Reklama

Reklama

Małysz: Dopiero teraz dociera do mnie, że to koniec

- Tylko ten kto odchodzi będąc na szczycie, jest prawdziwym gościem - mówi Adam Małysz.

INTERIA.PL: Dyrektor Pucharu Świata Walter Hoffer powiedział, że zapuści wąsy na cześć Małysza, mimo że jest mu w nich nieładnie. A może dla odmiany Adam Małysz je zgoli po raz pierwszy?

Adam Małysz: - Myślałem o tym już jakiś czas temu, ale gdy zdecydowałem się ogolić usłyszałem o akcji: Cała Polska zapuszcza wąsy dla Małysza". Pomyślałem więc, że będzie głupio golić się w takiej chwili, więc na pewno do 26 marca, do mojego benefisu w Zakopanem wąsy zostaną.

Reklama

Wąsy Małysza stały się sprawą międzynarodową. Na Planicę zapuścił je Ammann, Hilde sobie domalował. A na koniec czterokrotny mistrz igrzysk uklęknął przed panem.

- Dopiero dziś poczułem jak wiele łączy mnie z nimi wszystkimi. Teraz też dopiero zaczęło do mnie docierać, że to już koniec. Ammanna znam dobrze, tak samo Gregora Schlierenzauera, ale Hilde był tak wylewny wobec mnie po raz pierwszy. Wiedziałem, że jest sympatycznym zawodnikiem, ale nie sądziłem, że darzy mnie aż takim szacunkiem. W niedzielę wszyscy rywale byli fantastyczni, miałem okazję dzięki nim przeżyć w Planicy tak szczęśliwe chwile. Przed próbnym skokiem podeszli do mnie wszyscy prosząc o autograf na plastronie. To było niesamowite, nie wiedziałem co zrobić.

Dlaczego Kamil Stoch tak bardzo boi się porównań z Małyszem?

- Nie wiem, ale nie ucieknie od wzięcia odpowiedzialności za drużynę. Jest jej liderem, przede wszystkim on ma sprawić, że po moim odejściu nie zostanie w polskich skokach dziura. Myślę, że Kamila stać na to, wyniki które osiągnął w tym sezonie, te trzy zwycięstwa dadzą mu wiarę w siebie. Udźwignie ten ciężar, choć nie będzie mu łatwo.

Kamilowi jestem wdzięczny za to, że dzisiaj, na zakończenie kariery podarował mi "Mazurka Dąbrowskiego". Liczę na to, że jeszcze nie raz i nie dwa usłyszymy go dzięki jego skokom.

Czy wytrzyma presję popularności?

- Na pewno będzie mu bardzo trudno, ale to bardziej pytanie do niego, a nie do mnie. Wytrzymanie tej presji jest trudne, ja to wiem dobrze, gdyż przeżyłem to na własnej skórze. Na początku było mi szalenie ciężko, dopiero z czasem przyszło doświadczenie. Kamil ma wszystko, co potrzeba, by dać rady - pracuje z psychologiem, jest wokół niego sztab ludzi. Oni mu pomogą.

Zdecydował się pan skakać w specjalnych nartach z napisem: "Good bye Adam".

- Były też na nich podziękowania dla mojej żony, córki i Hannu Lepistoe, który nie mógł być w Planicy ze mną. Co do nart miałem obawy. Przygotowano je specjalnie na moje pożegnanie. Wykonałem w nich tylko jeden skok, to było ryzyko. W normalnej sytuacji narty powinny być przetestowane. Te nie były. Ale pokusa, by podziękować żonie, córce i Hannu była zbyt wielka. Zaryzykowałem i się opłaciło.

Strój góralski, który ubrałem: ciupagę, serdak i kapelusz - specjalnie przygotowany na podziękowanie Lepistoe zawieziemy mu do Finlandii, gdyż przez jakiś czas on będzie miał zakaz latania samolotem i pewnie nie pojawi się na moim benefisie.

Po lądowaniu na 216. metrze wydawało się, że pan wygra. Odjęto masę punktów za wiatr.

- To prawda. Jeśli zostanę przy skokach, będę chciał to zreformować. Pięć miejsc, w których wiatr jest mierzony to za mało. Nawet tu w Planicy były protesty. Pewnie to Słoweńcy protestowali, że Kamilowi odjęto za mało punktów i wyprzedził Kranjca.

To był dzień tak niezwykły, jakiego się pan spodziewał?

- Kilka razy bardziej niezwykły niż mogłem sobie wyobrazić. Ta cała atmosfera, wspaniali kibice, podziękowania i serdeczność od wszystkich, od dziennikarzy z Polski, ale też z całego świata. Potem byłem w telewizji, tam mi przypomnieli moje wielkie chwile, więc się poryczałem, puścili mi też fragment transmisji, w trakcie której płakał Szaranowicz. Potem znów gratulacje od fanów, od rywali, od was. Ledwo stoję na nogach. To było wymarzone, żeby tak skończyć karierę i jeszcze przy okazji stając na podium. Pociekła mi niejedna łezka i mam nadzieję, że jeszcze niejedna pocieknie, ale już po skokach Kamila.

Czy Adam Małysz nie jest za dobry na to, by odchodzić?

- Myślałem o zakończeniu kariery długo. To nie jest decyzja spontaniczna. Gdyby tak było, byłoby mi trudno. Skoki narciarskie uprawiałem przecież od szóstego roku, mam je we krwi. Poza tym zawsze marzyłem, by odejść u szczytu formy. Tylko taki ktoś jest prawdziwym gościem. Chyba mi się udało. Zresztą mówiłem to wiele razy. Dla sportowca najtrudniejsze nie jest wygrywanie. Najtrudniejsza jest porażka i powrót na szczyt. Nie wszystkim jest to dane. Mnie było kilka razy, dlatego jestem tak szczęśliwy.

Rywale, którzy stanęli po panu na rozbiegu spadali ze skoczni, jakby nie chcieli psuć święta Małyszowi i Polsce.

- Oj, nie za bardzo. Widziałem Koflera jaki był wściekły po swoim skoku. Stracił tu przecież miejsce na podium w klasyfikacji generalnej. Rywale zachowali się wobec nas wspaniale, ale na pewno nie pomagali ani mnie, ani Kamilowi. Walka była na serio, choć jej wynik bajkowy dla nas.

Koniec uciążliwej diety. Co pan zje?

- Robię się coraz bardziej głodny, więc wezmę się nawet za golonkę (śmiech). Zawsze moją ulubioną potrawą była pieczona kaczka i barszcz.

Jak będzie wyglądał pierwszy miesiąc bez skoków?

- Nie dam rady pracować tylko w ogródku, choć to przyjemne zajęcie. Na pewno będę aktywny. Mam wiele propozycji, teraz usiądę i zastanowię się, która z nich sprawi mi najwięcej przyjemności. Być może na krótki okres zajmę się trenerką, ale to ciężki kawałek chleba. Na pewno od czasu do czasu oddam jakiś skok, tak po prostu, dla przyjemności.

Rozmawiali w Planicy: Michał Białoński i Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje