Reklama

Reklama

Jekaterina Kurakowa: Pracowałam pół roku, a wszystko zmieniło się w cztery minuty

Jekaterina Kurakowa, dzięki znakomitemu występowi w zawodach Nebelhorn Trophy, wywalczyła kwalifikację do igrzysk olimpijski w Pekinie. Polki w rywalizacji solistek nie oglądaliśmy od 12 lat, toteż jej sukces wywołał spore poruszanie w całym środowisku. W rozmowie z Interią zawodniczka opowiada o stresie i łzach, które towarzyszyły jej podczas zawodów, determinacji, by reprezentować nasz kraj i nauce języka, w której pomogła jej… miłość.

Na początek gratuluję kwalifikacji na igrzyska. Czekaliśmy na to 12 lat!

- Dziękuję bardzo!

Wierzyłaś w to, jadąc na Nebelhorn Trophy?

- Oczywiście, że wierzyłam. Miałam nadzieję, że się uda, ale bardzo się stresowałam.

Podobno przerwa między programem krótkim, a dowolnym, była dla ciebie bardzo stresująca?

- Tak, to prawda. W nocy, tuż przed snem, bardzo się popłakałam. Wiedziałam, że to wszystko zależy od czterech minut mojego występu. Po programie krótkim byłam szósta, czyli tak na styku. Czułam na sobie tę odpowiedzialność i bałam się, że się nie uda. Jednak jak już wyszłam na lód, poczułam w sobie siłę i moc. I bardzo się cieszę, że mi się udało!

Reklama

Program dowolny wykonałaś znakomicie. Chyba udało się pokonać stres.

- Może i dobrze, że popłakałam się w nocy. Emocje, których było we mnie za dużo, wyszły ze mnie i do startu podeszłam już z chłodną głową. Przestałam się stresować.

Kiedy dotarło do ciebie, jaki sukces osiągnęłaś?

- Jakieś trzy dni później. Czułam się dziwnie, bo przez pół roku codziennie o tym myślałam, na każdy trening szłam z myślą o tych zawodach. Całe przygotowanie kręciło się wokół tego. To było pół roku, a wszystko zmieniło się w cztery minuty. Nie mogłam uwierzyć, że tak długa droga zależała od tych czterech minut. W nocy po zawodach obudziłam się i pomyślałam, że to sen. Że to wszystko nieprawda. Mój medal był schowany w szafie. Poszłam, żeby sprawdzić, czy dalej tam jest. I był. Jakieś trzy-cztery dni później dotarło do mnie, że to prawda. To taka dyscyplina, w której przygotowania trwają bardzo długo, a program krótki już tylko trzy minuty, a dowolny cztery minuty i dziesięć sekund. I teraz jestem już bardzo, bardzo szczęśliwa.

Był już czas na świętowanie z bliskimi?

- W tym tygodniu przyjechałam do Polski i w końcu mogłam spotkać się z moim chłopakiem, z mamą i z moim pieskiem, który nazywa się Emilka. Teraz w końcu jestem ze swoją rodziną.

Przed sezonem zmieniłaś zarówno swój krótki, jak i długi program. Nieco pod naciskiem choreografa. Czułaś niepewność, jak to wszystko wyjdzie?

- Tak, nawet podczas pracy nad programem było sporo niepewności. Obawiałam się, że to się nie uda. To było coś totalnie nowego i nie byłam pewna, że dam radę pokazać to na lodzie. On cały mówił mi, że muszę mu zaufać, że to będzie coś nowego. Zaufałam mu i bardzo się z tego cieszę, bo wygląda to naprawdę dobrze. Nie chcę sama siebie chwalić, ale chyba naprawdę to jest dobre.

Jakie starty teraz przed tobą?

- Mam teraz start w Skate America, a potem czeka mnie challenger Warsaw Cup. Następnie Rostelecom Cup w Rosji i występ w Uniwersjadzie. Później mistrzostwa Polski, Mistrzostwa Czterech Narodów i mistrzostwa Europy.

To będą dla ciebie etapy przygotowań do igrzysk, czy traktujesz każdy start jako osobny cel?

- Nie skupiam się na jednych zawodach, choć oczywiście igrzyska to wielkie święto sportu. Do każdego startu staram się odpowiednio przygotować i chcę dobrze wypaść. Żeby za każdym razem robić progres. Nie utrzymywać jednego poziomu, ale krok po kroku się poprawiać.

A myślisz o jakimś konkretnym miejscu w Pekinie?

- Nie! To dla mnie najgorsza opcja myśleć o punktach i miejscach. Jak tylko zaczynam o tym myśleć, to już koniec. I nic z tego nie wychodzi. Staram się o tym w ogóle nie myśleć, a raczej skupiać się na tym, żeby coś poprawić, coś zmienić. Teraz chciałabym pojechać jeszcze lepiej niż w Oberstdorfie. A najważniejsze, żeby pokazać się z dobrej strony, pokonać stres i wykonać dobry występ.

Cofnijmy się o kilka lat. Jak to się stało, że trafiłaś do Polski?

- Bardzo chciałam kontynuować starty w zawodach, dawać radość ludziom, którzy chcieli mnie oglądać i tym, którzy mnie wspierali. Kilka razy przyjeżdżałam do Polski przed podjęciem decyzji o zmianie reprezentacji narodowej. I naprawdę poczułam, że jestem tutaj potrzebna. A to ważne, żeby czuć się potrzebnym.

Rosjanie nie próbowali cię zatrzymać?

- Tak, na początku zablokowali mi kilka startów. Marek Kaliszuk pomógł mi wyrobić kartę pobytu i wtedy już nie mogli nic zrobić. Byłam częścią tego kraju, zaczęto wyrabiać mi paszport i Rosjanie nie mogli już tego zatrzymać.

A jak zareagowano w Polsce na twoje przybycie?

- Cześć ludzi była bardzo zadowolonych, cieszyli się, że przyjechała dziewczyna z Rosji, chcieli mnie poznać. Niektórzy, szczególnie dziewczyny, nie byli zadowoleni, bo byłam dla nich konkurencją. Teraz jednak jest już wszystko w porządku.

Jeden łyżwiarz na pewno się ucieszył. Twój chłopak Filip Bojanowski.

- Tak, on był bardzo zadowolony (śmiech).

Jesteś zazdrosna, kiedy oglądasz jak tańczy na lodzie ze swoją partnerką?

- Na początku byłam. To mój pierwszy związek, a na dodatek nie do końca rozumiałam, o co chodzi w tej dyscyplinie. Patrzyłam na nich i myślałam sobie "ok...", ale potem mu zaufałam i zrozumiałam, że kocha mnie. Teraz jest już dobrze, ale na początku byłam zazdrosna.

Bardzo dobrze mówisz po polsku. Sama uczyłaś się języka, czy miałaś nauczyciela?

- Sama. Kiedy poznałam mojego obecnego chłopaka pomyślałam sobie, że jest taki przystojny, ale nie rozumiałam, co do mnie mówi. A chciałabym. Wtedy poleciałam do Kanady trenować z Brianem Orserem i codziennie chodziłam przed treningiem do kawiarni, gdzie sama uczyłam się języka polskiego. I po powrocie, kiedy na zawodach zaczęłam mówić po polsku, wszyscy mówili "wow" i dziwili się, że nauczyłam się języka.

Zawsze tak łatwo przychodziła ci nauka języka?

- Nie! Zawsze miałam problemy z językami. Nawet po angielsku nigdy nie rozmawiałam. Kiedy przyleciałam do Kanady potrafiłam powiedzieć "Hello, my name is Katia. Nice to meet you". Zawsze powtarzałam, że nie mam do tego talentu, że to niemożliwe. A potem okazało się, że jak masz cel, jak czegoś naprawdę chcesz, to wszystko jest możliwe! Najważniejsze, to się starać.

Lubisz podróżować? To nieodłączny element zawodowego sportu.

- Tak, lubię podróżować. Choć jestem trochę smutna, bo nie mogę powiedzieć, że mam swój dom. W Polsce wynajmuję mieszkanie. We Włoszech mieszkam w hotelu. Nie mam miejsca, w którym mogłabym wszystko zrobić po swojemu, nie mam takiej możliwości. Tego mi brakuje. Jednak podróżowanie, poznawanie nowych ludzi i nowych miejsc uwielbiam. Kiedy w tamtym roku prawie nigdzie nie wyjeżdżałam, zaczęłam się nudzić. Chyba jestem przyzwyczajona, że cały czas gdzieś latam.

A jak spędzasz wolny czas, jeśli już go masz?

- Lubię rysować, czytać książki, ostatnio sporo czytam o psychologii i samoakceptacji. Uwielbiam chodzić na spacerki. I karmić kaczki! Mamy takie miejsce z chłopakiem, gdzie chodzimy w wolne dni, kupujemy chleb i karmimy kaczki (śmiech).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje