Reklama

Reklama

Panczenista Artur Janicki: Rzucałem oszczepem na łące

Panczenista Artur Janicki, szósty zawodnik mistrzostw świata w biegu masowym, przypomniał, że 10 lat temu z Cyprianem Mrzygłodem rzucali oszczepem na łące w Domaniewicach. "Kto wówczas przypuszczałby, że będziemy kiedyś reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej" - wspomniał.

Mrzygłód urodził się 1 lutego 1998 roku, a Janicki przyszedł na świat... następnego dnia.

"Jako dzieci wspólnie zaczynaliśmy przygodę z rzutami. Cyprian po latach zajął dziewiąte miejsce w rzucie oszczepem w mistrzostwach Europy w Berlinie (2018), a ja w tym roku szóste w biegu masowym w mistrzostwach świata w Salt Lake City. Myślę, że odnalazłbym się też we wrotkarstwie i kolarstwie szosowym, bo treningi tych dyscyplin są równie istotne w okresie przygotowawczym jak zajęcia na lodzie. Jeśli natomiast chodzi o lekkoatletykę, to bardzo lubię ją oglądać, choć też trochę ćwiczyłem. Największe emocje towarzyszą mi przy konkursach oszczepników, ponieważ kibicuję Cyprianowi. Obaj wywodzimy się z Błyskawicy Domaniewice" - powiedział Janicki.

Legendą i dumą klubu z powiatu łowickiego jest łyżwiarz Zbigniew Bródka, który 15 lutego 2014 roku został mistrzem olimpijskim na dystansie 1500 m.

Reklama

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

"Dobrze pamiętam ten dzień, ponieważ wtedy zdobyłem pierwszy medal na... Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży. Był to mój pierwszy sezon po przejściu z short tracku i zakończyłem go na podium na najważniejszej imprezie. Z żadnego innego sukcesu nigdy tak się nie cieszyłem. Olimpijski sukces Zbyszka oglądałem wraz z moim bratem Sebastianem i przyjacielem, innym zawodnikiem Wojciechem Sutem. Czuliśmy wszyscy wielką dumę. Nasz klubowy kolega, zawodnik UKS Błyskawica Domaniewice stał na najwyższym stopniu podium w Soczi i śpiewał Mazurka Dąbrowskiego. Piękna sprawa" - opowiadał 22-letni łyżwiarz.

Janicki pochodzi z miejscowości Krępa w gminie Domaniewice. Jest dużo młodszy od Bródki, ale kiedy awansował do kadry narodowej mógł spełnić marzenia o treningach z idolem.

"Zbyszek jest tytanem pracy. Nie poznałem drugiego zawodnika, który potrafiłby tak ciężko trenować. Swego czasu zadbał, abym nie trzymał nigdy głowy za wysoko. Na którymś z obozów byłem niesamowicie zmęczony po treningu, a Bródka stwierdził, że powinienem jeszcze... umyć busa reprezentacji. I nawet szczotkę do mycia pod drzwiami mojego pokoju zostawił. Umyłem choć byłem zdenerwowany i zmęczony" - wspomniał.

Przyznał, że w kadrze narodowej brakuje starszych zawodników, którzy już skończyli kariery.

"Ich pomoc była nie do przecenienia, zarówno jeśli chodzi o starty, jak i treningi. Dbaliby, abyśmy nie obrośli w piórka i służyli doświadczeniem. Wracając do Bródki, jest moim autorytetem, obserwowałem go od najmłodszych lat, a teraz mogę spytać o radę, jak starszego klubowego kolegi. To coś niesamowitego" - podkreślił.

Pierwszy na łyżwach zaczął jeździć starszy z braci Janickich - Sebastian, a po nim Artur. Ich pierwszym trenerem i wychowawcą był szkoleniowiec i prezes Błyskawicy Mieczysław Szymajda.

"Nasz trener wykorzystywał każde nadejście mrozu, żeby po nocach zalewać małe asfaltowe boisko przy SP Domaniewice. Dzięki niemu mieliśmy gdzie trenować. Nic tak mnie nie cieszyło jak pierwsze mrozy, bo to wiązało się z możliwością jazdy na łyżwach, która sprawiała wiele radości. Spędzałem na lodowisku całe dnie. Odśnieżaliśmy lód po opadach, czasami był też mocno zjeżdżony, ale nam to nie przeszkadzało, ponieważ wiedzieliśmy, jak wiele pracy kosztuje pana Szymajdę dbanie o lodowisko" - przyznał.

