Reklama

Reklama

Jan Szymański: Trzeba przypomnieć Holendrom, że powinni się mnie obawiać

- Nie oczekujmy cudów po treningach wśród... liści i papierów - stwierdził Jan Szymański przed mistrzostwami Europy w łyżwiarskim wieloboju w Czelabińsku (10-11 stycznia). Lider Pucharu Świata na 1500 metrów ostatnie dni spędził na otwartym torze w Warszawie.

Pucharowe zwycięstwa w Berlinie i Heerenveen oraz dominacja w niedawnych mistrzostwach kraju sprawiły, że pana występowi w ME w Rosji towarzyszą spore oczekiwania.

Reklama

Jan Szymański: Zupełnie niepotrzebnie, bowiem to nie są najważniejsze zawody w sezonie. Poza tym rywalizacja w Czelabińsku kończy się biegiem na 10 000 m, na którym obecnie kompletnie się nie koncentruję. Priorytetami są wyścigi na 1500 i 5000 m.

Od lat jak mantrę polscy panczeniści powtarzają, że doskwiera im brak hali lodowej. Pan odczuł to ponownie w ostatnich dniach grudnia i pierwszych stycznia trenując na odkrytym torze Stegny.

- Niestety, pogoda nas nie rozpieszcza i dopóki w Polsce nie powstanie hala, dopóty będziemy borykać się z problemami, jakich nie znają nasi rywale ze światowej czołówki. Na przykład w sobotę doskwierał porywisty wiatr, co chwilę na tor leciały jakieś śmieci - papiery, liście. To nie pozostawało bez wpływu i na jakość lodu, i łyżew. Po dziesięciu minutach nadawały się do ponownego ostrzenia. Tymczasem kiedy trenuję za granicą, ostrzę je co... tydzień lub przed samymi zawodami.

Zajęcia w stolicy były stratą czasu?

- Tego nie powiedziałem, bo zawsze trzeba szukać pozytywów. Nie udało się przeprowadzić mocnych treningów, ale mogłem skupić się na technice podczas wolniejszej jazdy. Na zgrupowaniach nie ma na to czasu. Poza tym - jak zwykle - siłownia i jazda na rowerze, więc tak najgorzej nie było, chociaż denerwujemy się i my, zawodnicy, i trener Wiesław Kmiecik. Mogę zapewnić kibiców, że dobra forma nie uciekła.

Kadra jest w rozjazdach - Zbigniew Bródka udał się na trening rowerowe na Wyspy Kanaryjskie, Artur Waś trenuje w Inzell, Konrad Niedźwiedzki w Zakopanem...

- W moim przypadku też w grę wchodziła stolica polskich Tatr, gdzie jest czystszy lód niż w Warszawie. Ale względy logistyczne zdecydowały, że pozostałem na Stegnach. Dużo więcej czasu zajęłaby podróż z rodzinnego Poznania do Zakopanego, a potem powrót na Okęcie, skąd w poniedziałkowe popołudnie odlatujemy do Czelabińsku. Zamiast siedzieć w pociągu czy samochodzie, w dniu wyjazdu na mistrzostwa mogliśmy wraz z Piotrem Puszkarskim jeszcze potrenować na lodzie, mimo jego różnych wad.

Kilka słów o mistrzostwach kontynentu w wieloboju. Pierwszego dnia zmagania na 500 i 5000 m, drugiego - 1500 m, a następnie najlepsza ósemka wystartuje na 10 000 m.

- Planem minimum jest poprawa ósmego miejsca z poprzedniego czempionatu, ale z drugiej strony nie oczekujmy cudów. Na 1500 m już pokazałem w tym sezonie na co mnie stać, ale trzeba przypomnieć Holendrom, że powinni się mnie obawiać, chociaż mistrzostwa świata na dystansach są u nich w domu, w Heerenveen. Do Czelabińska wysyłają mocny skład: Sven Kramer, Wouter olde Heuvel i Koen Verweij. Ale i w wieloboju mogę z nimi powalczyć. Ważne, abym jak najwięcej zyskał na krótszych dystansach przed ostatnią konkurencją. Następne ME odbędą się za dwa lata w Warszawie i wtedy mamy już rywalizować na dystansach. To będą inne, ciekawsze zawody.

Jakie plany na drugą część stycznia?

- Pojadę do Zakopanego, aby potrenować na lodzie, ale również pobiegać na... nartach. Bardzo lubię tę formę treningu. W Kościelisku są spokojne trasy, na których popracuję nad techniką dowolną. Trener Kmiecik jest specjalistą od "łyżwy", kiedyś współpracował z Justyną Kowalczyk. Jeśli chodzi o mistrzostwa Polski w sprincie, zastanawiam się nad startem. Być może wystąpię tylko w dodatkowym biegu ze startu wspólnego.


Dowiedz się więcej na temat: Jan Szymański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje