego strony jest to naprawdę duży wkład. Widzimy po całej grupie, jaki progres robi, więc cieszę się, że mamy takiego trenera i od kilku lat widać, że dzięki niemu pniemy się do góry
Dopytany o uszczegółowienie technicznych aspektów, odparł: - To przede wszystkim niska pozycja i odbicia do boku, czyli takie podstawowe rzeczy. Jednak często o podstawach się zapomina, a on jest osobą, która może się wydawać, że na treningach mówi cały czas to samo, ale jeżeli on widzi, że czegoś brakuje, to jest to pewnik. I dziękuję mu za to, jaki wkład ma we mnie i w całą grupę - z wdzięcznością mówi nasz czołowy panczenista.
Żurek szuka śmiałka. Prosta krzyżówkowa czeka
To wszystko skłania Żurka do refleksji, a w zasadzie powtórzenia wypowiedzianych już kilka miesięcy temu słów, że polska kadra jest światową czołówką.
- W końcu to nie my przyglądamy się innym, tylko cały świat przygląda się nam i wypytują, co zrobiliśmy w tym sezonie oraz zadają inne pytania. A my po prostu konsekwentnie dążymy do celu, mieliśmy ułożony plan na całe cztery lata i widać, że z roku na rok cała grupa się poprawia. To cieszy, a duży wkład w to ma Artur - rozstrzyga.
W końcu przyszedł moment, aby na warsztat wziąć bieg, który dał Polakowi premierowy złoty medal międzynarodowej imprezy.
- To był bardzo dobry bieg. Nie kojarzę, żeby były jakieś większe błędy. Jedynie co, to w tym sezonie nie mam farta, czyli na ostatniej prostej krzyżówkowej jestem za szybki dla rywali, przez co nikt mi nie wychodzi i nie pomaga. Widać, że radzę sobie i bez tego. Miejmy nadzieję, że na igrzyskach trafię w taką parę, gdzie będę jechał z szybkim zawodnikiem na "sześćsetce", wyjdzie mi i pomoże na tej krzyżówkowej.
Z Tomaszowa Mazowieckiego - Artur Gac