Reprezentant Polski zaznaczył, że dzięki wytrwałości i wieloletniej pracy Szymajdy zawodnicy z małego klubu w Domaniewicach są w stanie rywalizować z ekipami dużo lepiej finansowanymi i mającymi lepsze zaplecze.

"Warto wspomnieć, że u nas zawodnicy nie płacą za sprzęt, bo dla trenera najważniejsza jest chęć do pracy. Pan Szymajda do tej pory stawia na ogólny rozwój dzieci i zabawę poprzez sport, dlatego jako młodzik zdarzyło mi się startować w mityngach lekkoatletycznych i rzucać oszczepem. Potem przyszedł czas na decyzję i wspólnie zdecydowaliśmy, że zmienię short track na długi tor i będę trenował w SMS w Zakopanem" - przypomniał Janicki.

Na początku tego roku, jeszcze przed wybuchem pandemii, błysnął w MŚ, gdzie w debiucie w zawodach tej rangi zajął szóstą lokatę w rywalizacji ze startu wspólnego.

"Zebrałem bardzo dużo doświadczenia przez cały sezon i dodatkowo idealnie trafiłem z formą. Podczas biegu szybko reagowałem na ruchy rywali w grupie głównej i trzymałem się planu ustalonego z trenerem Witoldem Mazurem. W przeciwieństwie do innych konkurencji, biegi masowe bywają loteryjne, co wynika z ich specyfiki. Na innych dystansach rywalizujący zawodnicy nie mają ze sobą fizycznego kontaktu, a w tym wyścigu zdarzają się przepychanki, upadki, nagłe zmiany tempa i ucieczki" - tłumaczył.

Zaznaczył, że w Salt Lake City pojechał solidnie i nie czuł wielkiej presji.

"Zabrałem się w ucieczkę, punktowałem i walczyłem o jak najlepszy wynik. Niestety, kiedy faworyci zaczęli nas doganiać na ostatnich dwóch okrążeniach, nie dałem już rady utrzymać ich tempa. Pewien niedosyt pozostał, ale trzeba wziąć pod uwagę, że walczyłem ze swoimi łyżwiarskimi idolami i ja, skromny chłopak z Krępy, uzyskałem najlepszy wynik z całej polskiej reprezentacji" - przypomniał.

Wcześniej Janicki był m.in. dziewiąty w Pucharze Świata w Nagano, zaś sezon 2019/20 - pierwszy, w którym wystąpił w Pucharze Świata, mistrzostwach Europy i globu, zakończył na 12. pozycji w klasyfikacji mass startu.

"Wiedziałem, że ten sezon jest dla mnie szansą, sprawdzianem, który zweryfikuje moje wysiłki podejmowane do tej pory. Byłem głodny rywalizacji na poziomie światowym. Nie miałem nigdy zacięcia do sprintów, zdecydowanie lepiej czuję się na najdłuższych dystansach 5 i 10 km. Przygodę z łyżwiarstwem zaczynałem od short tracku, w którym każdy bieg jest kontaktowy. Dzięki temu łatwiej mi reagować w biegu masowym. A co do porównań z innymi zawodnikami, to szukam swojej drogi, a jedyną osobą, z którą się porównuję jest... Artur Janicki z poprzedniego treningu, startu, imprezy. Jak mawia trener Szymajda: +rób swoje i nie patrz się na innych+" - podkreślił.

Jego hobby to gra na ukulele, ale jak dodał nie jest jedyną osobą w kadrze, która bawi się muzyką.

"Kilkoro zawodników potrafi coś zagrać np. na gitarze. Zabawa dźwiękami pozwala nam odstresować się trochę i odciąć od sportowej rutyny. Dla mnie sport zawsze wiązał się z muzyką, trener Mieczysław znany jest z tego, że lubi śpiewać i czasami na treningach, zawodach czy obozach daje jakiś mały koncert, żeby zawodnicy się nieco rozluźnili. Osobiści śpiewać raczej nie lubię, ale +pobrzdękać+ na ukulele - jak najbardziej" - zakończył.

Radosław Gielo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje