Głośny konflikt z gwiazdą polskiej kadry. W grze zostały dwa scenariusze
- Andżelika dostała propozycję, aby przygotowywać się na przykład z trenerem Wiesławem Kmiecikiem i też skorzystać częściowo z grupy juniorów. A jeżeli ta opcja by jej nie odpowiadała, to zdecydowaliśmy, że może zaproponować współpracę z jakąś grupą międzynarodową - mówi w rozmowie z Interią Konrad Niedźwiedzki, nowy prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, na temat głośnego konfliktu z Andżeliką Wójcik. I precyzuje, jak mają się sprawy ze zmianą pisowni nazwiska medalisty Władimira Semirunnija.

Artur Gac, Interia: Plan zakładał, że formalności tyczące się zmiany pisowni na polskobrzmiącą imienia i nazwiska Władimira Semirunnija zaczną dokonywać się po igrzyskach olimpijskich. Trochę czasu już minęło, na jakim etapie jest ten proces? Czy wszedł w fazę finalizowania?
Konrad Niedźwiedzki, prezes PZŁS: - Jeszcze tego nie sformalizowaliśmy, niemniej całą koncepcję już mamy.
Z czego to wynika? Nikomu specjalnie się nie spieszy i sprawa leży sobie jako ta nie priorytetowa, czy mają na nią wpływ inne okoliczności?
- Powód zawarłeś w pytaniu, nie nadaliśmy jej najwyższego priorytetu. Koniec końców jest to zabieg, który ma ułatwić nam wszystkim poprawną odmianę nazwiska i ułatwić pewnie jemu w przyszłości również funkcjonowanie w Polsce. Więc, powiedzmy, nie jest to teraz kwestia na szczycie listy priorytetów, a przynajmniej dla mnie, bo mam mnóstwo spraw na początku okresu związanego z prezesurą. Władek pytał ze dwa razy i jest to w gruncie rzeczy dosyć prosty plan, więc nie ukrywam, że pozostaje głównie kwestią czasu.
Co jest dzisiaj na absolutnym topie listy twoich priorytetów?
- W pierwszym miesiącu, który już minął, najważniejsze były kwestie szkoleniowe. Mamy nową trenerkę w short tracku, a teraz w zasadzie już potwierdzoną całą strukturę i to chyba pożarło najwięcej czasu. A oprócz tego kwestie infrastruktury, w tym temacie miałem spotkania z ministrem sportu przy okazji programu budowy lodowisk, a także w Zakopanem, czy kolejne w Warszawie celem aktualizacji tych projektów. Chcemy tę infrastrukturę popchnąć do przodu, to dla nas absolutny priorytet. Z kolei w niedzielę wróciliśmy z kongresu ISU, gdzie Rafał Tataruch został członkiem Rady Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej.
Jak z punktu widzenia prezesa wygląda rzeczywistość w kontekście Władka, który zdobywając medal olimpijski stał się najpopularniejszą postacią w waszym światku? A może tzw. peak po zimowych miesiącach już minął i choćby nowa bohaterka polskiego sportu, Maja Chwalińska, przejęła uwagę?
- Nie powiedziałbym, że uwaga zeszła z Władka. Z tego co rozmawiam z nim, a także z trenerem, zainteresowanie cały czas jest naprawdę duże. Jednak z tego względu, że już rozpoczęły się zgrupowania, Władek częściej musi odmawiać swojej obecności podczas różnych wydarzeń, na które jest zapraszany. Tego jest bardzo dużo, ale przede wszystkim trzeba wykonywać swoją główną pracę, czyli trening. Jest o nim non stop głośno również za sprawą tych niesztampowych działań, jak chociażby oddania medalu olimpijskiego na licytację charytatywną. Różnych ofert otrzymuje sporo, ale on sam wie, że musi przede wszystkim pozostać sportowcem.
Wszak, parafrazując znane przysłowie, łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Gdyby kontynuacji wyników zabrakło, także odczułby to na własnej skórze.
- Dokładnie tak to wygląda. Przy czym on jest sportowcem z krwi i kości, więc przede wszystkim lubi trenować i rywalizować. Pomimo tych wszystkich akcji, w których uczestniczy lub mógłby uczestniczyć, wie co jest dla niego najważniejsze i ja się z tym w pełni zgadzam.
Niewyjaśniona w przestrzeni publicznej pozostaje sprawa konfliktu z łyżwiarką Andżeliką Wójcik, która wybuchła podczas igrzysk, gdy obie strony mocno zabrały głos. Historia miała doczekać się finału, wszak chodzi o reprezentantkę Polski. Co z medalistką mistrzostw Europy i świata w kontekście kadry narodowej?
- Andżelika dostała od nas dwie możliwości kontynuowania kariery. Dosyć długo z nią rozmawiałem w okolicach wyborów i myślę, że wyjaśniliśmy wiele rzeczy z jednej i z drugiej strony.
Takich, które bolały?
- Myślę, że tak, bo to nie była łatwa sprawa. Ja dążyłem do tego, żeby porozmawiać i próbować w jakiś sposób iść dalej. Więc dostała propozycję taką, aby przygotowywać się na przykład z trenerem Wiesławem Kmiecikiem i też skorzystać częściowo z grupy juniorów. Były bowiem takie rozmowy wewnętrzne i to byłoby możliwe, żeby realizowała przygotowania w oparciu o tę strukturę, którą mamy. A jeżeli ta opcja by jej nie odpowiadała, to zdecydowaliśmy, że może zaproponować współpracę z jakąś grupą międzynarodową. Odnośnie drugiego wariantu szczegółów od Andżeliki nie mamy, ta współpraca musiałaby wyjść od niej, to byłaby jej propozycja.
Czyli zawodniczka dostała te opcje do wyboru i jeszcze nie wróciła z ostateczną decyzją, na jaki format się decyduje?
- Tak jest. Ja próbowałem dzwonić dwa razy do Andżeliki jeszcze przed wysłaniem maila, ale nie udało mi się dodzwonić. Więc poprosiłem już dyrektora sportowego, aby wysłał tę informację mailowo.
Rozumiem, że nic się nie zmieniło i w kontekście tego, co się wydarzyło, trener Roland Cieślak w dalszym ciągu nie wyobraża sobie współpracy z panczenistką?
- Myślę, że w jedną i w drugą stronę tak to wygląda. I rzeczywiście tutaj musi być alternatywna ścieżka oprócz tych głównych, które mamy.
Powiedziałeś, że odbyliście z Andżeliką długą rozmowę, w której wiele sobie wyjaśniliście, a jednocześnie wskazujesz, że dwie późniejsze próby połączenia spełzły na niczym. To chyba pokazuje, że w dalszym ciągu nie ma pożądanych relacji.
- Pewnie można tak powiedzieć, bo normalnie gdy nie odbiera się telefonu, można coś odpisać i zaproponować choćby inny termin na kontakt. Faktem jest, że tamta nasza rozmowa nie zakończyła się happy endem, z którego wszyscy bylibyśmy zadowoleni. Cóż, rzadko dochodzi do takich sytuacji, co nie zmienia faktu, że z niej także trzeba wybrnąć.
Zatem o pełnym porozumieniu nie ma tutaj mowy, bardziej szukaniu kompromisów i płaszczyzny, by Andżelice nie zamykać definitywnie drogi. Choć z pewnością opcje, które usłyszała, nie ułatwią jej zadania i będą wymagały dodatkowych pokładów motywacji. Inaczej doświadczonej zawodniczce pracuje się w elicie, a inaczej na przykład pośród już utalentowanych, ale jednak młodych łyżwiarzy i jeszcze na innym poziomie.
- Myślę, że akurat ta grupa juniorska stanowi zawodników powiedziałbym idealnych pod właśnie takie dobre kobiety. Oni jeżdżą 500m po 36 sekund, więc trochę szybciej niż Andżelika. I zazwyczaj gdy planuje się współprace pod kobiety, to właśnie taka grupa jest najbardziej pożądana. Zresztą nasi juniorzy mają naprawdę szerokie szkolenie i w zasadzie od lipca są na tych samych zgrupowaniach co seniorzy. Pod tym względem nie mam jakichś obaw, że to nie byłby dobry ruch. Ponadto trener Kmiecik już pracował z Andżeliką, co także dawałoby jej komfort, bo takiego skupienia i koncentracji na jednym zawodniku nie ma nikt w głównej kadrze. Oczywiście funkcjonowanie w grupach to nasz pożądany i najbardziej docelowy model, natomiast w sytuacjach wyjątkowych trzeba szukać też wyjątkowych rozwiązań.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl









![Polacy pokazali moc w zagrywce. Najlepsze asy serwisowe meczu [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2C282O8659UJ-C401.webp)

