Reklama

Reklama

Edward Lichota: W górach nie ma żartów. Nie tylko z lawinami

- Jeśli człowiek znajdzie się w lawinie należy wyrzucić plecak, bagaż, kijki,by nie zadziałały jak kotwica. To wszystko teoria, ale realia często są inne. Lawina to ułamki sekund. Nie mamy czasu na analizę. Często to przypomina zapadnię, która się pod nami otwiera i zostajemy wciągnięci. I trudno mi sobie nawet wyobrazić, czy w niej człowiek cokolwiek myśli, a jeśli już, to o czym. Być może dociera do niego, że to ostatnie chwile w życiu. Najlepiej robić wszystko, aby się w niej nie znaleźć. Brawura w górach nie jest wskazana - przestrzega w rozmowie z Interią zastępca naczelnika TOPR Edward Lichota.

Michał Białoński, Interia: Czy rok 2016, pod względem bezpieczeństwa w Tatrach był szczególnie trudny

Edward Lichota, zastępca naczelnika TOPR-u: - Średnio rocznie mamy 500-700 poważnych wypraw ratunkowych. W tych liczbach nie biorę pod uwagę wypadków narciarskich, których jest sporo - ponad dwa tysiące rocznie. Wypraw z użyciem śmigłowca jest rocznie około dwustu, a czasem nawet więcej. Ofiar śmiertelnych w Tatrach było w ubiegłym roku kilkanaście.

- Śmigłowiec niejednemu uratował życie, ale nie zawsze jest przydatny. Przy dużym wietrze, mglistej pogodzie, dużym zachmurzeniu niestety nie da się go użyć. Ostatnio mieliśmy wyprawę, w której ratownicy, idąc nocą, nie mogli dojść do turysty, który schodził z Ciemniaka, z Czerwonych Wierchów. Turysta zabłądził, wszedł do Doliny Mułowej. Wiadomo, próg Doliny Mułowej urywa się stromą ścianą. Z Doliny zadzwonił do nas. Na szczęście miał zasięg, ale warunki były bardzo trudne. Dojście do tego miejsca utrudniał lawiniasty teren. Wyprawa przeciągnęła się do godzin rannych i potem turysta został uratowany za pomocą śmigłowca. I całe szczęście, bo dojście tam mogłoby się i dla ratowników źle skończyć.

Reklama

- Musimy pamiętać o tym, że przy wysokim stopniu zagrożenia lawinowego ratownicy mogą nie dotrzeć do zbłąkanego człowieka. To nie działa tak, że wyciągamy sobie komórkę i zaraz przyleci śmigłowiec, albo dojdzie piesza pomoc. Zwłaszcza zimą rodzą się także dla nas poważne dylematy: którędy iść, czy w ogóle podejmować taką wyprawę jeżeli występuje wysokie zagrożenie. Chodzi też o bezpieczeństwo ratowników. Co z tego, że ratownicy wyruszą za wszelką cenę? Różne sytuacje z tego mogą wyniknąć. Szukamy możliwości najłatwiejszego dojścia. Zawsze zadajemy sobie pytanie: "którędy?", "W jak dużej ekipie ratowników?". Staramy się posyłać jak najmniejsze ekipy, by minimalizować ryzyko.

Przy którym stopniu zagrożenia lawinowego odradzałby pan stanowczo wyprawy w wysokie góry?

- Przy trzecim stopniu przyjmuje się, że nie do każdego miejsca możemy dojść. Czasem i przy drugim - określamy go "pewną, mocną dwójką" - musimy pamiętać o tym, że niektóre miejsca nawet wtedy są niebezpieczne. Stopień zagrożenia lawinowego jest ogłaszany dla całych Tatr, ale są miejsca mniej i bardziej niebezpieczne. Jeżeli się wczytać w komunikat, rozwinąć go, wymieniane są rejony, w których zagrożenie może być trochę wyższe niż na pozostałym obszarze. Bierzemy to pod uwagę i przestrzegamy, że np. w żlebach, depresjach, wystawach, (zwłaszcza północnej, zawietrznej, gdzie śnieg się odkłada), zagrożenie może być wyższe.

W styczniu 2003 r., gdy w lawinie na Buli pod Rysami zginęli licealiści z Tychów, zagrożenie lawinowe było stosunkowo niskie - drugi stopień.

- Tak, ale podejście na Rysy należy do jednych z najbardziej niebezpiecznych. Musimy pamiętać, że dzień wcześniej była zupełnie inna pogoda. Rankiem przed ich wyprawą nastąpiła gwałtowna zmiana, przyszło ocieplenie, śnieg zrobił się cięższy. To diametralnie zmieniło sytuację lawinową. Później (obecnie w polskich Tatrach komunikaty lawinowe podawane są o godz. 18:00 - przyp. red.), całkiem słusznie, został ogłoszony wyższy stopień zagrożenia. Wcześniej go nie było, bo warunki były inne. Oni wyszli rano, gdy po nocy sytuacja zaczęła się zmieniać.

- Warunki nie zmieniają się z minuty na minutę i należy je obserwować przed podjęciem decyzji o wycieczce. U niektórych turystów obowiązuje myślenie: drugi, czy trzeci stopień to wciąż daleko do piątego. Skala jest międzynarodowa, ale to nie jest tak, że jesteśmy dopiero w jej połowie przy "dwójce", czy "trójce". Przy drugim, czy trzecim stopniu jest najwięcej wypadków. Bywają nawet przy pierwszym. I to trzeba brać pod uwagę.

- Funkcjonuje pojęcie "bezśnieżnej zimy": na dole wystaje trawa, czasem w górach kosodrzewina jest odkryta, ale to nie oznacza, że nie grozi zejście lawiny. Śnieg nie wyparował, on musi być gdzieś odłożony. Albo w górnej granicy lasu, albo w formacjach wklęsłych: żlebach, depresjach, pod ścianami, gdzie jest zwiewany ze stromych ścian. Wszędzie tam należy zachować szczególną ostrożność. Zastanowić się, czy czasem nie zawrócić, czy przejście jakiegoś żlebu jest bezpieczne.

Detektory, sondy, łopatka - to obowiązek podczas zimowych wypraw w Tatry?

- To jest podstawa. W krajach alpejskich nikt bez nich się nie udaje w góry. Te trzy rzeczy muszą występować razem. To nie może być tak, że idzie grupa, w której ktoś ma detektor, kilka osób łopatę, a ktoś inny sondę. Każdy musi mieć cały zestaw i pamiętać o partnerze. Na zasadzie: "Dobrze by było, aby on miał cały zestaw, bo jeżeli mnie zasypie, to kto mnie odkopie?". A jeżeli ja zostanę na wierzchu, to muszę mieć zestaw, żeby partnera zlokalizować detektorem jak najszybciej, wysondować, no i odkopać. Jeżeli nie mam czym odkopać, to jest kłopot. Średnie zasypanie lawinowe jest warstwą śniegu o grubości ponad metra - gołymi rękoma nie pokona się tego w krótkim czasie. Tym bardziej, że w lawinie konsystencja śniegu się zmienia. On jest bardzo zbity, zbetonowany. Miękka, krucha łopatka mu nie da rady, a co dopiero ręce. Sprzęt musi być porządny, najwyższej jakości.

- Musimy pamiętać o sprawdzeniu komunikatu lawinowego i o dostosowaniu do warunków naszej wycieczki.

Bez planowania na siłę.

- Dokładnie. Nie możemy myśleć, że jedziemy z drugiego końca Polski, więc musimy tam wejść za wszelką cenę, bo brakuje czasu wolnego. Takie rozumowanie rodzi ryzyko, przez które turysta może już w góry w ogóle nie przyjechać. Góry często weryfikują plany. Brawura nie jest wskazana.

A jeśli już człowieka porwie lawina, to jak powinien się zachowywać, by zwiększyć szanse na przeżycie? Jeden z Rosjan w Białym Jarze, w 1968 r. przetrwał, bo wykonywał ruchy pływaka. To utrzymało go na powierzchni lawiny.

- Teoretycznie mówi się, żeby wykonywać ruchy i starać się osłonić twarz. Należy wyrzucić plecak, bagaż, by nie zadziałał jak kotwica. Podobnie narty czy kijki, które mamy założone na paskach. To wszystko teoria, ale realia często są zupełnie inne. Lawina to ułamki sekund. Nie mamy czasu na analizę, działania, reakcje. Myślenie jest zupełnie inne. Często to przypomina zapadnię, która się pod nami otwiera i zostajemy wciągnięci. I trudno mi sobie nawet wyobrazić, czy w niej człowiek cokolwiek myśli, a jeśli już, to o czym. Być może dociera do niego, że to ostatnie chwile w życiu i pewnie trudno się wtedy skupić nad tym, co było zalecane na szkoleniach lawinowych.

W ulotce lawinowej można przeczytać: "Walcz, walcz!"

- Na pewno dobrze mieć odruch zasłonięcia ust, aby nie dostał się do nich śnieg. Żebyśmy mieli chociaż chwilę na złapanie powietrza, na oddychanie. Trzeba pamiętać o tym, że nawet jeśli ktoś zostanie na powierzchni i chce wezwać pomoc, to nie w każdym miejscu jest zasięg. Działamy wtedy pod wpływem dużego stresu. Często nie mamy wbitego numeru telefonu (ratunkowy TOPR-u 601 100 300), a gdy dodzwonimy się na 112, na CPR (Centrum Powiadamiania Ratunkowego), to czasem włącza się najpierw sekretarka. To są sekundy, ale w takich sytuacjach czas się naprawdę dłuży, działamy bardzo nerwowo. Gdy nie ma zasięgu, gonimy po lawinisku i stajemy przed dylematem czy szukać partnerów pod śniegiem, czy gonić w poszukiwaniu tej jednej kreski w telefonie, która pozwoli na wezwanie pomocy. A czas leci...

