Reklama

Reklama

ME w short tracku. Maliszewska wygrywa regularnie jak Justyna Kowalczyk

Natalia Maliszewska wygrywa regularnie, a to w polskich dyscyplinach zimowych u kobiet nie zdarzało się od czasu Justyny Kowalczyk. 23-letnia łyżwiarka z Białegostoku wróciła właśnie do Polski ze złotym medalem mistrzostw Europy w short tracku na dystansie 500 m.

Tytuł zdobyła w Holandii, gdzie łyżwiarstwo szybkie traktowane jest jak u nas siatkówka albo żużel. Hala w Dordrechcie była wypełniona do ostatniego miejsca. Holendrzy liczyli na dobrze przygotowane rodaczki. Tymczasem młoda Polka ograła je w półfinale i finale, choć w walce o medale druga była Włoszka.

Owacje na stojąco od Holendrów

Maliszewska nie czuła dyskomfortu z powodu ogłuszającego dopingu dla przeciwniczek z Holandii. Jechała jak po swoje. - Wiedziałam, że wszyscy będą kibicować Holendrom. Ale kiedy stoję na linii startu i słyszę strzał, to potem nie dociera do mnie nic innego oprócz ślizgu naszych płóz i oprócz tego jak oddychają nasze przeciwniczki. Trudno w to uwierzyć, ale tego całego szumu nie było słychać - opowiadała po przylocie do Warszawy.

Reklama

Zadała straszliwy cios Holendrom, bo wygrała, ale miejscowi kibice jak mało kto na świecie potrafią docenić mistrzowski styl. - Dostałam owacje na stojąco. Gratulowali mi. Rozdawałam mnóstwo autografów. Dzieci robiły sobie ze mną zdjęcia. Od jednej młodej zawodniczki otrzymałam koszulkę. Powiedziała mi, że przygląda się temu jak jeżdżę. Holendrzy znają na tej dyscyplinie. Wiedzieli, że byłam już w tym sezonie na podium PŚ, wiedzieli z kim będą jeździć ich faworytki. Doceniali mnie - komentowała mistrzyni Europy.

W Polsce również doceniono ten sukces. W Arenie Lodowej w Tomaszowie Maz. przerwano zawody dla młodzieży, by łyżwiarze mogli obejrzeć finał z udziałem Natalii Maliszewskiej. - Dowiedziałam się o tym tuż po biegu. Miałam mnóstwo wiadomości, mnóstwo gratulacji. W Dordrechcie też stała za mną mocna grupa kibiców - opowiadała.

Trenuję, przywożę medale, cieszę się i znów trenuję

Maliszewska zasłużyła uznanie nie tylko od kibiców łyżwiarskich. Ma niesamowity sezon. Wygrała przecież dwa razy zawody Pucharu Świata, oprócz tego dwa razy jechała w finale, jest liderką klasyfikacji całego cyklu. Teraz zdobyła mistrzostwo Europy. W marcu ubiegłego roku wywalczyła srebrny medal na mistrzostwach świata. - Nic z tego nie przyszło mi łatwo, bo nic nie jest łatwe w naszym sporcie. Ciężko trenuje. Potrzebuję dobrego teamu, z którym mogę trenować i taki posiadam. Dziękuję wszystkim zawodnikom, którzy stoją obok mnie w czerwonych kurtkach. Oni też bardzo mi pomogli - mówiła Maliszewska.

Uśmiechnięta, serdeczna, nawet na warszawskim lotnisku cieszyła się z medalu, pokazując go wszem i wobec, jak dziecko. Jedna z dziennikarek spytała się jej, czy zdaje sobie sprawę z tego, że ostatni raz zwycięstwa w zimowych konkurencjach kobiecych odnosiła Justyna Kowalczyk. - Niesamowite. Takie porównanie to niesamowite wyróżnienie dla mnie. Wiem przecież, jakie sukcesy odnosiła Justyna Kowalczyk - zaznacza.

A Kowalczyk wygrywała Puchar Świata, mistrzostwa świata, zdobywała złote medale igrzysk olimpijskich. Maliszewska do kolejnych zawodów podchodzi ostrożnie. Mówi, że dyscyplina jest nieprzewidywalna, wszystko może się zdarzyć. Trochę się nawet dziwi, że zachowała formę na mistrzostwa Europy z początku sezonu.

Jeszcze w tym sezonie powalczy o zwycięstwo całym cyklu PŚ, na początku marca czekają ją mistrzostwa świata w Sofii. - Zrobię wszystko, żeby przywieźć stamtąd jakiś medal - zapowiada. O igrzyskach, które za trzy lata odbędą się w Pekinie trudno jej mówić. Zdaje się na swoich trenerów. - Trenuje, potem przywożę medale, potem się cieszę, a potem wracam do treningów - kończy.

Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy