Hymn polski dla naturalizowanego Rosjanina. Oto jak zachował się na podium
Złoty medal Władimira Siemirunnija, naszego naturalizowanego reprezentanta Polski w łyżwiarstwie szybkim, zszedł na dalszy plan, gdy uradowany od ucha do ucha 23-latek przyszedł na wywiad. I od razu zażartował, że tytuł mistrza Europy to był pikuś w porównaniu do tego, co czekało go na podium. A było widać, że śpiewał "Mazurka Dąbrowskiego". - Tak, mogę powiedzieć, że bardziej stresowałem się z tego powodu niż samym startem - śmiał się sportowiec. A Interii wyjaśnił kuchnię nauki słów hymnu.

- Wczoraj słyszałem, jak hymn śpiewały nasze sprinterki, ale refren był grany trochę wolniej. Pomyślałem sobie, że jestem na to nieprzygotowany, dlatego zaraz po finiszu Marcin Bachanek zszedł do mnie, żeby powiedzieć mi, jak dobrze zaśpiewać - śmiał się Władimir Siemirunnij, od 2024 roku reprezentant Polski, a wcześniej reprezentant kraju swojego urodzenia - Rosji.
Słowa wykute na blachę. Tak Władimir Siemirunnij uczył się hymnu
- Słowa jednak już dobrze znałem, więc było widać, że byłem przygotowany - nie czekając na docenienie, pochwalił sam siebie. Ciekawe jest to, jak długo nasz zawodnik uczył się polskiego hymnu i ile poświęcił czasu, aby być przygotowanym na taki moment.
- Ogólnie to było dość śmieszne. Jeszcze rok temu, gdy był PŚ w Milwaukee, to wspomniany Marcin zaordynował na kolacji, że codziennie muszę uczyć się po jednym wersie. Zadanie miałem też takie, że przy każdym, kto dochodził do naszego stołu, musiałem wypowiadać tę frazę. I chyba z dziesięć razy musiałem każdy jeden powtarzać, aż w ten sposób nauczyłem się całości - śmiał się Siemirunnij.
Przyznał, że zadanie nie należało do najłatwiejszych, bo nie wszystkie słowa z hymnu narodowego są często używane. - To prawda, zwłaszcza że znaczenia niektórych musiałem się dowiadywać i Marcin wszystko mi tłumaczył - opowiadał tegoroczny wicemistrz świata z Hamar (10000 m) i brązowy medalista (5000 m).
"Mazurek Dąbrowskiego" i karaoke. Chór poszedł w niepamięć
Nie ukrywa, że atmosfera łyżwiarskiego święta w jego domowej Arenie Lodowej zdecydowanie mu się udzieliła, wraz z całą otoczką. - Naprawdę, mówię to serio. Organizacja, atmosfera... W ogóle uważam, że gdyby jeszcze były miejsca dla kibiców na wirażach, to byłoby jeszcze lepiej. Ten doping, a wręcz krzyki kibiców, bardzo mnie niosły - dziękował naturalizowany Polak, rodem z obwodu swierdłowskiego. Krótko mówiąc, nie da się nie polubić tego młodzieńca, patrząc na jego niezwykle pozytywne usposobienie i uśmiech, który nie schodzi z jego twarzy.
Okazuje się, że kiedyś, w Jekaterynburgu, sportowiec śpiewał w chórze. - Tak, ale robiłem to do 13-14 roku życia, a później zmienił mi się głos i teraz śpiewam tylko z przyjaciółmi przy karaoke. Śpiewałem bardziej tradycyjne, rosyjskie piosenki, ale proszę nie nakłaniajcie mnie, abym zaczął to teraz robić. Nie jestem gotowy i nie pamiętam słów - nie tracił rezonu młody gwiazdor, a w innej rozmowie podkreślił z całą stanowczością, że czuje się Polakiem.
Wracając do samego startu na 5000 metrów, panczenista podkreślił powszechnie znany fakt, czyli wymagający lód w Tomaszowie. - Trochę zabrakło mi do rekordu Polski i rekordu życiowego. Na początku jechałem blisko tego czasu, ale później wyszło, że to jednak Tomaszów, czyli ciężki lód, więc na ostatnich dwóch rundach już inaczej walczyłem. Trochę spadło mi tempo, ale czas nadal był bardzo dobry.
Siemirunnij nie stracił nadziei, że poza dystansem 10000 metrów, także na 5000 m jeszcze znajdzie się dla niego miejsce na nadchodzących igrzyskach olimpijskich.
- Bardzo w to wierzę, ale ja zrobiłem wszystko, teraz nie jest to już zależne ode mnie. Ze swojej strony popełniłem błąd i niedobrze mi poszło w Salt Lake City, gdzie byłem bardzo zestresowany, co miało duży wpływ na mój występ. Lód był także inny. W dalszej części kariery trzeba będzie coś innego zrobić przed pierwszym Pucharem Świata, aby czuć się lepiej - zawyrokował.
Z Tomaszowa Mazowieckiego - Artur Gac