- Druga rzecz: wezwanie musi być precyzyjne i zawierać informacje odnośnie tego, co się stało, ile osób jest zasypanych, gdzie do niego doszło. Ludzie nie znają dokładnie gór i to nam nie pomaga. Później następuje przekazanie danych do ratowników, do śmigłowca. Sam jego rozruch w niskich temperaturach trwa dłużej. Dolot na miejsce też wymaga czasu, zwłaszcza w odleglejsze rejony jak Tatry Zachodnie, czy rejon Morskiego Oka. A jeśli jeszcze nie ma lotnej pogody, to czas dotarcia ratunku na piechotę znacznie się wydłuża.

A z każdą minutą szanse zasypanych na przeżycie maleją.

- Przyjmuje się, że przez pierwsze 15-18 minut szanse wynoszą około 90 procent, pod warunkiem, że usta nie zostały zatkane śniegiem i nie ma urazów wewnętrznych. Natomiast po pół godzinie maleją do trzydziestu kilku procent. Do tego dochodzi wychłodzenie organizmu. Jest wiele czynników, które obracają się przeciw nam.

Zima to mróz, śnieg, zawieje, lawiny. Latem najbardziej niebezpieczne są pewnie burze?

- Wiadomo, lipiec i sierpień to wysoki sezon. Pamiętajmy, że w polskie Tatry rocznie wchodzi około trzech milionów turystów! To dane na podstawie liczby sprzedanych biletów do Tatrzańskiego Parku Narodowego. To są tłumy, więc prawdopodobieństwo wypadku jest również duże.

- Wiosną, gdy na dole jest zielono, a w górze jeszcze biało, ludzie wychodzą nieprzygotowani, w złym obuwiu.

Słynne szpilki na Giewoncie?

- W nich może dojść do złamań czy skręceń, natomiast są poważniejsze wypadki. Ludzie, stęsknieni za śniegiem, w lipcu czy sierpniu korzystają z niego w górach: próbują zjechać to na tyłku, to na butach. Często kończy się to lądowaniem w piargach, których efektem są złamania, a nawet znacznie groźniejsze obrażania, na skutek np. uderzenia głową.

- Gdy jest burza, wyładowania atmosferyczne, gwałtowna zmiana warunków, robi się bardzo ślisko i mokro. Oprócz wychłodzenia, gdy mamy nieodpowiednie obuwie, a skały robią się śliskie, zwłaszcza wapienie w Tarach Zachodnich, grożą nam upadki, często z dużych wysokości. Zdarzają się też wypadki taternickie.

Na Słowacji obowiązkowe jest ubezpieczenie przed wyprawą w góry, a przy podejściu na Gerlach zatrudnienie przewodnika.

- W naszych warunkach, przy trzech milionach turystów, obowiązkowa obecność przewodnika jest mało realna.

A na trudniejszych trasach, jak Orla Perć?

- Moim zdaniem nie ma takiej potrzeby. Chodzi tam wielu doświadczonych turystów, są wspinacze. Najczęściej wypadkom ulegają mniej doświadczone osoby. Źle ubrane, źle obute, przeceniające własne umiejętności, nie potrafiące dostosować umiejętności do trudności szlaków. Zdarza się, że ambicje rodziców są wygórowane i zabierają mniejsze pociechy w trudny teren, w jakim się nie powinny znaleźć. Dochodzi też do wypadków natury zdrowotnej. Ktoś ma kłopoty kardiologiczne, wrodzone wady serca i w górach, przy skokach ciśnienia, to daje o sobie znać. Niektórzy ludzie źle znoszą wiatr halny. Góry nie zawsze sprzyjają cierpiącym na takie choroby.

- Najważniejsza w górach są rozwaga i dobre planowanie, w którym nie może być żadnej brawury.

Oprócz wiedzy, fachowości, odwagi, ratownik musi cechować się siłą, kondycją i wytrzymałością. Jak o nie dbacie?

- Mamy trochę wolnego czasu i każdy z ratowników jest aktywny. Niektórzy są przewodnikami, inni uprawiają narciarstwo skitourowe, wiele osób pracuje w szpitalach w charakterze ratowników medycznych. Codzienna obecność w górach, bycie w ciągłym ruchu, bardzo pomaga - firmie i turystom, którzy otrzymują fachową pomoc w górach.

Istnieje górny limit wieku ratownika?

- Średnią mamy ponad 40 lat, więc to nie jest towarzystwo młode. Nie można odciąć starszych, bo przydaje się ich doświadczenie i fachowość, które w połączeniu z siłą młodości dają dobry efekt.

Rozmawiał: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje